Klątwy i uroki od zaraz - 07

Zostawiłam tylko toboły w mieszkaniu i poleciałam do przychodni, w której pani Babcia miała mieć pobraną krew. Serce waliło mi, jak oszalałe. Nakryło twarz dłońmi i powtarzało w kółko: "Ja pierdolę!, Ja pierdolę!, Ja pierdolę!..." Myśli w głowie stanowiły jeden wielki chaos i anarchię. Miałam nadzieję, że nie spotkało jej najgorsze, bo nie przymierzając była już stara, jak dinozaur.  

W przychodni od razu skierowałam się do punktu pobrań, ale ani w środku, ani w okienku obok nikogo nie było. Podeszłam więc do następnego, ale i ono było puste. Pielęgniarkom w kolejnym podałam się za wnuczkę pani Krysi, ale nie miały pojęcia, czy pani Krysia tu była. Kolejne dwa okienka i też nikt nic nie wiedział i nie mógł mi udzielić bezcennych dla mnie informacji. Gdybym miała górę diamentów, byłam gotowa oddać ją za informację o miejscu pobytu mojej sąsiadki. Niepokój drążył mi duszę, jak ludzie w Ameryce dynie na Halloween. Przechodziła obok mnie, gdy zasypywałam gradem pytań babeczki po drugiej stronie okna, wysoka krótko włosa blondynka w białym fartuchu. Na oko czterdziestoletnia. Przypadkiem usłyszała naszą rozmowę i podeszła do mnie.

- Przepraszam, nie wiem czy ci to złotko pomoże, ale rano na diagnostykę przyszła starsza pani. Pani miała w nocy zawał serca i nie była tego świadoma. Karetka zabrała ją do szpitala. Tam zapytaj, kochanie.

- I przyszła tu sama po zawale? - dopytałam nieco zdziwiona.

- Tak, złotko. Nie każdy zawał kończy się utratą przytomności.

- Dziękuję ślicznie za pomoc - wydukałam pośpiesznie i poleciałam do drzwi wyjściowych.

Zawał serca. Kojarzył mi się z przekręconym wałem korbowym. Nie wiem co to jest wał, czy na pewno jest korbowy i czy można go przekręcić, ani jak to się do cholery ma do ludzkiego serca. Moja podświadomość po prostu zrobiła szacher macher i ten przekręcony wał korbowy latał mi po głowie zawsze, gdy myślałam o zawale serca. O zawałach wiedziałam tylko, że są szkodliwe dla zdrowia i często kończą się śmiercią. To nie napawało mnie optymizmem. Z anatomii człowieka i chorób orłem nie byłam, a jak już to takim niewyklutym. Zawał serca brzmiał dla mnie, jak coś, co przytrafia się ludziom w filmach. Obco i nierealnie. Delikwent łapie się za pierś ze zgrozą wymalowaną na twarzy, upada i game over albo przyjeżdża pogotowie i napierdala go prądem, aż do cudownego ozdrowienia. Ale życie to nie film i mam głęboką nadzieję, że sąsiadka jest zdrowa i nikt nie sponiewierał jej prądem, nie dał miliona zastrzyków i nie jest na krawędzi życia.

W szpitalu również podałam się za jej wnuczkę i faktycznie pani Krysia tam była. Pojechałam windą na właściwe piętro i odnalazłam właściwą salę. Pani Lombara siedziała na łóżku i wcinała jakiś serek wiejski żywo machając nogami i nucąc coś pod nosem. Z jej żylastej ręki sterczał przewód kroplówki. W sterylnej sali była sama, ale było tu więcej zajętych łóżek i szafek.

- Martusia, Kochanie! A co ty tutaj robisz, moje dziecko? Niepotrzebnie się kłopotałaś. Nic mi nie jest  - ożywiła się na mój widok.

- Dzień dobry. Latałam po całym Tarnobrzegu, żeby panią znaleźć. Martwiłam się diabelnie.

- Nie miałam jak cię dziecinko zawiadomić. Z lekarzami tak już jest. Zdrowy człowiek przyjdzie, żeby mu krew zbadali, to mu zawał wcisną. A tylko czułam kłucie w boku i ręka mi bardzo zdrętwiała i jakoś dziwnie mrowiła. Nie podoba im się skurczybykom moja nieśmiertelność i pewnie wrócę do domu z jakimś złośliwym rakiem i tasiemcem na karku. I każą mi zjeść pół apteki kolorowych tabletek, zniszczą mi nimi wątrobę i jelita i zwalą winę na złe odżywianie, a później wcisną jeszcze ohydną dietę i jeszcze więcej tabletek. A w ogóle to aż dziw, że ktoś tu zdrowieje, jak tak karmią dusigrosze cholerne.  

Cholernie, to miło było ją widzieć z błyskawicami w przenikliwych oczach.

- Jak się pani czuje? - zapytałam ciesząc się i widząc ją w takim stanie.

- Dziękuję, że pytasz, ale do diabła, jak się mam czuć w takim miejscu? Każą mi odpoczywać, ale nie wiem po co. Teraz to ja powinnam bank obrabować i lecieć najbliższym samolotem do Las Vegas szastać pieniędzmi i kusić mężczyzn resztkami wdzięków, a nie siedzieć w tej klatce z tymi krowami i wypatrywać, kiedy mi się wyciągną kopyta. Głowa mnie wcześniej trochę bolała, a te wariatki od razu milion chorób mi wykrakały, jasnowidze od siedmiu boleści. Jak takie mądre, to niech się same leczą, a nie tutaj miejsce zajmują. Depresji się tu nabawię albo myśli samobójczych, co w moim wieku brzmi głupio. Aj, ale się rozgadałam o dupie Marynie. Opowiadaj, jak w pracy Kochanie?

- Dziękuję, spokojnie dzisiaj. Pani Krysiu, mam wspaniałą wiadomość - przypomniałam sobie.

- Jaką, Kochanie?

- Oświadczył mi się! - wyznałam z szerokim uśmiechem i podetknęłam jej pod nos dłoń z pierścionkiem, żeby podziwiała go razem ze mną.

- O mój Boże! To wspaniale! Piękny pierścionek, Kochanie. Moja Martusia mi dorasta - powiedziała wzruszona rozklejając się na koniec.

W jej oczach zalśniły łzy. Zeskoczyła na podłogę i przytuliła mnie mocno. Wydała mi się teraz drobna i krucha. Usta delikatnie jej drżały.  

- Tak się cieszę dziecinko twoim szczęściem - dodała. - Aż mi się mój własny ślub przypomniał. Och, to takie piękne.

Zaczął mi dzwonić telefon. Zapomniałam, że umówiłam się z Anką. Odebrałam.

- Gdzie ty pało jesteś? - warknęła zirytowana. - Czekam już piętnaście minut.

- W szpitalu, ladacznico.

- Co się stało? - zaniepokoiła się.

- Spokojnie, mi nic. Spotkajmy się pod Zyg Zak-iem, okej? Wszystko ci opowiem na miejscu.

- Spoko. Tylko wychodź już.

- Okej. Do zobaczenia - zakończyłam.

Posiedziałam z sąsiadką jeszcze około dziesięciu minut. Dała mi klucz od swojego mieszkania i poprosiła o przyniesienie kilku rzeczy. Zgodziłam się chętnie. Pożegnałam się i ruszyłam na spotkanie z Anią. Kiedy wychodziłam, do sali wsypały się dwie pacjentki, zapewne współlokatorki pani Babci.

- To pani wnuczka? - zagaiła jedna. - Śliczna dziewczynka.

- Moja, a czyja miałaby być? Lepszej wnuczki nie mogłabym sobie wymarzyć - odpowiedziała pani Krysia, a ja się poczułam, jakbym wygrała życie.

***

Gołębica jak zwykle porwała mnie w niedźwiedzi uścisk o mało nie dusząc. Marudziła coś i obficie gestykulowała skrzydłami, ale nie słuchałam jej, bo moją uwagę przykuły jej pomalowane na dziwny odcień pomarańczy pazury. Złapałam ją za jedno skrzydło i zaczęłam je badawczo oglądać, co zachwiało jej zbędnym monologiem o moim spóźnieniu i jej czekaniu na mnie. Zgubiła lub porzuciła wątek, bo zamilkła.

- Kto ci to tak spierdolił? - zapytałam rzeczowo.

Wyszarpnęła skrzydełko i strzeliła mnie po łapach. Wyszczerzyłam się.

- Sama jesteś spierdolona - zaśmiała się. - Zajebiste, nie? Sama osobiście wybrałam ten cudny kolorek.

- Chyba wybierałaś z zamkniętymi oczami - dogryzłam jej.

- Spadaj, pało. Są cudowne, a ty się nie znasz - burknęła oglądając swoje paznokcie.

- Tak, są idealne jeśli ktoś lubi wyglądać, jakby miał grzybicę skrzydeł.

- Zaraz cię jebnę w ten kudłaty łeb - roześmiała się.

- A jebnij, tylko uważaj, żebyś mnie przy okazji tą grzybicą nie zaraziła, bo w trumnie bym źle wyglądała.

- Zamknij się wreszcie i mów co mi ważnego miałaś powiedzieć i co do diaska robiłaś w szpitalu.

- W szpitalu byłam u mojej szalonej sąsiadki, bo miała w nocy zawał.

- Nic jej nie będzie, śmierć o niej zapomniała. A co takiego ważnego się stało, że musiałam się tu pofatygować osobiście?

- Rafał mi się wczoraj oświadczył! - wyznałam zachwycona.

- Co? Nie pierdol, że chcesz się w tym wieku chajtnąć!? - zdziwiła się.

- No, właściwie to chciałam dopiero koło trzydziestki, ale z nim mogę nawet zaraz.

- Ja pierdolę, też chcę się tak zakochać! - stwierdziła wesoło.

Rzuciła się na mnie i zaczęła przytulać.  

- Pokazuj pierścień - zażądała.

Pokazałam jej łapę, a ona lampiła na niego chwilę zamyślona, a później popatrzyła mi w oczy nie puszczając mojej ręki.

- Chujowy. Powinien być z diamentem wielkim, jak... - zamyśliła się i pstryknęła palcami wolnej ręki, jakby to miało przywołać potrzebną myśl.

- Stara, ja wiem, że ty byś wolała, żebym dostała taki diamencior, że musiałabym jakiemuś bezdomnemu ukraść wózek na złom, żeby móc go w ogóle targać ze sobą, ale ja byłabym zachwycona nawet, jakby to był pierścionek z bazaru za złotówkę, albo jakby go sam wygiął z miedzianego drutu.

- Właśnie taki diamencik powinien ci kupić dusigrosz cholerny! - roześmiała się.

- Wiesz co, trochę mnie przeraża myśl o tym, że mam zostać jego żoną, ale z drugiej strony szczęście mnie rozsadza. Nie wierzę w przeznaczenie, ale czuję, jakby spadł mi z nieba. Takiego trochę felernego i zdeprawowanego, ale jednak nieba.

- Prędzej był uwierzyła, że wypełzł z czeluści piekielnych, żeby mi cię zabrać.

- Przecież my dwie zawsze będziemy razem - przytuliłam ją.

Ania nie lubiła Rafała i to była w dużej części moja wina. W przeszłości zostawiłam telefon na stole w kuchni i poszłam się kąpać. Przyszedł mi SMS od Ani, że idzie w tango z Krystianem na całą noc. Konwersacja była otwarta. Myślę, że Rafał przeczytał mi wiadomości, gdy zobaczył tą jedną i powiedział Piotrkowi, że Ania przyprawia mu rogi. Nie pytałam go o to, ale na następny dzień Gołąbek kazał Ani się pierdolić i powiedział  jej prosto w oczy, że jest puszczalskim bezdusznym kurwiszonem. Gołębicy złamało to serce i nagle zrozumiała, że jednak bardzo go kocha. Stawała na uszach, żeby wszystko naprawić, ale na marne. Gołąb nie chce jej znać nawet teraz. Czasem jej odpisuje, ale jest bardzo zdystansowany.

Poszłyśmy pograć w bilard i rozmawiałyśmy o pierdołach. Nie powiedziałam jej, że Rafał napisał dla mnie wiersz. Myślę, że ona by tego nie zrozumiała i śmiałaby się z niego przy każdej możliwej okazji. Było mi wesoło, bo udało mi się ponownie odpędzić demony przeszłości. Jak zwykle zamiotłam je pod dywan, bo wciąż nie czułam się gotowa stawić im czoła. Moja podświadomość ukryła je za czarną ścianą gęstych chmur i teraz były odległe, jak kadry starego filmu.

Do domu wróciłam trochę po dwudziestej. Nalałam do wanny cieplutkiej wody i dopiero gdy tam wlazłam, zadzwoniłam do Rafała. Odebrał szybko, jakby trzymał akurat telefon w dłoni.

- Cześć Mała Wiedźmo. Już po spotkaniu z Ptaszyskiem?

- Cześć kochany Duperelku. Właśnie wpakowałam tyłeczek do wanny i nie ma mnie kto wymasować.

- Nie mów mi takich rzeczy! - powiedział stanowczo.

- Jestem cała golusieńka. Sutki mi się skurczyły i mam ochotę na twój mokry język na mojej cipce. Marzę żebyś ją lizał, aż zacznę uciekać biodrami i żebyś nie przestał, aż do orgazmu.

- Zamorduję cię - ostrzegł, ale nie był zły, tylko rozbawiony.

- Dobra, nie to nie. Możesz zastąpić język palcami, a ustami possać mi sutki. Tak też dojdę, pewnie nawet dużo szybciej.

- Marta, bo zaraz pójdę na dziwki - zagroził.

- Myślę, że nie byłbyś w ich typie - droczyłam się.

Roześmiał się.

- Głupszego argumentu nie mogłaś wymyślić.

- Mogłam powiedzieć, że ja też pójdę na dziwki. A właściwie to nawet nie musiałabym iść. Same by chętnie przyszły z winem i jedzonkiem. I wszystko za darmo, albo by mi jeszcze zapłaciły - ciągnęłam.

- Ni chuja. Rezygnujemy z dziwek - oznajmił, a ja widziałam w wyobraźni jego szeroki uśmiech. Roześmiałam się.

- Cholera. A mogło być tak fajnie - westchnęłam z udawanym żalem.

- Nie! - zaprotestował. - Tylko ja mogę cię rozpieszczać.

- Więc mnie rozpieszczaj przez cały ten weekend.

- Jak chcę?

- Tak.

- I zgadzasz się tak po prostu, nawet nie pytasz co mam na myśli? - wydawał się zaskoczony.

- Tak - znów potwierdziłam.

- I nie będziesz protestować?

- Nie będę.

- Dlaczego? Zawsze marudziłaś, że przesadzam.

- Nie wiem dlaczego. Brakuje mi właściwych słów. Może dopiero teraz naprawdę uwierzyłam, że ty w ogóle istniejesz i naprawdę pragniesz dzielić życie z taką pokręconą mną.

- Nie do końca rozumiem.

- Rafał, ja sama nie do końca rozumiem. Nikt mi nigdy nie dał tyle szczęścia co ty. Nie wiedziałam, że taki poziom szczęścia jest możliwy. Kurwa, Skarbie, ty mi oddajesz wszystko co masz.

- Zawsze tak będzie. Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa. Nawet jeśli będziesz protestować - oznajmił. - A teraz mnie nie zabijaj, ale uciekam chlać, jak dzika, pozbawiona kultury i przyzwoitości świnia, bo zaręczynowej wódki budowlańcom odmówić nie mogę. Nie zrozumieliby i byłbym potępiony na wieki i naznaczony jako skąpiec i frajer.

- W porządku, Kochanie. Kocham cię.

- Też cię kocham i nigdy nie przestanę.

- Do jutra.

- Pa, Niunia.

Odłożyłam telefon na pralkę, ale raz wibrował, więc ujęłam go z powrotem. Ania napisała mi, że widzimy się jutro o tej samej porze w tym samym miejscu, bo to nie fair, że ograłam ją pięć do zera. Wysłałam jej potwierdzenie, że chętnie się stawię, żeby ją ograć jeszcze raz. Uśmiechnęłam się zadowolona. Miłość ma w sobie coś takiego, że czegokolwiek się tkniesz pod jej wpływem, po prostu ci się udaje. A jeśli ci nie wychodzi i tak się tym nie przejmujesz. Promieniujesz szczęściem i ludzie chcą być blisko ciebie.

Czułam się, jakby wyrosły mi skrzydła. Nie jak anioł, bo nadal byłam sobą, raczej jak mysz, która ukradła paralotnię. Byłam bardziej wolna niż kiedykolwiek przedtem. I to mnie przerażało. Wszystko szło zbyt dobrze, a to oznaczało, że gdzieś zbierają się burzowe chmury. Wiedziałam, że nadejdą. Nie wiedziałam tylko, że spłynie z nich cały ocean bólu i już nigdy nic nie będzie takie samo. To były jedne z ostatnich dni przesyconych magią pożądania i euforii.

5 komentarzy

 
  • Fanka

    Fanka · 28 wrz 2017

      

  • kryczka17

    kryczka17 · 26 wrz 2017

    Też się obawiam co się stanie, pisz szybko ????????

  • AlexAthame

    AlexAthame · 18 wrz 2017

    Tyle złego widziałem, że i to nadchodzące pewnie przeżyję. Zawzięła się wiedźma i się nie odzywa. Może na gwiazdkę?

  • Mamuska0007

    Mamuska0007 · 17 wrz 2017 · 198284683

    Super, jak zawsze ....ale boje się tego co może się wydarzyć, mam ciężkie chwile w życiu i ostatnio dzięki twoim opowiadaniom , myślę że jeszcze wszystko się poukładać, więc mój od chologu od złamanego serca nie przesadzaj z tymi złymi chwilami. Uwielbiam Cię

  • ansik

    ansik · 17 wrz 2017

    ❤❤❤❤❤❤❤❤