Gwiazdeczka cz. XX (Zdzi*a tom II) – ostatnia

XX

     Zamknęłam oczy, nie mogąc przezwyciężyć rozdzierającego w piersiach bólu. Bez względu na fakt kto oberwał, wiedziałam, że będę za nim tęsknić. Mogłam żywić urazę i niechęć, ale i tak wszyscy byli mi bliscy. „Dlaczego jednak stwierdziłam, iż doszło do ostateczności?” Pewnie z uwagi na głuchy odgłos upadającego na podłogę ciała. Do tego doszedł zapach krwi, która trysnęła wprost na moje włosy i pochlapała splecione na głowie dłonie. No i ta cisza jak makiem zasiał. O dziwo, zero krzyku. Tylko niezrozumiałe charczenie, zupełnie niepodobne do jakiegokolwiek ludzkiego odgłosu…
     A ja po prostu trwałam w zawieszce. Złapawszy rękoma za głowę, wplątując palce w kosmyki. Załamując się po raz kolejny. Bo przecież znowu ktoś przeze mnie umierał. Bezsensownie i zupełnie niepotrzebnie. „Tak, bałam się. Och, jak cholernie oblewał mnie strach na myśl o podniesieniu łba…”.
     Pierwszy odezwał się ojciec. Poźniej Michał. Powtarzane raz za razem: „Nie! Nie!”, sprawiło, że włosy stanęły na Anielskim karku. Z myślą: „tylko nie Jadzia”, uniosłam kapuściany głąb. Wówczas ujrzałam rodzicielkę…
     Jatkowska stała w rozkroku i trzymała w dłoniach uniesionego Colta. Była sparaliżowana zarówno strachem, jak i determinacją. Jej dłonie jednak wcale nie drżały, a stopy trzymały podłoża niczym przyklejone do klepki. Oczy, nie spuszczały wzroku z obranego zawczasu celu. Znałam to spojrzenie. Widziałam je w lustrze praktycznie każdego dnia.
     Po moich policzkach potoczyły się łzy. Wielkie jak grochy, spadały jedne po drugich na wyuzdaną kieckę. Koronka wiała pustką. Rozpierdas znacznie się poszerzył, gdy siedziałam na podłodze, toteż matka uzyskała łatwy dostęp do pistoletu. Nie było już sensu poprawiać sukienki. Otarłam więc wilgoć wierzchem dłoni i przeniosłam spojrzenie na nieruchome ciało „macochy”. Krew ciekła strumyczkiem z rany na szyi, pozostawiając mokrą plamę w okolicy głowy denatki. „Klepka wchłonęła kolejną dawkę nawozu”.
     Bez emocji odwróciłam wzrok. Moje myśli powróciły do chwili najgorszego załamania kapitan. Krzyku i tłuczenia łbem o wytapetowaną na czerwono ścianę. „Jak mógł mi to zrobić?!” – pytała i łkała jednocześnie. Została zdradzona w najbardziej ohydny sposób. Dla konkubenta usunęła ciążę. Chciał ją mieć na wyłączność, a dzieci tylko komplikowały sprawę. Uwierzyła w każde wypowiadane przez łachudrę słowo. Jak tombak przypomina złoto, tak on stanowił jedynie imitacją wiernego mężczyzny. Pozbawiłam nędznika żywota, ale było już stanowczo za późno. Zarówno dla płodu w łonie, jak i jego matki…
     Dorota zaczęła się zmieniać. Dotąd uśmiechnięta i beztroska, szybko zgubiła radość i pałała nieograniczoną rządzą zemsty. Każdy facet stał się potencjalnym kandydatem do ucięcia jajec. Odziedziczyła po fagasie „Mokre majteczki”, które przekształciła w podwójny biznes. Doskonale wiedziałam, że była tajniakiem. Jak mogłabym nie zauważyć? Przecież całą swoją niespełnioną miłość przelała właśnie na mnie. Byłam jej „córuchną”, następczynią i powiernikiem najciemniejszych sekretów. Bronią w zanadrzu, zawsze gotową na kiwnięcie Doloresowym paluszkiem. Jednakże w końcu stało się to zbyt męczące.
     Kontrolowała mnie i szantażowała. Płaczem i atakami furii wymuszała kolejne przyrzeczenia i przysługi. Nawet, gdy doktor Paweł dawno spoczywał na dnie rzeki i tak ciągle podkreślała, iż byłam zbyt łatwowierna. Dopiero po wybłaganiu, by pozwoliła mi po zakończonej akcji w kasynie załatwić sprawy w domu, mogłam się jakoś wyrwać. Nie byłam głupia. Zawsze z tyłu głowy czaiła się myśl, że coś w naszych relacjach zgrzytało. Już gdy wspierała kochanka w „Mokrych”, najmując mnie do pomocy w recepcji, pojęłam, iż nigdy nie otrzymam od niej niczego bezinteresownie. Nie było mowy o prawdziwej rodzicielskiej miłości. Nie kiedy, ktoś oferuje ci wsparcie, a za chwilę po najmniejszej oznace dobrego serca, niemal wyrzuca na bruk. Dlatego właśnie zamieszkałam z JJ-em. By przygotować nas obie do rozstania...  
     Czy zamierzałam po niej płakać? Nie. Nie ryczałam na tej pieprzonej klepce z powodu tęsknoty za utraconą kobiecą radością. Było mi szkoda kapitan, ale miałam świadomość, że tak pewnie zakończy swe dni. Bardziej bałam się o Jadzinkę i o to, jaki wpływ będzie na nią miał popełniony czyn. Dlatego właśnie po długiej chwili ciszy, kiedy nikt z zebranych nie był w stanie wykonać najmniejszego ruchu, w obawie, iż Jadwiga strzeli ponownie, podniosłam wzrok i cicho wyszeptałam:
   – Coś ty najlepszego zrobiła?
     Matka opuściła dłonie i spokojnie odłożyła broń na regał. Następnie powróciła spojrzeniem do zwłok, po czym przyjrzała się mojej twarzy i pokiwała głową, mówiąc:
   – Stwardniałam. – Głos brzmiał stanowczo i pewnie. –  Tak, jak już dawno powinnam.
     Podała mi rękę, bym wstała. Uchwyciłam jej i podźwignęłam się do góry. Przytuliłam lekko skulone ciało, które naraz zadrżało od mimowolnego płaczu. „Ta dzielna, wspaniała kobietka była silniejsza niż ja kiedykolwiek”.
     Później przyłączył się do nas ojciec. Z trudem podniósł dupsko z podłogi i kuśtykając podszedł do rodziny, by objąć żonę i córkę z czułością, o którą nigdy go nie podejrzewałam. Staliśmy tak, wyjąc jak kojoty do księżyca i gojąc stare rany. Wiedziałam, iż niektóre nigdy się nie zasklepią, tak jak u Jędrzeja. Jednak przez tę jedną krótką chwilę, zadry przestały przeszkadzać. Przykleiłam plasterek i owinęłam bandażem, by nie ocierały boleśnie o ubrania. Mogłam to zrobić, chociaż wiedziałam, że dopóki do końca nie wyrwę drzazg, skóra nie powróci do stanu początkowego. „Ale czy to w ogóle było kiedykolwiek możliwe?”.
     Reszta działa się zbyt szybko, bym mogła żywiej zareagować. Michał wezwał gliny. Ojciec przyznał się do gwałtu, kłamiąc przy tym, iż to on zastrzelił Loresińską. Mój przyjaciel zawczasu wytarł ślady na broni, maskując je odciskami Jakubowych paluchów. Dlaczego łachudra to zrobił? Szczerze, nie wiem. Może bał się, że skoro byłyśmy zdolne do pociągania za spust, to i jemu zrobimy „pif-paf”?  
     Jadziunia jednak nie oponowała. Ja również. Chociaż tyle mógł dla nas zrobić. Albo dla samego siebie. W każdym razie mały Mi zadbał, byśmy nie musiały już więcej oglądać degenerucha na oczy.
     Co było potem? Nie, nie słodka beztroska, a ból, pot i łzy. Tym razem jednak bez zbędnej krwi. Zostałam przy matce i poszłyśmy wspólnie na rodzinną terapię. Udaną zresztą. Zwłaszcza dla Jadzi, która pogodziła się z samą sobą i potrafiła w końcu ujrzeć świat w jaśniejszych barwach. Psiarski psychiatra znał całą naszą sprawę i wszystkie fakty. Miał też świadomość, że stary niesłusznie odsiadywał wyrok za odpalenie kapitan. W końcu ojciec wziął sobie ową zbrodnię tylko dla picu, by uchronić zad przed współwięźniami. „Morderca gliny” brzmiało dumniej w porównaniu do „gwałciciela nieletnich”. W  przypływie dobrej woli dopilnowaliśmy, by tylko zabójstwo widniało w jego więziennej kartotece. Nowo mianowany kapitan Elter już się o to postarał.
    Jeśli zaś chodzi o Ciemiężniki, to życie powróciło do jako takiej normy. Szewc i ślusarz przez jakiś czas byli hospitalizowani, a po powrocie kompletnie wyłączyli się z życia wioski. Skupieni na znienawidzonej pracy, jakoś brnęli przez kolejne dni. Rzeźnik zaś nadal grał amanta jak z koziej dupy trąba. Puściłam jego czyny płazem, cały czas mając w pamięci obraz poharatanych pleców. „A niechaj mu tasak lekkim będzie”.
     Jerzy wystartował w wyborach i zyskał przychylność mieszkańców. Jak się okazało był po studiach z politologii, które za pieniądze uciułane przez matkę, ukończył jeszcze zanim stanął po raz pierwszy z ojcem we szrankach. Michałowi i Julianowi zeznał, iż Dorota wtargnęła do domu w środku nocy i po krótkiej wymianie zdań zastrzeliła wójta. Wójtowa w tym czasie składała wizytę siostrze. Czarny skłamał, że nie znał powodów przybycia kapitan. Później wyznał mi, iż był tak zesrany na widok śmierci ojca, że pognał z papierami nad strumień i każdą kartkę zmełł dokładnie pod wodą. Dowody gwałtu nigdy więc nie ujrzały światła dziennego. „Może to i dobrze? Przecież i tak wszystko było już mocno przedawnione…”.
     Co zaś się tyczy mojej kondycji psychicznej, nie mogłam powiedzieć, iż czułam się w stu procentach uleczona. Wybaczyłam sobie wiele win, ale to wcale nie oznaczało, że nie istniały. Już zawsze będę nimi obciążona, ale „tylko Bóg miał mnie prawo oceniać”. Postanowiłam więc nie odbierać mu tej niewysłowionej przyjemności. Coś jednak musiałam ze sobą zrobić. Nie chciałam brnąć dalej w samozagładę. A zatem…

***

   – No i co, rekruci? Dumni jesteście z podjętej decyzji? –  zapytałem, lekko już poirytowany, że nowi jakoś niespecjalnie dają się zebrać do kupy. – Jeśli dalej będziecie tak latać po całej hali, sprawię, iż szybko pożałujecie. Wierzcie mi lub nie, ale pod maską nabitego łysola, kryje się prawdziwy Predator.
     Gdzieniegdzie rozbrzmiały stłumione chichoty. „Ci zarozumiali gamonie nie mieli pojęcia na co się pisali”. Uśmiechnąłem się więc ironicznie i nakazałem towarzystwu zrobić po dwieście pompek. „W rzyci, że to był ich pierwszy dzień i nawet nie poznałem żadnego z nazwisk. W końcu to ja wyznaczałem zasady. Nie po to zdecydowałem się powrócić do treningów, żeby jakimś chłystkom pozwalać podskakiwać. Co to, to nie!”.
     Z zadowoleniem zauważyłem, iż przy osiemdziesiątym podniesieniu tułowia już ponad połowa leżała plackiem na podłodze. Byli nieliczni, którzy walczyli dalej, jednak w końcu i oni polegli. „No! Tutaj jest wasze miejsce! Siadać mi grzecznie, Reksie!”.
   – Macie mi coś może do powiedzenia? – rzuciłem i przyłożyłem rękę do ucha. – Nic jakoś nie słyszę!
     Po hali przeszły zasapane pomruki. Wydarłem więc szybko japę:
   – Jesteście tego pewni?! Chcecie dokończyć ćwiczenie?! Co się mówi, rekruci?!
     Popatrzyli po sobie i szybko chórem rzucili:
   – Przepraszamy, sierżancie Jankowski!
     Krew we mnie zawrzała. „Ja im kurwa dam! Jeszcze mi stopnień patałachy zaniżają!”. Wziąłem więc głęboki wdech, wyraźnie czerwony na gębie i już miałem otwierać paszczę, jednak z tłumu odezwał się piskliwy kobiecy głos:
   – Poruczniku Jankowski, padalce!
     Zamrugałem i wypuściłem powietrze bez słowa. Po chwili, wszyscy krzyknęli:
   – Przepraszamy, poruczniku Jankowski!
     Prychnąłem niemal bezgłośnie pod nosem. Porządek został zachowany, zatem uniosłem kartki z nazwiskami, by wyczytać gogusiów i lalunie, z zamiarem podzielenia hałastry na mniejsze grupy. Niemal trzystuosobowa partia pierwszaków na pierwszy rzut oka nie napawała zbytnim optymizmem. No, ale zawsze jest dużo odrzutów. Pewnie tylko połowa dotrze do końca kursu. Jak to ktoś powiedział: „życie to nie je bajka”. Zwłaszcza w milicji.
     Mocno znudzony brnąłem przez listę, gdy w końcu coś mną targnęło. Dotarłszy do litery „J” i nazwiska Jatkowska, mimowolnie wykrzyczałem imię Aniela. Ale tam wcale nie było litery „A”. Konsekwentnie, jak zawsze, kolejne „J” wjechało na tapetę. Poprawiłem się więc szybko i z walącym, jak dzwon Zygmunt sercem, lustrowałem twarze rekrutów…  
     Właścicielce personaliów trochę zajęło przedarcie się przez zastępy nowych kolegów i koleżanek. Kroczyła powoli, z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Jej biały podkoszulek i opięte na tyłku legginsy, przywoływały wspomnienie naszego pierwszego śniadania. Blond włosy znacznie dłuższymi falami opadały na ramiona i chociaż wiedziałem, że powinienem obsztorcować lejdi, iż ich nie związała, nie mogłem oderwać wzroku od błyszczących radością niebieskich tafli.  
     Podeszła do mnie i bez słowa wzięła przygotowany mundur. Obserwowałem ją czujnie, z trudem udając powściągliwość. Chociaż nikomu nigdy tego nie robiłem, sięgnąłem po plakietkę i zapiąłem agrafkę tuż ponad lewą piersią, umyślnie trzymając przez chwilę dłoń na kobiecym sercu. W tym samym czasie składała podpis na liście, wyszeptując ledwie słyszalnie pytanie:
   – Jak smakowały?
     Wiedziałem, iż chodziło o bułeczki. Nie odpowiedziałem jednak, zmuszając, by spojrzała mi w oczy. Kiedy po dłuższej chwili podniosła wzrok, powiedziałem coś, co właściwe było tylko w tym momencie.
   – „Nadziejnie”. – Kącik ust powędrował do góry. Za moment odwzajemniła się tym samym. Równie szybko spuściła wzrok i wydukała po cichu, oddając mi listę:
   – To… do zobaczenia później. – Zmieszała się i odwróciła na pięcie. Miałem świadomość, że moje spojrzenie wypala dziurę na drobnych pleckach i niechybnie rozgrzewa policzki, ale po prostu nie mogłem inaczej. Joanna, Elżbieta i Aniela Jatkowskie w końcu wróciły na chatę! Tym razem brałem wszystkie w pakiecie i zamierzałem dać im siebie w totalnym gratisie.
     Bo przecież „free of charge”, to zawsze najlepsza cena.

//  

Spokojnie, to jeszcze nie koniec :) Mam dla was bonusik w zanadrzu;) Wisienka na torcie być musi :D

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminał i erotyczne, użyła 2388 słów i 13587 znaków, zaktualizowała 22 lut o 17:37. Tagi: #kobieta #wulgaryzmy #przemoc #seks #alkohol

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Majkel705

    Mistrzostwo Świata szkoda, że już koniec :bravo:  :bravo:  :bravo:

  • Kocwiaczek

    @Majkel705, też mi się łezka kręci, bo przyzwyczaiłam się do bohaterów. Ale wiadomo, że nic wiecznie nie trwa. Będzie jeszcze bonusik na pożegnanie. Już teraz bardzo dziękuję za czytanie:)

  • shakadap

    Jak zwykle świetna robota, szkoda że to już koniec.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, nie do końca. Mam dla was jeszcze coś ekstra na pożegnanie :)

  • Fallen

    Jeszcze nie mam siły na komentarz, po prostu wierna czytelniczka zostawia ślad <3

  • Kocwiaczek

    @Fallen, w takim razie poczekam :) Dziękuję, że przebyłaś ze mną taki kawał drogi  :redface:

  • Fallen

    Wydaje mi się teraz, że była długości czytania smsa, z powodu wartkości akcji. Sprawiedliwość stała się wg. moich standardów <3

  • Kocwiaczek

    @Fallen, to tylko pozostaje mi się cieszyć, że umiliłam twój czas:)