Gwiazdeczka cz. XV (Zdzi*a tom II)

     Dotarłam na miejsce w niespełna dziesięć minut. "Jakież to wygodne". – Pomyślałam, kiedy wysiadałam z samochodu. – "Chłoptaś mógł swobodnie lawirować pomiędzy klubem, a mieszkankiem kochanka". Jedno trzeba było przyznać – nie brakowało Julianowi fantazji. Takiego przybytku, to chyba w całym swoim popierdolonym życiu, nie miałam okazji obczajać.
     Pierwszym, co przykuło uwagę był szyld. Jarzył się na fioletowo, ukazując zagadkowy napis: "Burdeska". Mogłam tylko snuć domysły, iż miał łączyć polski "burdel" z amerykańską "burleską". Nie przeczę, mocno mnie to zaintrygowało. Do tego stopnia, że aż dreszczyk emocji przebiegł po grzbiecie. Szykował się istny show....
     Bez płaszcza prezentowałam się, co najmniej "biednie", ale na szczęście pozostał jeszcze szal. Gruby, wełniany i dwustronny, z braku laku mógł służyć jako okrycie. No i ten kolor – czerń, złamana wielką czerwoną różą. Pożyczony kiedyś od Dolores, tak mi się spodobał, że zupełnie nie-przypadkiem, postanowiłam go sobie przywłaszczyć. Obwiązałam górę materiałem, fikuśnie eksponując kwiat na wysokości lewej piersi i wciąż ze spluwą pod pończochą, pomaszerowałam do wejścia.
     U progu powitał mnie jeden z tutejszych "królowych". Niebotycznie wysokie szpilki, długie i ogolone nożyny, złota mini, tak krótka, że aż futro można było zobaczyć, no a do tego wypchany do granic wytrzymałości niebieski gorset z błękitnymi bufkami w czerwone łezki. Ale nie, nie myślcie sobie, że wyglądał groteskowo. Wszystko było kuse, jednak najwyższej jakości. Ścięte na boba włosy podtrzymywała czerwona kokarda. "Nosz wypisz wymaluj najprawdziwsza Królewna Śnieżka!".
   – Witamy w naszych skromnych progach – wygłosił śpiewnie i wręczył kieliszek z czymś musującym. Nazwał to szampanem, ale jak na "Sowietskoje Igristoje", to była lekka przesada. – Mamy nadzieję, iż będzie się dzisiaj panienka wybornie bawiła. A tak na marginesie – szepnął, zakrywając usta dłonią – świetna kiecka, a szal, to już zupełny odlot.
     Uśmiechnęłam się, zerkając w piwne oczęta. Skubaniec miał lepiej umalowane rzęsy ode mnie i prędko zauważył brak obrączki. Całkiem niezły z niego kokietek.
   – Dzięki, królewno. Gdybyś nie miała tej tacy, mogłabym cię schrupać tu i teraz. – Puściłam wymownie oczko i posłałam całusa w powietrzu. Złapał się teatralnie za serce, po czym powachlował dłońmi z nienagannym manicure. Pomachałam Śnieżce na pożegnanie i skierowałam kroki do baru.
     Zaraz, czy mówiłam coś o teatrze? Nie uwierzycie, ale w środku znajdowała się scena, a na niej, w kusych ubrankach występowały kolejne drag piękności. Dzisiaj chyba był jakiś wieczorek Disneya, bo wszystkie "panienki" wypinały wdzięki, przebrane za księżniczki, królowe czy inne baśniowe lalunie. Gdyby nie mocna żuchwa i całkiem ciekawe życiowe doświadczenia, sama bym pewnie zbierała koparę z ziemi, jak niektórzy ze śliniących się gości. Ku mojemu zdziwieniu, widzami byli zarówno panowie pod krawatem, jak i babeczki w mocno opiętych kreacjach. "Śmietanka towarzyska Kor?". Eee, pewnie nie, po prostu ludzie z dużą ilością kasy, których waliło, co kto o nich mówił. Przecież dla typowej mieszkanki kraju, znalezienie się w takim miejscu, byłoby ogromnym "faux pas". "Jak to dobrze, że nie stanowiłam wzorowej przedstawicielki narodu.
     W barze poprosiłam uroczą Daisy o kieliszek Vesper martini. "Trochę mnie będzie ta wyprawa kosztować, no ale niech już stracę". Do Bonda było mi wprawdzie daleko, ale miks ginu, wódki i likieru jawił się zbyt nęcąco, żeby go sobie odmówić. Barmanka uwijała się z zamówieniami jak w ukropie. Akurat trafiłam na przerwę w spektaklu, więc wszyscy rzucili się pędem do wodopoju. Zostałam jednak przy kontuarze i przeczekałam tornado, aby podjąć pogawędkę z bartenderką. Chyba wpadłam kaczuszce w oko, bo przynosząc mi drinka, specjalnie nieco wylała na przód "bezowej" spódniczki. Potem zaś z sztucznym "och", zaczęła ostentacyjnie przecierać tkaninę haftowaną chusteczką. "Bingo!". – Uśmiechnęłam się kącikiem ust i zapytałam:
   – Może ci w czymś pomóc, słodki kuperku?
   – Ojej, mogłabyś? – Szybka była, skoro tak od razu przechodziła na "ty".
   – Pewnie, zawsze pomogę "damsel in distress".
   – To może podtrzymasz mi dzióbek, kiedy będę zapierać spódniczkę? Przez ten "parapecik" nie mogę dojrzeć, gdzie jeszcze są plamki.
     Wspomnianym "parapecikiem" był spód gorsetu, podtrzymujący oczęta-cycuszki błękitnookiej kaczuszki. Biała peruka z różową kokardą podskakiwała śmiesznie, przy każdej energicznej próbie starcia kropeczek. "No i jak tu się nad takim biedactwem nie zlitować?".
     Zeskoczyłam z okrągłego stołka i myśląc: "daje mu góra trzy minuty, aż tryśnie", kokieteryjnie zaprosiłam przyszłą panią Donald paluszkiem do łazienki. A tam? Jakie dziwy! Zostałam bez ostrzeżenia przyparta biustem do lustra. "No dajcie spokój... chciała mnie kaczka wyruchać. Really?".
  – Mów coś ty za jedna i kto cię przysłał? – Męski głos w niczym nie przypominał wcześniejszego szczebiotu. – Nie interesuje cię show, więc przyjechałaś z innym zamiarem.
    Nie miałam zbyt wiele czasu i nie chciało mi się wdawać w bójkę, toteż szczerze wyznałam:
   – Szukam Juliana Gniewkowskiego. Jestem przyjaciółką jego siorki i chcę mu pomóc.
   – Co? – Do naszych uszu dotarło niewyraźne pytanie z kabiny. Po chwili w drzwiach stanęła najbardziej rozmazana Kleopatra na świecie. Czyli nie tylko Disney był dzisiaj na tapecie. – Aśka? Co ty tu robisz?!
   – Rome, to ty ją znasz? – zdziwił się bartender. – Myślałem, że to ktoś z psiarskich.
   – Nie, kryję ci przecież tyłek. Nie musisz się o to martwić – rzucił niby pewnie, chociaż w szeroko otwartych oczach tliło się przerażenie. – Zostawisz nas samych?
     "Duck" – tak go nazwę, żeby nie zmieniać drugiej literki, puścił łaskawie moje nadgarstki, więc szybko obciągnęłam sukienkę, w nadziei, że żaden nie zauważył gnata. Odwróciłam się, udając wściekłą i ostentacyjnie poprawiłam szal. "Kwaczor", jakby rzucając wyzwanie, ułożył swój pochlapany "bezik". Skrzywiłam się i uniosłam brwi. Wówczas bez najmniejszego przepraszam opuścił toaletę. Wtedy coś mi się przypomniało, jednak pohamowałam śmiech, gryząc wnętrze policzka. Musiałam przyznać, że to całe "krycie tyłka" zabrzmiało nad wyraz dwuznacznie.
   – Uroczo – odchrząknęłam, gdy już zamknął za sobą drzwi. Szybko przeniosłam wzrok na Julka, a w zasadzie na całkiem niezłą szprychę, której trzeba było tylko poprawić make-up. Młoda twarz, ciemne oczy i takie same włosy oraz biała prosta i obcisła sukienka z niebieskim rąbkiem. Wyglądał po prostu zabójczo. "A nie mówiłam, że miał buźkę niemowlaka? To pewnie zasługa kąpieli w mleku".
   – Rozumiem, że Sylwka już wszystko wie i przysłała cię, byś mnie ukatrupiła? – Zrezygnowany sięgnął po kawałek makulaturowego papieru i zaczął wysmarkiwać noseczek. Aż żal było patrzeć na taką rozklapciochę. Sięgnęłam więc do torebki po krem "Nivea", tusz, kredkę i szminkę, czyli obowiązkowy zestaw Anielicy. Miał farta, iż rycząc nie zmył niebieskiego cienia do powiek, bo tego akurat nie posiadałam na stanie.
   – Sylwia nic nie wie. Spotkałam ją dzisiaj przypadkiem i wyznała tylko, co zobaczyła. Sama skumałam czaczę. Powiedziałeś, że ją odwiedzasz, podczas gdy zerwała kontakty z całą rodziną. Po chuj ci to było, dzieciaku? Ładnie to tak okłamywać siostrunię? – Pogroziłam Kleosi maskarą. – Lepiej, żebyś miał dobre wytłumaczenie. – Złapałam ciapę za chabety i siłą posadziłam na kiblu. Jak na glinę, jakoś za bardzo się nie bronił. Chyba czuł do mnie respekt, albo całkiem się już rozkleił. Pewnie myślał, że mu pyszczek w muszli zamoczę, ale miałam słabość do ładnych damulek, nawet jak pod kiecką fruwał jakiś ptaszorro. – Siedź spokojnie i gadaj, a ja spróbuję ocalić ten piękny pyszczek.
   – Będziesz mnie malowała? – zapytał zszokowany.
   – A wolałbyś mordą w kuble bulgotać? – odparowałam. – Ja cię robię na bóstwo, ty się pucujesz, taki to układ.
     Westchnął, na powrót pokonany. W czasie gdy zmywałam smugi kremem i papierem, on zwięźle relacjonował:
   – Zadurzyłem się w "Jotku" chwilę po tym, jak zaczął przychodzić do Sylwii. Byłem dużo młodszy i bardzo nieśmiały, więc kiedy zwrócił na mnie uwagę, czułem się wręcz zaszczycony. Trzymałem jednak dupsko na dystans, bo nie mogłem zdradzić, iż wolę chłopców. Ojciec pewnie, by mi jaja uciął, gdyby się dowiedział. – Parsknął nerwowo, a w oczach zaszkliły się łzy.
   – Ani mi się waż! – rzuciłam gniewnie, więc szybko uniósł głowę, by wydmuchując powietrze do góry, powstrzymać nadchodzącą powódź. Zażegnawszy kryzys, znowu kontynuował:
   – Mieliśmy parę pikantnych akcji za sobą, więc doskonale wiedziałem, iż wcale mojej siostry nie kocha. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo się wściekłem, gdy powiedział, że z nią ucieka. Deklarował mi miłość i przyrzekał, iż to tylko na kilka lat, a potem się rozwiodą. Mieliśmy spotykać się potajemnie, więc polecił mi ten klub i zapewnił zatrudnienie na kilka nocy w miesiącu. Mam tutaj miejsce do spania i dobrą wymówkę dla rodziny, bo delegacji nikt przecież nie sprawdzi. No i tak to z nami jest. Spotykamy się od wielu lat, a oni nadal są małżenstwem. Po dzisiejszym dniu mam jednak wrażenie, że zostałem zarówno bez ukochanego, jak i siostry. Zwodził nas obydwoje. Ujrzałem to w oczach Sylwii. Pewnie dlatego zrobił jej córkę. Nawet nie zadzwonił do baru, chociaż niemalże wypchnął mnie z balkonu. Widać po co jestem potrzebny. – Uderzył pięścią w ścianę, a ja o mało nie wyjęłam mu oka szczoteczką. – Dla pierdolonej rozrywki. Ona jest jego przykrywką, a ja chłopczykiem do dymania. To właśnie robią ludzie z pieniędzmi. Kupują co się da, a biedota żebrze o ochłapy...
     Instynkt zabójcy podpowiadał, iż wypadałoby mężulka odwiedzić. Jednak zemsta smakuje najlepiej, gdy wymierzona jest z wyrachowaniem. Powiedziałam więc to, co należało:
   – Musisz porozmawiać z siostrą. Skoro wiesz, że się wami bawi, nie możesz stchórzyć i dalej ciągnąć tej farsy. Sylwia zasługuje na prawdę. Obydwoje zaś macie prawo do szczerej i prawdziwej miłości. Niepotrzebny wam gach, który dyktuje warunki, ale prawdziwy partner, jaki będzie was wspierał i poświęcał czas tylko jednej osobie. Nawet jeśli dostaniesz wpierdol od Sylwki, to uratujesz dziewuchę od życia w kłamstwie. W końcu, co masz do stracenia? I tak nie odzywacie się do siebie od wielu lat. A jeśli wszystko się dobrze skończy, oskubcie patafiana do ostatniej złotówki.
     Tym razem przytaknął głową. Na całe szczęście skończyłam już poprawiać makijaż. Wyglądał bosko. Kreski umiejętnie przeciągnęłam, co nadało oczom drapieżny wygląd.
     Porwałam Julka w stronę lustra i kazałam się przejrzeć.
   –  Jesteś cudotwórcą – westchnął, spoglądając na swoje odbicie. Po chwili jednak spuścił wzrok, by spoczął na mnie. – Dziękuję, wiem już co trzeba zrobić. Tylko nie bardzo rozumiem, czemu mnie nie wydałaś.
   – Nie byłam pewna, a poza tym nie jestem kablem. – Uśmiechnęłam się. – To ty zjebałeś sprawę, więc sam musisz się z niej wykaraskać.
   – Ale nikomu nie powiesz?
   – O czym? – Udałam, że nie rozumiem.
   – No, wiesz – zmieszał się – że jestem gejem.
   – A co mi do tego? – zapytałam retorycznie. – Gej, lesba, trans czy inne orientejszyn, co za różnica? Każdy to człowiek. Nie mam prawa wpieprzać się nikomu do łózia z laczkami.
     "No, chyba że zaproszą" – dodałam w myślach.
   – I tak po prostu będziesz milczeć? Przecież w wiosce miałabyś poważanie, rozgłaszając sensację roku.
   – W wielkim poważaniu, to ja mam całą tę pierdoloną wieś. – Splunęłam na terakotę. – Jest jednak coś, co mógłbyś dla mnie zrobić. – Wyszczerzyłam ząbki i puściłam oczko. – Nie martw się, nic zdrożnego.
   Odwzajemnił uśmiech, ukazując urocze dołeczki.
   – Zamieniam się zatem w słuch – odparł, a moje trybiki znów przyspieszyły.
   – Strażak, dentysta i hydraulik. Macie takie przebrania?
   Dołeczki się pogłębiły, gdy odpowiedział:
   – Asystentka już przynosi ssak.
   – No to szybciej, szybciej, bo pacjenci czekają...
     Pół godziny później, jechałam już z powrotem do Ciemiężników. Elastyczny bandaż na cyckach, tupecik, sztuczne wąsy i broda sprawiły, że za kierownicą siedział niebieskooki jegomość. Włączyłam radio i w tym samym momencie rozbrzmiało wesołe tango. Szybko podłapałam tekst i wczuwając się w wykonawcę zaczęłam:
   – "Jadziem, panie Zielonka. Ja dzisiaj forsę mam, ja dzisiaj humor mam. W zastaw poszła jesionka, więc jak nie wypić dziś za zdrowie dam".
     Uśmiałam się setnie, uświadamiając sobie, że słowa są jakby o mnie. Płaszcza faktycznie brakowało, ale klatę, to miałam teraz zajebistą. Rome, czyli Rzym – od Juliusza Cezara, skwitował, że wyglądam jak "lizak w kształcie serduszka". Po zarobieniu kuksańca pod żebra, jakoś przestało mu być do śmiechu. Nakazałam chłoptasiowi milczeć o moim pobycie w Korach, w zamian za zasznurowanie ust w wiadomym temacie. Musiałam przecież zachować alibi. W razie czego Michel go jeszcze przypilnuje. Sylwia i tak, by milczała jak grób. Za dużo razy uchroniłam ją przed "karałką" – czyli kawałkiem szlauchu, pociętym w paski u górnej części. Ojciec nigdy Gniewkowskich nie oszczędzał.
     Z tymi myślami minęłam tabliczkę z napisem "Ciemiężniki" i skierowałam "Betkę" ku domowi pierwszej ofiary. Wybijała północ, więc noc była jeszcze młoda. Zaparkowałam w bezpiecznej odległości i opuściłam auto.
     Głośno wciągnęłam powietrze, poprawiając nieco za luźne ogrodniczki. "Nadeszła wiekopomna chwila...".
     Finally!

///

*W tekście użyto słów piosenki "Jedziem, panie Zielonka!" – muzyka: Bolesław Mucman, słowa: Józef Lipski, Władysław Szlengel, wykonanie: Tadeusz Faliszewski. Źródło: https://staremelodie.pl/piosenka/355/Jedziem_panie_Zielonka.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminał i erotyczne, użyła 2533 słów i 14929 znaków, zaktualizowała 12 sty o 10:52. Tagi: #kobieta #wulgaryzmy #przemoc #seks #alkohol

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo. Dzieje się dużo i ciekawie.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, bardzo dziękuję:D Staram się wypełniać wolniejsze rozdziały większą ilością szczegółów, aby nie było nudno :)

  • Gaba

    Czyżbyś  chciała przejść do grande finale? Włączasz turbo Mustanga i zaczyna się jazda bez trzymanki....?
    Trzymasz poziom, pięknie piszesz, jest lepiej niż dobrze!
    Pozdrawiam Cię ciepło, jak ja nie lubię tego białego czegoś!

  • Kocwiaczek

    @Gaba, powoli bzium-bzium i do celu:D

    Jak to jest, że jak spowalniam akcję, to mówicie, iż nabiera tempa? Aż strach się bać, jak zareagujecie na kolejne rozdziały ;)

    Bardzo dziękuję za wizytę i dobre słowo.
    U mnie buro i ponuro, czyli pogoda na birre i pióro :D  

    Pozdrawiam cieplutko i byle do wiosny :D

  • Kocwiaczek

    @Gaba, a i dziękuję za "pięknie", chociaż to przesada. Musiałam jeszcze poprawić przed chwilą kilka słabszych punktów rozdziału.  Pisanie po nocy daje się w kość, ale ostatnio ciągle jestem w niedoczasie  :woot2: