Gwiazdeczka cz. IX (Zdzi*a tom II)

Oprószona dodatkowymi kroplami gęstej rosy, wróciłam z nowym sojusznikiem do domostwa. Darowałam sobie przebieżkę w drodze powrotnej, nadrabiając trening zgoła inną aktywnością. Zaspokojona, z nerwami na wodzy, przekroczyłam sień i stanęłam twarzą w twarz z dojrzałą pięknością, w pełni jej rozkwitu.
     Matka ubrana była w ulubioną brązową sukienkę w białe grochy. Piersi wypięła dumnie do przodu, a talię przyozdobiła białą wstążką, wiązaną od tyłu. Gdzieniegdzie posiwiałe włosy spięła w fikuśny koczek, a policzki musnęła delikatnym różem. Dacie wiarę, że w pierwszej chwili jej nie poznałam? Nuciła coś pod nosem, kręcąc się przy kuchence, raz po raz rzucając drobne uwagi ku siedzącemu przy stole, wybitnie wczorajszemu wójtowi. Facio przypatrywał się mateczce jak urzeczony, kompletnie zapominając o bożym świecie. Scena jawiła się niczym z filmu wyjęta i szczerze bym mnie nie zdziwiło, gdyby niebawem powstał jakiś romans o równie pięknej kobiecie. Daję słowo, że odniósłby kasowy sukces. Tylko kapelusza brakowało do dopełnienia niemal idealnej kreacji.
     Moje wybujałe myśli przerwało prychnięcie za plecami. To Jerzy, odepchnąwszy mnie niedelikatnie na bok, podszedł i rąbnął ojca z całej paki w plery. Ojczulek o mało języka nie przegryzł, gdy poleciał z impetem na stół. Fajansowy kubek z parującym kakao, rozlał się kałużą po ceracie, na szczęście ostając w jednym kawałku. Zanim wójcio, zdążył zareagować, Jadziunia popędziła ze ściereczką i prędziutko wytarła stolik do czysta, przy okazji grożąc palcem dowcipnisiowi i ciągnąc go pieszczotliwie za policzek. Zamrugałam na ten widok, po czym dla pewności przetarłam dodatkowo gały. "To się naprawdę działo na moich oczach. Really?!".
   – Aleś się stary pryku napruł! Tak żeś chrapał jak wlizłem, że się zastanawiałem czy to jakiś prosiak Jatkowskiej do doma nie wpadł. Masz ci zdrowie! A teraz hop, hop – Jurek poderwał ojca raptownie na równe nogi, a ja ledwo zdążyłam złapać krzesło, które o mało nie rąbnęło o terakotę – zbieraj manele, bo ci matula nogi z dupy powyrywa. Miałeś wstąpić na kieliszek, by powitać pierworodną, a nie zalec na koju do rana.
   – Spokojnie, spokojnie – wtrąciła się moja rodzicielka. – Gość w dom, Bóg w dom. Rzadko mam możliwość raczyć waszmościów. Może byśta coś ino pojedli przed wyjściem?
   – Nie trzeba, nie trzeba – odrzekł wójt, odzyskując rezon. – Już i tak żem się zasiedział. Pani Jadwigo, przekaże pani mężowi podziękowania za gościnę? A panience – tu odwrócił się w moją stronę i złapawszy prawą dłoń w kleszcze, złożył pożegnalny pocałunek – raz jeszcze dzięki za poczęstowanie trunkami. Dawnom tak dobrze nie spał. Ululało mnie fest. Cieszy wszystkich Joasi przybycie. Niechże dama nie znika tak szybko. Pyski naszych rzezimieszków same się nie obiją.
    – Och, to był wypadek, naprawdę. – Roześmiałam się teatralnie. – Całe szczęście, już sobie wszystko z Jerzym wyjaśniliśmy. Fajnie było pogadać o starych czasach. Wie wójt, żeśmy się kiedyś mieli ku sobie? Tyle lat minęło, a dopiero teraz potrafimy z tego żartować.  
   – Jo, przeca jeszcze nic straconego. – Sprzymierzeniec puścił mi oczko, a ja oblałam się pąsem na wspomnienie leśnych uciech. – Może częściej zamiast pod sklepem, zacznę przesiadywać u waćpanny?
   – Byle nie za często. – Dałam mu kuksańca pod żebra. Lekki nie był, ale zniósł ból z pokerową miną. Jeszcze tego brakowało, żeby mi zionął oddechem na karku. Znaczy, w innych okolicznościach, było to całkiem przyjemne, no ale nie potrzebowałam kuli u nogi. – Duże dziewczynki łakną swobody. Poza tym ponoć wielu chłopa mam do wyboru. Julian wspominał wczoraj, że dziołchy powyjeżdzały w większości do miast. Mogę więc przebierać jak w ulęgałkach!
     – Kobiety! – Roześmiał się wójt, obserwując wkurzoną minę syna. Poklepał go po ramieniu i pociągnął za sobą do sieni. – Nieprzewidywalne od chwili narodzin!
   – Pieprzyć to! Odwożę cię pod chałupę i wracam do swoich. W gardle mi zaschło i jakoś procentów ubyło. Za stary chyba już na amory jestem...
     Po tych słowach ciapnęli drzwiami. Coś tam jeszcze ględzili, mijając okno, ale nie chciało mi się podsłuchiwać. Opadłam na krzesło i spojrzałam na rozbawioną mateczkę.  
  – A tobie co tak do śmiechu? – rzuciłam zaczepnie.
  – Podobasz mu się – odparła, wycierając mokre dłonie. – Zachodzę jednak w głowę, czemu z wroga jest teraz przyjacielem.
   – Kto się czubi, ten się lubi – skwitowałam. – Czy to nie tak było?
   – Ale ty go nie lubisz – podkreśliła, z naciskiem na przedostanie słowo. – Jest ci po prostu potrzebny, mam rację?
     No nie, teraz ona. "Czy ludzie z tej wsi mają jakiś pieprzony dar czytania w myślach?" – dumałam, jednocześnie rejestrując ogólnie panującą ciszę.  
   – Jak tam się miewa tatko? – Zmieniłam temat. – Nie trzeba go zawieść na pogotowie?
   – A bo ja wiem. – Wzruszyła ramionami. – Nie sprawdzałam od wczoraj, czy mu wygodnie w składziku.
   – Ke? – zaczęłam durnie. – W jakim znowu składziku?
   – No wiesz, w tym na grabie. Zawlokłam go tam, gdy poszłaś do siebie.
     Zrobiłam oczy wielkie jak pięć złotych. "Jakim cudem takie chucherko podźwignęło sto kilo żywej masy?" Jadzinka uśmiechnęła się na niezadane pytanie.  
   – Wczoraj, patrząc na ciebie przypomniałam sobie, że w młodości trenowałam zapasy. Żebyś mnie wtedy widziała! A siatkówka? Moje serwy były śmiercionośne. Jestem dumna, iż parę w łapach odziedziczyłaś po mamusi.
   – I tak przez dwadzieścia sześć lat nie kwapiłaś się mnie o tym poinformować? – Uniosłam brew, zdziwiona do imentu.  
   – Jakoś nie było okazji – odparła, uradowana z udanej niespodzianki. Odwróciła się, by nalać mi kubek kakao i ukroić kawałek drożdżowego ciasta. Obowiązkowo z kruszonką. Pamiętała, co lubię. Wracając, uśmiech zamarł jednak na matczynych ustach, gdy zerknęła na podwórze. Wychyliłam ciało w stronę okna i ujrzałam znajomą mordeczkę. Chwilę później usłyszałyśmy pukanie.
     Matkę niespodziewanie opuścił spokój. Ręcę zaczęły się jej trząść, gdy stawiała przede mną talerz. Złapałam szybko drobną dłoń, rzucając szeptem:
  – Spokojnie, zajmę się tym. – Puściłam oczko i wstając usadziłam Jadziunię na krześle. Odgarnęłam rozwichrzone włosiska i założyłam za uszy. Potem sięgnęłam po kubek i z parującą cieczą polazłam do drzwi. Wzięłam duży łyk i nonszalancko pociągnęłam za klamkę.
   – Witam, szanowną panienkę. – Michał uchylił czapkę i puścił mi oczko. "Kolejny amator kwaśnych jabłek się przypałętał. Nawet śniadania nie dadzą w spokoju wszamać". – Robię wycieczkę po okolicy. Wpadłem zapytać, czy wszystko u damy w porządku po wczorajszym incydencie.
   – Oj, nie trzeba było się specjalnie fatygować – rzekłam, pokazując mu ukradkiem język. – Wszystko gra i buczy. Już nawet przeprosiłam Jureczka osobiście. Odbyliśmy dzisiaj wesołą pogawędkę podczas spaceru nad potokiem.
     Skrzywił pyszczek na te słowa, a ja dorzuciłam po cichu: "nie bądź pies ogrodnika, masz już swoją szyneczkę do szarpania". Uśmiechnął się z zadowoleniem, a oczy rozjaśnił nieoczekiwany blask. "Ha! Wiedziałam!". Homo czy nie, takiej cycatce żaden się nie oprze. Nawet ja. – Kącik ust powindował w górę, przywołując scenkę z pewnego zaparowanego merola.
   – Kochanie, nie trzymaj tak gościa we drzwiach. – Dobiegł do nas głos matki. Wychyliła się z niebotycznym uśmiechem, doskonale kryjąc zdenerwowanie. – Och, czy to nasz nowy komendant? – Podbiegła i bez zahamowania złapała małego Mi pod ramię, ciągnąc zszokowanego nieszczęśnika do kuchni. – Proszę siadać, proszę siadać. Może napije się pan kakao? Ciasto już pokroiłam. – Niemalże podsunęła mu pod nos mój talerzyk. No tego jeszcze nie grali. Jeden spija kożuch, a drugi podwędza powidełka. To nie tak miało być! Nie tak!
     Szybko wskoczyłam na przeciwległe krzesło i ostentacyjnie porwałam łyżeczkę z małego słoiczka z węgierkową pastą, wpychając ją sobie do ust. Mój friend pokiwał głową z politowaniem.
   – Joanno, tak nie wolno! Już zapomniałaś o wszystkich manierach? – Mamuśka pędem uzupełniła brakujący sztuciec i dała mi po łapach, gdy próbowałam wyrwać komendantowi drożdżaka od ust. Zdążyłam jedynie capnąć rodzynkę, którą ze złością rzuciłam mu w oko. Jadziunia o mało nie dostała zawału.
   – Relax, pani Jatkowska. – Śniadaniowy złodziejaszek wyparował z pełną gębą. – My się znamy – dopowiedział ćlamiąc. – Zawsze próbuje mi ukraść całe szamanko.  
   – Nie musiałabym, gdybyś za wszelką cenę nie starał się go przede mną ukryć – wyparowałam, przywracając oczami.
    – Matko Przenajświętsza. – Rodzicielka osunęła się na krzesło obok mnie, kładąc czysty talerzyk na stole. – Chcecie bym tutaj kopnęła w kalendarz?  
   – Spokojnie mamo, przynajmniej nie będzie cię trzeba przebierać ani malować do trumny. – Roześmiałam się, gdy dziugnęła mnie palcem w bark. – No co, niezła z ciebie dzisiaj szprycha. A to jeszcze nie niedziela! Nawet mojemu przyjacielowi odjęło mowę na twój widok.
      Obie popatrzyłyśmy na Michała i ryknęłyśmy gromkim śmiechem. Daję słowo, ale nasze rechoty brzmiały w tej chwili jak identyczne kopie. Komendant siedział czerwony, wstrząśnięty i wyraźnie zmieszany naszym przytłaczającym towarzystwem. Aż mi się go szkoda zrobiło. Pocałowałam własną dłoń i poklepałam szorski policzek. "Mrr... ta nowa odsłona dawnego lalusia zaczynała mi się coraz bardziej podobać".
    – A więc jesteście przyjaciółmi. – Jadzia bardziej stwierdziła niż zapytała. – To znaczy, że...
   – Tak, proszę pani – wtrącił się milicjant – to oznacza, że wszystko o państwu wiem. – Sięgnął przez stół i uścisnął nasze dłonie. – Kiedy mam zatem pozbyć się zwłok?
     Parsknęłam rozbawiona i spojrzawszy mamie w oczy, odparłam.
   – Jeszcze na to za wcześnie. Postanowiłyśmy trochę pamęczyć starego szczurka. Ale mam dla ciebie niezłą robótkę. Wpadła mi do głowy po rozmowie z pewnym moczymordą. Wchodzisz w to, Miki? – Tutaj rzuciłam wyzywające spojrzenie w kierunku ukrytego agenta. Wyszczerzył zęby i bez tchu wyparował:
   – Dla ciebie wszystko, Elżuniu.
     Tylko na to czekałam. Czas pogrzebać w tym całym gównie. Szpadle w dłoń i nie ma co się w tańcu pierdolić. Nic się przecież samo nie zrobi. Dali mi sznurki, więc bez skrupułów zamierzałam za nie pociągać. "I wish you luck, my dearest friend! You will need it...".

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminał i erotyczne, użyła 1913 słów i 11044 znaków, zaktualizowała 29 lis 2020. Tagi: #kobieta #wulgaryzmy #przemoc #seks #alkohol

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Świetna robota.
    Świetnie się czyta, czekam na dalszy ciąg.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap bardzo dziękuję za odwiedziny i motywację do dalszej pracy :)

  • Gaba

    O taki odcinek nie posądzałem O--- , no taki soft core.... I dobrze! Nawet gwara jest! A ja zaskoczony jestem. O!
    Dobre, wytrawne.
    Pozdrawiam

  • Kocwiaczek

    @Gaba i takie muszą być. Pozwalają mi trochę zwolnić akcję. Dodać nieco śmiechu, w nieciekawej scenerii. W kolejnych postaram się przyspieszyć i bardziej dosmaczyć, nie zapominając o odpowiedniej pikanterii dania ;)