Gwiazdeczka cz. III (Zdzi*a tom II)

Zejście z peronu okazało się nie lada wyzwaniem. Chybotliwe pustaki ustawione zamiast stopni, w każdej chwili mogły przewrócić się na węższy bok, zgotowując podróżnemu skręcenie kostki i liczne otarcia. W tej gównianej wiosce nic się nie zmieniało. Nawet smród spawanego metalu, ciągnący od pobliskiego zakładu ślusarskiego nie dawał za wygraną. Kiedyś przypominał o domu. Teraz tylko powielał ból. Ślusarz Jeremiasz był bowiem jednym z moich oprawców.
     Kiedy już uporałam się z zejściem z pseudo-schodów, moje białe adidasy zatopiły podeszwę w nie mniej, nie więcej – kurzych odchodach. Zaklęłam w duchu ze złości, zauważając babcię Błażejukową wypasającą swoje stadko na nasypie kolejowym. Żadne prośby ani groźby nie mogły jej odwieść od tego pomysłu. Klepki pod kopułą miała nadal mocno poluzowane. Mąż uderzył ją kiedyś w szyję siekierą. Wysłali go potem do wariatkowa i choć baba przeżyła, pełni zdrowia nigdy nie odzyskała.  
    Od pamiętnego wypadku, którym pasjonowała się wówczas cała wiocha, minęło ponad piętnaście lat. Na początku wszyscy chcieli być dla Błażejukowej pomocni, ale swoją wrodzoną złośliwością, pogłebioną przez feralne uderzenie, skutecznie wszystkich zniechęciła.
     Bywała uparta i naprawdę nieznośna. Potrafiła szczuć kogutem wracające ze szkoły dzieciaki. Aż żałuję, że powstrzymałam się kiedyś od nasypania kulek pieprzu do gotowanych przez nią ziemniaczanych obierek. Moja koleżanka – Sylwia, została niestety na tym przyłapana. Nawet nie chcę sobie przypominać, jak srogie pasy zebrała wtedy od ojca. Nic dziwnego, że uciekła z domu kilka lat później. Sama bym na jej miescu zwiała tam, gdzie dosłownie pieprz rośnie.
      Po wytarciu laczka o pobliską trawę, skręciłam w boczną drogę, prowadzącą do "Baśki". Spotkanie z menelnią stało się nieuniknione, więc nawet nie próbowałam go odwlekać. Bądź, co bądź jeden z pijusów był synem wójta. Czarna owca w rodzinie, mogła stanowić świetne źródło informacji. Jako rówieśnicy, znaliśmy się od podstawówki. Nie powiedziałabym jednak, że pałaliśmy do siebie zbytnią sympatią. Chociaż będąc końmi z jednej stodoły, może istniała szansa na znalezienie wspólnego języka. O ile dam radę wszystko z sensem rozegrać...
     Przez chwilę rozważałam taktykę, by wybrać rolę zagubionego kociaka. W jednej dłoni dzierżyłam torbę, drugą kurczowo trzymałam poły rozchełstanej kurtki. Mijając sklep, tylko na moment łypnęłam w stronę gogusiów, by szybko spuścić głowę i wzrok. Tak jak się domyślałam, nie pozostawiono tego bez komentarza:
   —  No, witaj, skarbie, dawnośmy się nie widzieli – rzucił Czarny, zagradzając mi drogę. Pierworodny wójta nie tylko był wrednym bubkiem, ale też charakteryzował się czarnymi jak smoła lokami i hebanowymi oczami. Barczysta sylwetka dopełniała dzieła. W końcu przypomniałam sobie jego imię. Zlękniona odskoczyłam nieco do tyłu i udając szczere zdumienie, rzuciłam:
    —  Eee... cześć, Jurek. No, dawno, dawno. – Uciekłam spojrzeniem na bok i przestąpiłam z nogi na nogę. – Wiesz, idę do domu. Chcę zrobić rodzicom niespodziankę. Trochę się spieszę, no więc... może byś tak... mnie przepuścił?
   — Do domu? A gdzie niby jest ten twój dom? Bo na pewno nie u starego Jakuba. Nie zgrywaj mi tutaj idiotki! Pewnie dowiedziałaś się, że tatuś chce cię wydziedziczyć, skoro mamuśka zaraz kopnie w kalendarz...
   — Słucham?! – wrzasnęłam zszokowana. – Moja matka umiera?!
   — Paczcie ją, chopy! – zaniósł się głośnym rechotem i zerknął na towarzyszy. – Tyle lat tutaj Gwiazdeczki nie było, to nie dziwota, że nie jest na czasie. – Robił sobie ze mnie jawne podśmiechujki przy zgodnym pomruku aprobaty pozostałego tałatajstwa. W końcu się jednak odwrócił i przymrużył diabelskie ślepia. Dotykając przy tym palcem miejsce pomiędzy moimi cyckami, kontynuował. – Kiedy ty się bawiłaś w wielkim mieście, twój stary nie raz posłał matulę do szpitala. A to oczko podbite, a to bródka zsiniała. Ostatnio jednak przegiął. Wiem, że wrócił z nią do chałupy, ale od ponad tygodnia nikt Jatkowskiej nie widział. Może już zakopana? Albo spoczywa na dnie waszej studni? Kto wie? Całkiem możliwe, że tatuńcio robi sobie miejsce na młodszą zdobycz. Zaraz, zaraz... – strzelił się otwartą dłonią po czole – pewnie po to cię tutaj wezwał! Po co ruchać starą prukwę, mając do dyspozycji taaaakie... – tutaj przesunął paluchem pomiędzy półkulami i oblizał dwuznacznie usta – bimbałki...
     Trzask! Aż chrupnęło. Tylko trochę zabolały mnie knykcie. Nie minęła chwila, a krew lała się z nosa strumieniem po paskudnej czerwonej flanelowej koszuli. Reszta wydarzyła się w mgnieniu oka: Juruś upadł na dupsko przede mną, drąc się i złorzecząc w jakimś niezrozumiałym bełkocie. Ja zaś miałam ochotę palnąć sobie w łeb za spartaczenie sprawy przez zbyt słabe nerwy. Pozostali oniemieli, stali nadal na swoich miejscach, by kilka sekund później rzucić się w różnych proporcjach, to do mnie, to do poszkodowanego. W końcu pogodziłam się z myślą, że najpewniej zostanę pożądnie obita. Nakazałam sobie jednak anielski spokój. Czekałam zatem na ciosy, bowiem musiałam wrócić do gry. Chwilowa utrata kontroli nie mogła pokrzyżować planów. Pomimo szamotaniny, podczas której wyrwali mi torbę z rąk i lekko rozdarli koszulkę przy karku, żadne ciosy nie spadły. Zamiast nich usłyszałam ryk silnika i chmara kurzu otoczyła całą zbieraninę.
   —  A co to się tutaj wyrabia? – Znajomy tenor Michała przebił się przez kakofonię dźwięków. – Siedmiu mężczyzn atakuje jedną kobietę? Istne z was chojraki, panowie!  
     Wszyscy jak jeden mąż odwróciliśmy się w stronę przybysza, który momentalnie obszedł nowiutkiego Poloneza i szybkim krokiem zmierzał w naszą stronę. W środku auta zauważyłam szczerze przerażoną Asenię, która z przestrachem przytulała do siebie maleńką Ksenię, tfu... Krystynkę. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, delikatnie pokiwałam głową, dając znak, że wszystko ze mną okej. Jej mina minimalnie złagodniała, ale nie zwolniła uścisku, nadal tuląc główkę dziewczynki do piersi. Na siedzeniu pasażera siedział zaś młody milicjant, którego chyba trochę wcięło, bo z wyraźnym opóźnieniem zarejestrował wydarzenia, po czym wyskoczył i pędem dobiegł do małego Mi. Ten zaś zdążył już odciągnąć ode mnie zebraną hałastrę, sprzedając każdemu soczystego kopa między poślady. Na całe szczęście większość miała już ostro w czubie, więc wylądowała wiotko na piaszczystym podłożu. Gdy już palanci zostali unieszkodliwieni, Michał odezwał się do mnie rzeczowym tonem:
   — Nic się pani nie stało?  
   — Nie, panie władzo, zupełnie nic! – odpowiedziałam nieco łamiącym się głosem. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że mój friend rozpoznaje blef. – To tylko niegroźne nieporozumienie. Zmęczyłam się i chciałam odsapnąć. Odłożyłam torbę na ziemię, a jak ją podnosiłam i chciałam zarzucić na ramię, to uderzyłam tego nieszczęśnika. – Wskazałam dłonią na Jerzyka i teatralnie złapałam się za policzki. –  Olaboga, tyle krwi się polało! Będę musiała kupić panu nową koszulę! Tego nawet wodą utlenioną nie spiorę! A pan chciał przecież tylko niebodze pomóc!
   —  Czy to prawda? – Michał zwrócił się ku poszkodowanemu. Ten zaś, nieufnie przeskakując spojrzeniem pomiędzy mną, a nowym komendantem, wycharczał:
   — A kto pyta?
   — Ktoś kto nie odpowiada pytaniem na pytanie. – Michał odbił piłeczkę, nie spuszczając stalowo-niebieskich tęczówek z przymrużonych węgli intruza. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, w końcu jednak amator denaturatu ustąpił:
    — Tak, glino – wysyczał w odpowiedzi. – Było jak dama powiada. Dobry obywatel chciał tylko pomóc niewieście w potrzebie, a zarobił prztyczka w nos.
   — Być może obywatel powinien trzymać się na odległość od kobiet, które wyraźnie przewyższają go siłą? – Michał, wygłaszając zjadliwą uwagę, sięgnął do kieszeni po odznakę i mignął nią przed zebranymi, włącznie ze mną. Po tym geście dorzucił. – Od dzisiaj jestem tutejszym komendantem. Będę mieć państwa na oku – tutaj ponownie wbił spojrzenie w zebranych i przeskakując z jednego na drugiego, skończywszy na mnie dopowiedział – wszystkich i z osobna. Panią zaś zapraszam do auta...
   — Ale, ja...
   — Nie życzę sobie żadnych sprzeciwów. Podwieziemy podróżną do miejsca przeznaczenia. Jeszcze gotowa byłaby dama uszkodzić więcej czcigodnych obywateli...
     Szybkie spojrzenie na Jerzego i już wiedziałam, że to nie nasza ostatnia rozmowa. Pokiwałam nieznacznie głową i sięgnęłam po torbę, jednak młody milicjant po raz pierwszy zabrał głos:
   — Ja to wezmę, mam doświadczenie w obchodzeniu się ze śmiertelną bronią. – Mówiąc to, odsłonił ząbki w szerokim uśmiechu, ukazując dołeczki w policzkach. Odwzajemniłam wyszczerz, sprawiając, że spąsowiał na buźce, gładkiej jak pupcia niemowlaka. Chcąc ukryć zmieszanie, odwrócił się na pięcie i skierował ku bagażnikowi. Ja zaś posłusznie poczłapałam i zajęłam miejsce obok Krystynki, uprzednio wymieniając uprzejmości z "nowo" poznaną komendantową.
     Mijając blado-żółty gmach baśkowego królestwa prychnęłam lekko pod nosem: "Oj, gdybyś żuczku wiedział, jak bardzo blisko twym słowom do prawdy. Inaczej byś się wówczas uśmiechał".
     Jednak nie to było najistotniejsze. Teraz już tylko modliłam się w duchu, żeby skurwiel nie zakatował mi matki...

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminał i erotyczne, użyła 1676 słów i 9887 znaków, zaktualizowała 22 kwi o 17:44. Tagi: #kobieta #wulgaryzmy #przemoc #seks #alkohol

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo. Znów się dzieje.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap dziękuję :) Staram się, żeby nie było nudno :D