To co jest we krwi cz 14

Luk i Rasa spędzili całe trzy miesiące z rodzicami. To był ich najlepszy czas. Umieli już wiele. Wszyscy znali ,,portal czasu”. Tego odkrycia dokonał również Pat. Ann miała wciąż do niego uczucie w głębi serca. Ale kochała Altara i była z nim szczęśliwa. Ale widziała, że dzieci uwielbiają jej byłego partnera. Och, gdyby wiedziała co kiełkuje w sercu tego człowieka, trzymała by swoje pociechy po drugiej stronie galaktyki. No cóż, nawet serce matki jest czasem zawodne. Pat był genialny i miał niezwykły dar przekonywania. Mógłby być prezydentem, liderem. Na Ziemi dwunastka prowadziła sprawy ludzi, a dwójka wybierana co rok, reprezentowała ten tuzin. Pat nie chciał tego zmieniać. Nie miał szans. Co innego Erra. Tam widział powodzenie. Jego owoce rosły szybko. Kiedy wrócił jako bohater, wiedział że destrukcja mieszkańców Erry jest kwestią dni. Miał moc, o której nikt na Ziemi nie śnił. Podarunek od istot z gwiezdozbioru Kraba.
Spodziewał się dostać więcej, jeśli zginą. Ale jego plany zniszczył właśnie Ra-Gu. On jako jedyny z pośród całej populacji świetlistych istot, sprzeciwiał się kontaktom z Ziemią. Nie dlatego, że nie kochał ludzi. Sądził, że mieszkańcy Erry są bezbronni wobec niektórych ideii z Ziemi. A te właśnie wszczepił im Pat. Jego geniusz polegał na tym, że ziemianie zostali przekonani, że to właśnie Ra-Gu zniszczył Erre. A to właśnie Ra-Gu chciał ją uratować. W chwilę przed włączeniem centralnego generatora energii jakaś tajemnicza siła zabrała go z powieszchni planety. Kiedy wszyscy zginęli, on ocalał, a potem tym otrzymał moc miliardów. Tylko on wiedział, że jego proźba do Stwórcy, została wysłuchana. Bóg w którego wierzył, nie zawiódł go. Pozostał jednak wrogiem w oczach ludzi. Patryk nie pogodził się, że to nie on otrzymał moc. Teraz nie mógł zagrozić Ra-Gu. Ale miał plan. Według jego obliczeń, maksymalna moc tej galaktyki, znajdowała się blisko. Lecz trzeba było wrócić do IX wieku. I właśnie odkrył ,,portal czasu”, niestety nikt nie mógł go użyć. I tu też miał dla wszystkich niespodziankę. On mógł. Rasa, Luk i jeszcze dwójka rówieśników. Chłopiec i jego siostra. O niej nie wiedział nikt. Doskonała kopia Rasy.
Po zniszczeniu mieszkańców Erry, Ziemia obawiała się Ra-Gu, jak ognia.
    Dzieci przeszły inicjację, czyli otwarciu na moc. Plan Patryka był doskonały. On pozostawał w cieniu. Miał kontrolę nad komputerami całej ziemi. System wyczyści dane. Ra-Gu będzie winny i groźny. A on przeniesie dzieci naiwnej Ann w przeszłość. A tam zmieni świat. Tamten i ten. Nie spodziewał się jednego, że Altar coś odkryje. Co prawda, minęło już trochę czasu od zagłady mieszkańców Erry.
— Dzieci są bezpieczne — rzekł Patryk nie odrywajac oczu od pulpitu. Ra-Gu ich tam nie dostanie.  
— Nie Ra-Gu jest problemem — rzekł Altar.
Patryk odwrócił się powoli.
— A kto przyjacielu?  
— Ty Patryk, ty. Prawie i mnie zwiodłeś, tak jak Ann. Dlaczego, dlaczego Pat?
— Już niedługo zapomnicie o Pat, zapomnicie o wszystkim — rzekł spokojnie Patryk. Jeszcze jeden dotyk na pulpicie... i wszystko się zaczęło, właśnie teraz. Teraz nic mnie nie powstrzyma.    
— Tylko dlatego, że Ann wybrała mnie?  
Pat wiedział w głebi serca, że to jest prawda.
— Nie, chodzi o siłę i władzę. Co zamierzasz, Altar?
— Nie dopuszczę do tego, to jasne!  
— Za późno — rzekł Pat. Na konto Ra-Gu — dodał.  
Ciało Altara uderzyło w ścianę. Prąd zaczął tańczyć w jego korpusie. Rasa znalazła się w pokoju w samą porę.
— Tata, co z tobą?
— Szybko Rasa! To Ra-Gu — rzekł Patryk — uciekajmy w przeszłość.
— A mama? — zapytała ze łzami.
— Jest bezpieczna.
Znikli.
    Tak jak zaplanował Patryk, cała wina spadła na ocalałą istotę z gwiazdozbioru Kraba. A cudowny wirus w systemie wymazał wszystkie dane o portalu i o tym co robił Patryk i jak powstała kopia Rasy. Altar wyszedł z tego, ale o wszystkim zapomniał...  
                                                                               *
Dzieci również wszystko zapomniały, bo miały zapomnieć. Znały tylko Sothara i magię. Sothar zadowolony z siebie miał już gotowy plan. Rasa i Lukas robili postępy. Sothar odkrył coś, co nawet jego zdziwiło.
Doskonałe zło musi stanąć w miejscu mocy, by ją uruchomić. A krew dziewicy musi zainicjować proces. I nie dziewicy, w sensie fizycznym. Ale Sothar wiedział, że Luk nigdy nie stanie się zły. Kocha siostrę, ale nie w ten sposób, aby jego plan się powiódł.
— Jestem genialny — mruknał do siebie Sothar. Gothar pragnie siostrę, a ma dopiero dwanaście lat, a co będzie jak skończy dwadzieścia? Pomogę ci przyjacielu, zostaniesz królem, a pewnego dnia dostaniesz słodki deser.
— Wiesz, że mam dobry słuch, Sothar — rzekła śliczna, miedzianowłosa dziewczynka.
— Co słyszałaś, Raso?  
— Wystarczająco dużo.
— Piękna i jadowita, jak matka.
Luk znalazł się przy niej. Gotowy by jej bronić. I wtedy ich ciała zaczęła otaczać przezroczysta mgła.  
— Zaraz zapomnicie wszystko i będziecie grzeczne dla wujka Pata.
— Co się dzieję, bracie? — zapytała wystraszona dziewczynka.
— Pocałuj mnie, szybko — rzekł Luk.
Rasa pocałowała go w policzek.
— Nie tak, to nie zadziała.
— Nie zrobię tego — rzekła wykrzywiając twarz w grymasie.  
— Musisz, inaczej świat zginie, to genialny szaleniec — rzekł chłopiec.
— Jestem z tobą bracie.  
Mgła trzymała ich coraz mocniej w objęciach, a na zewnatrz słychać było upiorny śmiech Sothara.  
Gersa przytuliła brata. Przywarła ustami do jego warg. Poczuli wilgoć i rozkosz. Sothar przestał się śmiać.  
— Jak to odkryłeś... ty.  
Sothar zrozumiał w jednej chwili, że Luk odkrył jednyne zabezpieczenie w jego, jak mniemał, genialnym planie. Mgła pękła jak bańka. Rasa odskoczyła jak oparzona od ciała brata.
— Teraz Raso! — krzyknał Luk.
Z dłoni dziewczynki wyleciały pioruny. Ciałem Sothara wstrząsnał ból. Chłopiec wykorzystał ten moment. Wymówił szybko zaklęcie. Zły mag zaczął się miotać uwięziony w przezroczystej bańce.
Nauka i moc Sothara obróciły się przeciwko niemu. Dzieci miały moc.
Krzyk Sothara ginął w bańce. Sothar miotał się, ale nie mógł nic zrobić.
— Zemsta jest we krwi — wrzeszczał, ale nie słyszeli jego głosu.
Mieli nadzieję, że nie uda mu się nigdy wyzwolić z więzienia. No cóż, mylili się...  

Dzieci znalazły się na zewnatrz daleko od miejsca gdzie przebywał uwięziony zły czarownik i jeszcze gorszy człowiek.
— Coś się dzieje — rzekła dziewczynka,
— Ze mna też — szepnął chłopiec.
Zaczęli znikać...  
  
Zartar odzyskał przytomność. Leżał przed skalną pieczarą.
— Co tu robię? — szepnął.  
Popatrzył na swoje dłonie, nie przypominały ludzkich. Szpony. Zobaczył odbicie w małej sadzawce. Potwór. Po chwili wszystko zniknęło.
— Woda — rzekł.
Zobaczył studnię.          
   Pod koniec dnia nieźle się urządził. Miał moc, był Wiedźminem. Sam w tym magicznym lesie. Wiedział jedno. Miał na imię Zartar.  
                                                                               *
   Gersa leżała na mchu. Czuła jeszcze rozkosz w ciele i wilgoć na wargach. Nie pamiętała pochodzenia tego odczucia...
— Co tu robię? — powiedziała cicho.
— Właśnie, co tu robisz? — usłyszała.
Zobaczyła małe, może sześcio calowe stworzątko, ze skszydełkami.
— Kim jesteś? — zapytała dziewczynka.
— Jestem Kathi, elf  — rzekła mała istota. Zwichnęłam skrzydło.  
Kathi była dziewczynką. Miała małą pelerynkę i sukienkę z płatków rumianku.
— Nie wiem czy potrafię — rzekła Gersa.  
— Jak ci na imię? — zapytała Kathi.
— Jestem Gersa, wróżka.
Złapała się za buzię.
— Jak to wiem?
Wzięła małego elfa na rękę i przytuliła do serca.  
— O, już dobrze — rzekła Kathi. Wiedziałam, że dasz radę.
Podfrunęła do ust Gersy i pocałowała ją delikatnie. Gersa poczuła miłe uczucie.
— Chcesz, pokażę ci las — rzekła Kathi.
— Nie masz mamy albo taty? — zapytała dziewczynka.
— Ja? Mam dwieście lat i setkę dzieci — rzekła roześmiana Kathi.
Gersa zobaczyła, że jest elfem. Wygladała jak Kathi tylko nie miała nic na sobie.
— Poczekaj zrobię ci ubranie — powiedziała Kathi.
Gersa stała chwilkę zawstydzona zasłaniając łono i małe piersi.
— Nie ma nikogo — rzekła Kathi — nie ma powodu się wstydzić.
Po chwili Gersa miała ubranie. Sukienkę z płatków róży, koszulkę z konwalii.
— Chodź, lećmy — szepnęła Kathi, wzięła jej dłoń i pofrunęły.
Gersa czuła rozkosz. Leciały nad lasem, potem fruwały między drzewami. Pod wieczór jadły miód. Kathi była urocza.
— Wiesz, być elfem jest cudowne, ale ja jestem tu w jakimś celu, muszę wracać — powiedziała Gersa.
— Nie ma kłopotu. Już wiesz, że bycie elfem to najcudowniejsza rzecz — rzekła Kathi.
Podfruneła do Gersy. Stały na gałęzi jodły. Pocałowała ją znowu. Tym razem dłużej.
— Zawsze możemy się spotkać, Gerso. Masz moc, znajdziesz mnie.
Kathi odfrunęła. Gersa stała na trawie w swojej naturalnej postaci.
— To dziwne, pamiętam że ktoś mnie całował przed Kathi, ale kto?

Rosła, stała się w pełni kobietą. Wiedziała już, że ma moc. Odkryła też, że w okolicu jest zamek i mieszka tam dziewczyna, bardzo podobna do niej. Odczuwała, że w tym lesie jest jeszcze ktoś o wielkiej moc. Gersa miała świadomość jeszcze innych rzeczy, ale te leżały głęboko w jej sercu i czekały na właściwy czas, by się objawić.                        
                                                                               *
    Zartar otworzył oczy. Siedział sam w jadalni. Słońce wisiało nisko nad horyzontem. Teraz już wiedział wszystko. Rozmyślał o tym, że musi wszystko sobie ułożyć. Miał jednak nieodparte uczucie, że to dopiero początek pełnego poznania.
                                                                               *
Rasa weszło do komnaty, którą otrzymała od Sanesa. Przez kilka chwil rozmyślał o małej dziewczynce, której nie zdołała uratować. Jako doświadczona wróżka musiała to przyjąć. Usiadła w rogu komnaty, położyła ręce na kolanach. Już się nie smuciła, zakceptowała wszystko. Powoli weszła w trans... Zobaczyła siebie i Martensje w miłosnym zbliżeniu. Poczuła rozkosz. Obserwowała splecione aury. To już nie była rozkosz, lecz czysta ekstaza. Mimo, że to wydarzyło się wcześniej,  czuła jakby odbywało się jeszcze raz. Wibracje i pulsowanie czakr na wszystkich poziomach subtelnych ciał. Teraz dostrzegła Martensję w miłosnym zbliżeniu z kimś innym. Nie zdziwiła się, zrorozumiała. Znowu zobaczyła Martensję z kimś innym. Teraz nie mogła tego zrozumieć. Nagle dostrzegła siebie z kimś, kogo miłuję od pierwszej chwili. Pamiętała elfa, Sothara, pierwszy pocałunek Luka... I wszystko stało się przejrzyste...
                                                                               *  
Are weszła do małej, chłodnej kapliczki, obok miejsca gdzie kładziono zmarłych, zaraz przed obrządkiem pogrzebu. Odczuła Rasę. Rozsunęła szeroko ręce i otworzyła dłonie. Fluidy energi o barwie róży i jej zapachu weszły w jej ciało. Are zamknęła ręce na piersi i zaczęła delektować się czymś co jedynie ona rozumiała i czuła. Czarnowłosa rzuciła okiem na drobne ciało, okryte białym, cienkim materiałem. Wróciła do sypialni Martensji, gdzie przemieniła swoje ciało z dziewczynki w tą postać, którą teraz posiadała. Poczuła Martensję, ale również kogoś, kogo miłuje najbardziej, Rasę. Znowu zebrała jej różowe fluidy i zamknęła je w swoim sercu, splatając dłonie, pomiędzy dojrzałymi piersiami. Are zdjęła kolczugę i rękawiczki. Rozebrała się do naga. Podeszła do skrzyni z ubraniami. Na samym dnie znalazła coś odpowiedniego. Mniejszą niż pozostałe, białą bawełnianą sukienkę. Are przemieniła się w postać dziewczynki. Dotknęła ust. Tak, te usta pamiętają pierwszy kontakt z ustami Artrasa. Are założyła suknię. Delikatnie, prawie nie dotykając drewnianej podłogi, poszła do kapliczki. Podeszła do leżącego, sztywnego ciała. Tak jak myślała, dziewczynka mogła mieć dziesięć, może jedenaście lat. Miała wychudłą twarz i ciemne, brązowe włosy. Jej drobne ciało okrywała biała, lekko zużyta sukienka. Are trzymała w dłoni dużą, złotą monetę.  
— Przyda ci się, rodzice kupią ci kilka nowych ubrań — szepnęła.
Are położyła dłoń na czole dziewczynki.
— Och, dusza odleciała. Musze ją złapać o ile Pan mi pozwoli.
Uniosła ręce do góry.
— Czy mogę?  
Czekała spokojnie na odpowiedź. Czekała dobrą chwilę.  
— Dziekuję, wiedziałam że się godzisz — rzekła Are. Wiem, że nie rozumiesz, ale i tak dziękuję.
Usiadła w rogu komnaty, zamknęła drzwi. Użyła mocy, którą Rasa zamknęła poprzednio pokój Martensji. Po chwili jej ciało zastygło nieruchomo. Obdarzona inną mocą, poleciała znaleźć duszę dziewczynki. Po drodze dostrzegła Artrasa i Martensje na koniach. Potem wyszła z materii. Zobaczyła Rasę, potem Zartara. Leciała dalej. Ujrzałała tysiące błądzących dusz, które nie znalazły jeszcze swojego następnego miejsca. Wreszcie odnalazła właściwą.
— Chodź ze mną, nie bój się.
Dusza szepnęła coś.
— Nie, nie jestem aniołem, jestem teraz specjalną duszą. Wrócisz do miejsca z którego wyszłaś.
Po chwili ciało Are powstało z kąta. Podeszła do ciała dziewczynki. Położyła dłoń na jej czole.
— Och ty mały uparciuchu. Teraz już musisz ożyć!
Pocałowała sine usta dziewczynki. Trzymała chwile swoje usta na zimnych wargach, martwego ciała. Potem oderwała je i patrzyła. W ciągu kilku sekund całe ciało leżącej dziewczynki pokrył szron. Wszystko w kapliczce zamarzło. Na całym zamku po raz drugi wszyscy odczuli chłód. Kilka chwil ciało dziewczynki nadal leżało nieruchome. Szron powoli znikał. Are czekała. Dziewczynka otworzyła oczy.
— Gdzie jestem, czy to niebo?
— Nie, jesteśmy w kapliczce zamku, gdzie rodzice cię przynieśli.
— Tak, pamiętam. Widziałam miłą panią o miedzianych włosach, a potem nie wiem. Było ciemno i chłodno — rzekła mała.  
— Jak masz na imię? — zapytała Are.
— Jestem Henge — odrzekła — a ty?
— Mam na imię Are. Chodźmy, tylko mnie nie dotykaj, dobrze?
— Dobrze — rzekła Henge.
Zaraz dostaniesz jeść i w krótce zobaczysz swoich rodziców.
— Czy już jestem zdrowa, czuję się dobrze?  
— Tak, jesteś już zdrowa. Poczekaj tu, zaraz ktoś przyniesie jedzenie dla ciebie — rzekła Are.
— Kim jest ten pan? — zapytała mała, pokazując Zartara.
— To Zartar, on śpi — odrzekła Are. Muszę już iść, ale się jeszcze zobaczymy.
Are wróciła do sypialni Martensji. Zdjęła sukienkę. Po chwili stała sią znowu duża i atletyczna. Założyła swój strój, pelerynę i kolczugę, a potem rękawiczki. Biała sukienka spłonęła błękitnym ogniem, nie pozostawiając śladu popiołu. Are weszła z powrotem do komnaty, w której spała ostatniej nocy. Wyjęła pergamin ze skrzyni, coś napisała i położyła na stole. Zniknęła.
                                                                               *
Powstał mały rumor, kiedy zobaczono dziewczynkę w jadalni. Ale nawet ten hałas nie obudził Zartara. Obudziła się jedynie Rasa, a właściwie coś ją wybiło z medytacji. Poczuła chłód.
— Are, to ty?
Nikt nie odpowiedział. Usłyszała tylko hałas z dołu. Zbiegła na do jadalni...
— Och, ty żyjesz? — powiedziała do dziewczynki. A ja myślałam... och, jak się cieszę.
Zawołała służbę.  
— Dajcie jej jeść i pić i niech ktoś pójdzie do jej rodziców.
Henge powiedziała gdzie mieszka. Zjadła i napiła się. Potem rozmawiała z Gersą.
— Dziękuję, księżno Gerso — rzekła kilkakrotnie.
W końcu przybyli jej rodzice. Upadli do nóg Gersy i dziękowali jej również, bardzo wzruszeni.
— Do zobaczenia — rzekła dziewczynka.
Wsunęła drobną dłoń do kieszonki. Wyjęła pieniądz.  
— Och, to złoto. To dla mnie?
— Nie możemy tego przyjąć — rzekli rodzice i położyli monetę na stolę.
— Weźcie, proszę — powiedziała Gersa.
Gersa wzięła złoto i dała Henge. Odczuła Are. Już wiedziała.
— To nie mi powinniście dziękować — rzekła cicho. Śmierć i śmierć równa się życie — powiedziała cicho, po chwili.
Ale nikt jej nie usłyszał...  
Kiedy uradowani rodzice odeszli, Gersa zaczęła szukać czarnowłosej, lecz nigdzie nie mogła jej znaleźć.
Nie było również ani Artrasa ani Martensji. Zartar tkwił w głebokiej medytacji, a jej mąż nadal rozmawiał o sprawach księstwa.
Zastanawiała się przez chwilę, czy Are i Artras pojechali, ale zaraz jej przeczucie dało jej odpowiedź.
Nie wiedziała gdzie jest cudna czarnowłosa, ale wyraźnie czuła Martensję.
Bez powodu zaczęła czuć fizyczne podniecenie i wzrastajacą rozkosz i... pojęła. Tym razem prawda przerosła nawet jej pojęcie i wiedzę.
                                                                               *
Martensja i Artras jechali średnim tempem. W ten sposób mogli rozmawiać.  
— Dużo się zmieniło ostatnio — zagadnęła.
— Tak, ludzie Lonty pokładają nadzieję w twoim bracie. Wygląda na to, że nikt nie kochał Gotharda.
— To może zabrzmi dziwnie, ale ja go kochałam — rzekła smutno. Pomimo zła jakie miał w sobie, ja dostrzegałam w nim odrobinkę dobra...

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3015 słów i 17245 znaków.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Oni wszyscy są ze sobą powiązani, zaczynam się domyślać, ale jeszcze wszystko może się wydarzyć. Czytam dalej ;)

  • Duygu

    Bardzo ciekawa część. Do tej pory, jedna z lepszych  :bravo: Intrygujący przeskok czasu. Wszystko cacy, ale po co przypomniałeś o Gothardzie?! Niech sobie już leży w trumnie  :P   :lol2: Żartowałam, oczywiście  ;) Coś dużo się całowali w tej części.  :kiss:   :kiss:   :kiss:   :kiss: Oooo, jaka Henge jest słodka  <3 Chyba po raz pierwszy nie zgodzę się z Martensją... W którym momencie Gothard był dobry? Chociaż, w sumie nikt nie jest idealny, ani do końca zły. Brawo!  :bravo:

  • AlexAthame

    @Duygu Dziękuję. Może i dużo buziaczków było. Henge słodka? Jak dziecko, każde dziecko jest słodkie. Do czasu jak zacznie telewizję oglądać albo do szkoły chodzić. Albo jak zobaczy, że rodzice kłamią, a uczyli, że nie wolno

  • AlexAthame

    @Duygu A co Gotharda, nie czytasz dokładnie. Kamienna światynia się zawaliła, więc tam spoczął ze swoim bossem, Sotharem.

  • AlexAthame

    @Duygu Chyba że czytałś dokładnie i żartowałaś z tym również. W razie draki masz  :kiss: na przeprosiny