Studnia - 12

Yoki siedział po turecku na gołej posadzce. Był przykuty długimi łańcuchami za nadgarstki do ściany. Nie był już nawet zły na Rrinna, że wpakował go w to wszystko. Pogodził się z losem. Żałował tylko, że nie może napić się przed śmiercią. Trząsł się co chwilę cały, bo jego ciało domagało się alkoholu. Marzył o dobrym winie, takim jak pijał w czasach swojej młodości za nim doszło do tej przeklętej Wojny.

Pod ścianą w przeciwległych rogach stały dwa kubły. Jeden z wodą, drugi na fekalia. Yoki zerkał co jakiś czas na ten z wodą. Zastanawiał się, czy nie odebrać Zakonnikom przyjemności odebrania mu życia. Mógłby zrobić im na złość i się utopić. Kat pewnie byłby niepocieszony, ale co tam.

W podziemiu rozbrzmiały kroki wielu par twardych podeszw. Dźwięk się nasilał, a wraz z nim prędkość bicia serca Yokiego, któremu się wydało że nawet powietrze zaczęło drżeć. Wyczuł że idą po niego, chociaż nie spodziewał się że przybędą tak tłumnie. O ile jeszcze przed chwilą był pewien że jest pogodzony ze śmiercią, o tyle teraz za nic w świecie nie chciał umrzeć. Nie zamęczony przez tych suczych synów.

Zachrobotał klucz w zamku, zamek dwa razy szczęknął i drzwi zostały otwarte z głośnym chrobotem. Do lochu wszedł najpierw podstarzały Rycerz, który musiał być kimś ważnym, bo stał i tylko patrzył z boku gdy rozkuwano Yokiego z łańcuchów więżących go przy ścianie, a później nakładano mu nowe. Na jego piersi widniała zaciśnięta pięść. Yoki splunął mu z pogardą pod nogi i posłał nienawistne spojrzenie.

Yoki nigdy nie garnął się do władzy. Był królewskim doradcą i uzdrowicielem, ale to wszystko. Dążył do pokoju i porozumień, a teraz miał zapłacić za błędy złych kolegów po fachu. On, który jako jeden z nielicznych próbował zapobiec katastrofie. On, mag wody, strateg i uzdrowiciel wpakowany do jednego worka z demonami ognia, które podpaliły świat. On, który pozwolił by jego ciało postarzało się o trzydzieści lat, byleby tylko utrzymać tarczę nad pałacowymi kobietami i dziećmi. Nie udało się ich uratować, bo zemdlał w końcu z wyczerpania i wpadł do fontanny. Inni by się utopili, ale nie on. Mógł żyć całkiem długo pod wodą, chociaż nigdy nie sprawdził jak długo.

Skute ręce i nogi Yokiego były teraz połączone dodatkowym łańcuchem. Stary Rycerz wyszedł jako pierwszy, za nim ruszyło dwóch kolejnych. Później popchnięto Yokiego by ruszył ich śladem. Szedł niezdarnie, a metalowe zapięcia boleśnie ocierały mu kończyny. Łańcuchy dzwoniły złowrogo przy każdym jednym kroku. Dreptał jak kaczka, bo okowy na nogach nie pozwalały na duże kroki. Gdy wyszli do szerokiego podziemnego korytarza oświetlonego jedynie pochodniami, Rycerze z obnażonymi mieczami obskoczyli Yokiego z każdej strony.

Głupcy, pomyślał Yoki. Gdyby zaatakował przeszkadzaliby sobie nawzajem. Obserwował ich z ukosa i szukał najlepszej okazji do desperackiego ataku. Uznał, że lepiej zdechnąć w walce niż w pieszczotach ich kata i jego zabawek do zadawania bólu. Może na tych schodach przed nimi?

Poczuł czyjąś obecność. To było coś silnego, od czego zjeżyły mu się włosy na karku. Mimowolnie obrócił się do tyłu i rozejrzał się nerwowo na miękkich nogach. Serce waliło mu jak oszalałe ze zgrozy, ale niczego niepokojącego nie widział. Rozdziawił gębę i oblizał suche usta. Obręcz Pokory tłumiła jego magiczne umiejętności, ale ciało pozostało wrażliwe na magię. Popchnął go jeden z Rycerzy. Yoki potknął się o okowy i upadł, a wtedy się zaczęło.

Ze ścian i podłogi wyłaziły rzeźby przypominające zmasakrowanych ludzi. Zaczęły chwytać Rycerzy. Upiory darły z nich szponami skórę, miażdżyły kości i wydzierały ścięgna, tkanki i flaki. Rozdzierały metalowe kolczugi jak prześcieradła. Ich usta otwierały się w groteskowym niemym krzyku, podczas gdy Rycerze wrzeszczeli z bólu, a może i strachu. Ich ryki bólu zwielokrotniało echo długiego korytarza. Rozpętał się prawdziwy chaos. Miecze uderzające o rzeźby odrąbywały fragmenty gruzu, ale nie zatrzymywały żądnych krwi upiorów, których pojawiało się co raz więcej.

Yoki czołgał się niezdarnie między walczącymi Rycerzami i upiorami. Podniósł umazany krwią miecz i wlókł go ze sobą, a gdy mijał jakiegoś Rycerza, podcinał mu ścięgna pod kolanami. Macie przeklęte świnie za swoje, myślał. Rycerze nadeptywali na niego i wywracali się na nim, ale nie zważał na to. Widział już przed sobą schody. Jeszcze tylko kawałek, da radę.

Upadł przed nim upiór i Yoki zobaczył go z bliska. Jego usta poruszały się jakby coś mówił. Czarodzieja zdjęła zgroza. Poznał go. Pamiętał tego młodego czarodzieja, którego szkolił jego przyjaciel. Teraz upiór chłopaka jak makabryczna kukła powtarzał bez dźwięku błaganie o pomoc. Pół stopionej twarzy zlało się na szyję, przez policzek widać było dziąsła i zęby. Wyciągał do Yokiego ręce, a w martwych szarych oczach miał wypisaną nadzieję na pomoc, która nigdy nie nadeszła. Był tylko ogień, zgliszcza, popiół i śmierć.

- Ty nie żyjesz, Safielu - szepnął Yoki.

Z łzawiącymi oczyma i ściśniętym gardłem odczołgał się od upiora chłopaka i odgonił wspomnienia Wojny. Ktoś kto stworzył te upiory, musiał pamiętać Wojnę Magów, a to znaczyło że w klasztorze był jeszcze jeden czarodziej i to nie byle jaki. Jeśli go znajdzie z powodzeniem uciekną. Jeszcze tylko kawałek i będzie poza zasięgiem rzeźb i zamknie tu Rycerzy. Będzie mógł spróbować ucieczki.

Ktoś go targnął do góry za szmaty. Dwóch Rycerzy wzięło go pod ramiona i powlekło w pośpiechu po posadce do schodów. Yoki spojrzał przed siebie. Przed twarzą furkotała mu peleryna tego starego Rycerza. Z naprzeciwka nadbiegało całe mrowie zwabionych zamieszaniem Rycerzy. Yoki pojął, że wkrótce z upiorów zostanie tylko gruz.

To by było na tyle mojej ucieczki, pomyślał smętnie.

***

Przysiadła na brzegu fontanny, a swój mały tobołek położyła na ziemi. Zdjęła z siebie połataną szmatę, którą osłaniała się przed palącym słońcem. Nieczesane od wielu dni włosy miała skołtunione, tłuste i brudne. Na ile się dało skrywała je pod kapturem sukni. Poszarzała suknia była wystrzępiona i zniszczona. Lolla obmyła w wodzie brudne i pokaleczone dłonie i twarz. Obejrzała poranione stopy. Od wielu dni szła boso, buty zniszczyły się po drodze.

Obserwowało ją kilka mniszek. Szeptały coś między sobą. Szacowały pewnie czy jest podróżną, czy może żebraczką. W pierwszym wypadku mogła liczyć na nocleg, o ile oczywiście miałaby czym zapłacić. W drugim pewnie dano by jej jedynie trochę jedzenia i odprawiono.

Na placu wybrukowanym kocimi łbami panował spory ruch. Chłopi krzątali się nosząc z wozów kosze z żywnością do spichlerzy, a także klatki z drobiem. Młode mniszki służyły im pomocą. Konie wierciły się niespokojnie stojąc w słońcu i oganiając się z napastliwych much. Starsze mniszki targowały się o ceny towarów i zwierząt.

Głównymi zadaniami żeńskiego Zakonu Gniewu Bogów było służenie modlitwą, dbanie o uprawy i obsiane pola, przyjmowanie i składanie ofiar Bogom, a także sztuka leczenia ziołami i sztuka leczenia duszy oraz tłumaczenia snów. Miały też wyrocznię, która przyciągała do nich tłumy. Mniszki na zewnątrz nosiły lniane proste stroje, ukazujące ich skromność. I faktycznie były skromne, ale tylko te młode, bo starsze pod spód wkładały wygodną bieliznę i halki, by len nie wywoływał swędzenia.

Do Lolli podeszła mniszka w towarzystwie dwóch młodszych sióstr. Była dość stara, a jej wyraz twarzy srogi i surowy.

- Witaj, moje dziecko. Jakiej pomocy możemy ci udzielić w naszych skromnych progach? – spytała patrząc na nią jak na wyjątkowo obrzydliwego robala.

- Witaj, szanowna Matko – odparła Lolla gnąc się w pokłonie. – Potrzebuję noclegu i rady wszechwiedzącej wyroczni – wyjaśniła.

- Masz czym zapłacić? – spytała oschle mniszka.

- Tak, mam zapłatę – powiedziała Lolla.

- Zatem chodź za nami – rzuciła i ruszyła nie zwracając uwagi na to, czy dziewczyna idzie za nią czy nie.

Lolla podniosła swoje okrycie i tobołek i poszła niespiesznie za wyniosłą kobietą. Nie spodobało się jej to powitanie. Mniszka nie przedstawiła się nawet ani nie zaprosiła jej by poszła „z nimi” jak równy z równym. Więc stąpała „za nimi” ociągając się. Gdy doszły do klasztoru, musiały na nią poczekać. Poprowadziły ją szerokimi zimnymi korytarzami.

Zmarzły jej stopy, ale nie przejęła się tym nazbyt. Zimno zmniejszało ból okaleczonych nóg naznaczonych popękanymi pęcherzami i siecią zanieczyszczonych drobnych ran, z których sączyła się krew. Zostawiała za sobą mokry ślad, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Tak jak i na nią, śmierdzącą żebraczkę, za którą ją brano.

Mniszki wprowadziły ją do obszernej hali, gdzie przy kilku stołach siedziały kobiety i zapisywały coś w księgach gęsimi piórami maczanymi w kałamarzach. Do każdej z nich prowadziły kolejki złożone z kilku do kilkunastu osób.

- Stań tam i poczekaj na swoją kolej.

Starucha wskazała jej niemal najbardziej zatłoczoną kolejkę na końcu hali. Prawie, bo największy ruch panował pod oknami, gdzie gromadzili się żebracy. Lolla nie wybrzydzała. Stanęła na wskazanym końcu. Rozejrzała się zaciekawiona.

Przez środek sali przechodził rząd kolumn zdobionych u podstaw i sklepień. Dominowały motywy roślinne. Podłoga była wydeptana, ale kiedyś musiała ją zdobić piękna drewniana mozaika. Okna na dole były przeźroczyste, ale nad nimi znajdowały się piękne kolorowe witraże. Przedstawiały Bogów lub sceny historyczne.

Przyjrzała się też ludziom. Bogaci byli obsługiwani po drugiej stronie kolumn bez kolejek i usługiwały im piękne dziewczęta. Tamtejsze ściany zdobiły malownicze arrasy, stały tam stoły z poczęstunkiem i czystą wodą. Średnia klasa też nie musiała długo czekać. Tylko biedaków traktowano gorzej. Ale taka już była kolej rzeczy, zwierzęta zdobywały dominację siłą mięśni, ludzie siłą wpływów i pieniędzy.

- Imię? – burknęła znudzona mniszka, gdy po długim czasie nadeszła kolej Lolli.

- Lolla z Weing – przedstawiła się.

- Czym Zakon może ci służyć? – zapytała znudzona.

- Potrzebuję noclegu, kąpieli, ciepłej strawy, opatrzenia ran na stopach, ubrań i butów, a także chciałabym posłuchać wróżby wyroczni – wyjaśniła.

Kobieta dopiero teraz ją zlustrowała i to co zobaczyła, widocznie jej nie zadowoliło, bo się skrzywiła. Pokręciła głową.

- Masz pieniądze? – spytała podejrzliwie.

- Oczywiście – odparła spokojnie Lolla.

- Sama wizyta u wyroczni kosztuje Retiva. Masz tyle?

- Tak, Matko – uśmiechnęła się do kobiety.

Położyła na podłodze swój bagaż i wyjęła spod fałd sukni zawieszony na szyi mieszek. Żebracy niby nie zwracali na nią uwagi, ale ona wiedziała że śledzą każdy jej ruch. Jeśli teraz tylko nadarzy im się okazja spotkać ją poza klasztorem, spróbują ją zabić i okraść. Bogatych się bali, bo tych ludzie długo by szukali, a i śmierć nie byłaby lekka, ale kto by pytał o jakąś samotną kobietę z odległego miasta?

Wyjęła z mieszka dwa złote krążki i położyła na stole przed sobą. Uśmiechnęła się na widok ogłupiałej miny mniszki.

- To na pokrycie kosztów, resztę Matko daję na ofiarę dla Bogów. Zmówcie proszę w moim imieniu modlitwę za wszystkie dusze matek i sióstr w Zakonie – powiedziała.

- To bardzo hojny gest. Skąd masz te pieniądze? – zapytała nieufnie mniszka.

- Odkładałam na czarną godzinę, a teraz ona nastała i potrzebuję łaski Bogów i rady wyroczni, Matko – wyjaśniła oględnie.

Matka posłała gdzieś młodą mniszkę, a samej Lolli kazała czekać. Więc czekała. Po chwili znów przyszła stara ponura kobieta, która wprowadziła podróżną do klasztoru. Poszeptały coś za stołem i stara mniszka znów kazała iść Lolli za sobą. Więc znów poszła roztaczając dookoła spokój i rzucając ciekawskie spojrzenia na malowidła na ścianach.

- Piękne, prawda? – odezwała się stara, gdy obejrzała się przez ramię i poszła za wzrokiem Lolli.

Sceny niewątpliwie pochodziły z okresów bliskich Wojnie Magów. Konające ogromne bestie. Smoki podpierające się skrzydłami i broczące krwią z pysków. Wielkie jak statki ośmiornice, żółwie wielkości wysp i węże morskie jeszcze większe niż ośmiornice – wszystkie wyrzucone na brzeg przez ocean. Powodzie, pożary i uciekające zwierzęta. Chmary migrujących ptaków. Płonące miasta i wioski. Upiorne nimfy leśne słaniające się w biały dzień po drogach i polach, a przeciw nim rozjuszone tłumy z kosami i widłami w dłoniach. Dziewczynie przeszedł zimny dreszcz po karku.

- Makabryczne – oceniła.

- Budzą respekt i przypominają o głupocie ludzkiej – zaskrzeczała stara. – Magia światu do niczego nie jest potrzebna. Zrodziły się z niej takie plugastwa i mordowały niewinnych i bezbronnych, a ci pazerni magowie spalili dla niej świat. I na co ona komu potrzebna? – Machnęła ręką.

Lolla nic nie odpowiedziała, tylko patrzyła, bo malowidła ją zafascynowały. Cały długi korytarz pokryty był tymi niesamowitymi scenami. Największy podziw wzbudziły smoki. Ogromne jaszczurowate monstra pokryte czarna łuską. Lolla nagle pojęła, co ją w nich zafascynowało. Miała wrażenie że smoki na nią patrzą. Wszystkie. Te za plecami, te na suficie i te przed nią. Nie czuła już  strachu, wręcz przeciwnie. Poczuła ich siłę, a uczucie było takie, jakby jej samej wyrosły skrzydła. Miała ochotę rozłożyć skrzydła i zawirować. Na zewnątrz nie zdradziła żadnych swoich uczuć, prócz podziwu właśnie.

Gdy opuściły korytarz wrażenie siły znikło. Przeszły jeszcze przez wiele korytarzy i schodów. Stara w końcu kazała jej usiąść na ławie obok wielkich drewnianych wrót nabijanych metalowymi ćwiekami. Lolla czekała długo, bardzo długo. Mniszki, głownie dojrzałe lub podstarzałe kobiety wchodziły do znajdującej się za drzwiami izby, ale Lolli wciąż nikt ani nie prosił, ani nie zauważał. Zmęczone powieki zaczęły jej ciążyć i w końcu zapadła w sen bez snów.

Obudziła ją młoda mniszka delikatnie potrząsając jej ramieniem. Uśmiechnęła się do niej promiennie i współczująco. Lolla przeciągnęła się i ziewnęła. Zadrżała, bo śpiąc w tych zimnych murach jedynie pod swoją wyświechtaną derką przemarzła na kość. Potarła ramiona i szczelniej owinęła się swoim okryciem.

- Witaj w Zakonie Gniewu Bogów, dobra kobieto. Jestem Beatris. Chodź ze mną – powiedziała mniszka.

Skinęła jej głową.

- Lolla, mów mi Lolla – przedstawiła się.

Wstała niezdarnie cała ścierpnięta. Przeciągnęła się jak kocur po długiej drzemce.  Starała się rozluźnić, by spięte zimnem mięśnie nie blokowały przepływu krwi.  

Jest mi ciepło, mam ciepłą lewą dłoń, mam ciepłą prawą dłoń – rozgrzewała się myślami powtarzając leniwie proste wyćwiczone zwroty. I po chwili poczuła, że ogarnęła ją fala przyjemnego gorąca.

Zerknęła na idącą obok dziewczynę. Piegowaty nos, blada skóra, zielone oczy i rude krótkie włosy. Nuciła coś pod nosem, jakąś pieśń, ale Lolla nie mogła dosłyszeć słów. Mniszka nie była wysoka, sięgała jej ledwie do ramienia. Miała w sobie jednak jakeś ciepło i radość niezależną od warunków otoczenia. Coś, co wypływało z niej.

- Dokąd idziemy? – spytała.

- Do łaźni. Umyjemy cię, później opatrzę ci stopy, dam czyste odzienie, udamy się na wieczerzę i wskażę ci izbę, która tej nocy będzie twoim pokojem. Czy odpowiada ci taki plan? – upewniła się mniszka.

- Tak, Beatris. Dziękuję – skinęła uprzejmie głową.

706 czyt.
100%364
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2963 słów i 16193 znaków.

4 komentarze

 
  • Somebody

    Somebody 20 mar 2018

    Fantastyczne, jestem pełna podziwu

  • AlexAthame

    AlexAthame 20 mar 2018

    Nadal swietne   

  • AuRoRa

    AuRoRa 19 mar 2018

    Zapowiada się ciekawie

  • AnonimS

    AnonimS 19 mar 2018

    Coraz bardziej zagmatwane... Ciekawe