Studnia - 10

Ktoś wpakował mu coś do ust. Coś twardego nieprzyjemne otarło się o zęby. Zaczął się dławić i krztusić jakąś breją. Otwarł oczy, które natychmiast zostały porażone światłem słonecznym. Zaczął nimi mrugać, żeby przyzwyczaić je do jasności. W ustach czuł nieprzyjemny smak jakiejś kleistej papki.

- Obudziłeś się, to dobrze - rozpoznał głos, ale jeszcze sobie nie przypomniał, kto był jego właścicielem. - Zacząłem się już o ciebie niepokoić. Myślałem, że ci durnie zranili cię zbyt mocno, ale ty jesteś twardy, prawda? Życie się ciebie trzyma jak rzep psiego ogona. Dobrze się ukryłeś, naprawdę dobrze. Zaczynałem się już martwić, że naprawdę dałeś się zabić. Sprytnie to sobie wymyśliłeś. Znalazłeś czarodzieja, żeby cię ukrył i czekałeś tyle lat. Szkoda, że na końcu zdechniesz jak pies pod płotem, gdy już z tobą skończę.

- Hette - zdziwił się Rrin.

Uświadomił sobie też, że czegoś mu brakuje. Coś sprawiało, że Rrin czuł się nagi, ale jeszcze nie zrozumiał co. To musiało być coś bardzo istotnego. Jego ciało było rozpalone, rozgorączkowany mózg pracował niezwykle powoli. Oblizał spierzchnięte wargi. Spojrzał w dół po sobie, ale prócz broni wszystko zdawało znajdować się na swoim miejscu. Co więc to mogło być?  

- Pewnie się spodziewałeś Jefira? No cóż, nie jesteś już jego pupilkiem. Zapłacisz mi teraz za wszystko - roześmiał się Hette.  

- Tobie!? Ty nawet nie jesteś Rycerzem - zauważył Rrin.

- Zamknij się! - spoliczkował Rrina. - Przez ciebie! Wszystko przez ciebie!

- A to wszystko, to znaczy że na przykład co?

- Nie udawaj, bydlaku! Wszystko mi zabrałeś! Zawsze tak było. Ty zabierałeś mi, a ja tobie, co nie? Ale Mistrz zawsze ci pobłażał. Byłeś jego pieskiem - wysyczał.

- Zwariowałeś - zawyrokował Rrinsat.

Niepokoił go metal uwierający w kark. Leżał płasko na plecach z rękami i nogami przykutymi łańcuchami do stołu. Spróbował koncentrować energię, ale przeszył go ból jakby dostał obuchem w łeb. Teraz był pewien, że nałożono mu Obręcz Pokory.

Tymczasem Hette się roześmiał.

- Ja zwariowałem? To ty jesteś szalony! Tyle osób zabiłeś swoją głupotą! Pamiętasz Małego Fira? Co on ci takiego zrobił?

- Ja go nie zabiłem - odparł Rrin.

- Widziałem, Rrin – roześmiał się nieco histerycznie. - Mistrz przywiózł ci ciastka. Prawdziwe ciastka z cynamonem, o których my co najwyżej tylko słyszeliśmy. Oddałeś mu je wszystkie, gdy płakał szorując brudną ścierą korytarz. Pamiętasz, prawda? - roześmiał się.

- Pamiętam - odparł.

Pamiętał to dobrze. Mały Fir też był niezrozumianym geniuszem, tak jak Ganis. Gdy nikogo nie było w pobliżu, mały przyciągał do siebie dowolne małe przedmioty jedynie samą siłą woli. Rrin chciał mieć go po swojej stronie i pomóc mu przełamać jego lęki, ale Mały Fir zaczął go unikać i histeryzować, gdy do niego podchodził. Rrin uznał wtedy, że może zaszkodziły mu ciastka i maluch śmiertelnie się obraził. Postanowił zaczekać aż uraza mu minie, ale tylko się nasiliła.

Rrin rozglądał się dyskretnie po komnacie, w której się znalazł. Była prawie pusta, za wyjątkiem zakratowanego okna pod sufitem. Odgadł, że znalazł się w lochu.

- Wystarczyło szepnąć Jednookiemu Abbesowi, że sam plącze się po korytarzach - roześmiał się. - A ciasteczka były naprawdę pyszne.

Abbesowi oko wybił jeden z chłopców. Wychłostano go za to, ale chodziła plotka, że zrobił to gdy Rycerz dobierał się do jego zadka. Ganis twierdził, że Rycerz lubił zabawy seksualne z chłopcami. Ganis był drugą lepszą parą oczu i uszu Rrina. Rrin nigdy nie przyłapał go na kłamstwie.

- Zachowanie iście godne Rycerza – zakpił z Hettego.

Po raz kolejny dostał w pysk, ale przynajmniej zyskał pewność, że Hette ubolewał nad tym, że nie pozwolono mu zostać Rycerzem. Tylko dlaczego obwiniał o to jego?

- Zważaj psie na słowa - warknął Hette. - Powiedziałem Mistrzowi, że Abbes się interesuje Małym Firem. Zabrałem ci go, tak jak ty zabrałeś mi wszystko inne!

Abbes był zbyt cennym Rycerzem, by Mistrz skazał go na śmierć za takie coś. Prościej było po cichu surowo ukarać Abbesa i pozbyć się problemu, żeby nie kusił więcej Rycerza.  

- Zabiłeś tego chłopca, bo zachciało ci się ciastek!? Trzeba było powiedzieć, to bym was nimi podzielił - prowokował Rrin, chciał się dowiedzieć czemu Hette tak bardzo go nienawidził.

- Zamilcz wreszcie kreaturo! - syknął.

I znów Rrin dostał na odlew w pysk. Hette nie był Rycerzem i rzemiosło walki było czymś, o czym pojęcia nie miał żadnego. Mańki Rycerzy były zwykle szerokie i twarde jak młoty. Gdyby bił go Rycerz, już po pierwszym razie zalałby się szkarłatem. Tymczasem ręka Hettego była niemal kobieca. Jego ciosy były bolesne, ale nieszkodliwe. Poza tym uderzał otwartą dłonią.

- Tak ci do śmiechu? - ciągnął Hette. - Może pośmiejemy się z Ganisa? To dopiero był ubaw! Zrzedła pupilkowi Mistrza minka? Ojej! Bo się wzruszę! - znów zachichotał. - Biedny Ganis źle sobie dobrał przyjaciela - pokręcił głową z udawanym smutkiem. - Oskarżyli go o kradzież mieszka monet i buntowanie chłopców do ucieczki. Dziwnym trafem znaleziono monety naszego Mistrza w jego pokoju, a do tego chłopcy potwierdzili, że to on ich nakłaniał do opuszczenia Zakonu - zaśmiał się. - Zdechł jak dezerter. Najpierw go torturowali, żeby przyznał się do wszystkiego. Zniósł naprawdę wiele. Byłbyś z niego taki dumny. Później zebrali się wszyscy na dziedzińcu na piękne i rzadkie widowisko. Mistrz publicznie nazwał Rycerza Ganisa, a właściwie to co z niego zostało po przesłuchaniu, złodziejem i zdrajcą, a kat odrąbał mu łeb toporem jak wieprzkowi - śmiał się.

- Mistrz miał nosa co do ciebie. Rycerz byłby z ciebie jak z kociej pizdy spluwaczka - syknął wytrącony z równowagi Rrin.

- Byłem lepszy od ciebie! We wszystkim! W kaligrafii, rachunkach, lepiej czytałem, lepiej znałem historię i prawo! Ale i tak szkolił ciebie na swojego następcę! Nawet nie pozwolił mi zostać Rycerzem! To ja jestem jego synem, jedynym dziedzicem i tylko mi się należy tytuł Mistrza! – wyznał rozwścieczony.

Hette z nienawistnym grymasem uderzył pięścią jak młotem w ranę na barku Rrinsata. Rrin zawył z bólu i z powrotem stracił przytomność.  

- Przynajmniej nie ujadasz, psie - burknął do niego Hette.

Odwinął bandaże na ramieniu Rrinsata. Z zaognionej rany pociekła żółta ropa. Hette skrzywił wargi zadowolony. Pragnął by Rrin zdechł upodlony. Liczył, że jego ciało zacznie wkrótce gnić i żywcem zeżrą go robaki. A na końcu pozwoli mu zdechnąć we własnych fekaliach. Wątpił by Mistrz wrócił osobiście się nim zająć, miał teraz problem z odradzającym się Zakonem Słońca. Rrin był więc na łasce i niełasce Hettego.

***

Obudził się na plaży. Siedział na ciepłym piasku. Nad nim wisiały palmy z dorodnymi kokosami. Wiał lekki wietrzyk, który smagał go po czaszce. Przed sobą widział piękne falujące wody. Na niebie słońce chyliło się już ku zachodowi i ogromna połać nieba pokryła się odcieniami pomarańczy i szkarłatu. Rozejrzał się dookoła.

- Sawiallo! - krzyknął.

Kobiety nigdzie nie było. Krzyknął kolejny raz i kolejny i kolejny. W końcu stracił rachubę. Przejechał ręką po głowie i oniemiał. Jego czaszka była zupełnie łysa! Dotknął szyi i wyczuł pod palcami metal. Obręcz Pokory. Spojrzał na ramię i zaklął. Było owinięte brudnym śmierdzącym gałganem. Tym razem we śnie miał swój wygląd z rzeczywistego świata.

Hette musiał pozbawić go warkoczy licząc, że są dla niego szczególnie ważne, skoro nosił je prawie od zawsze. Ale w nich nie było nic nadzwyczajnego. Przywykł do nich po prostu i dlatego wciąż je nosił. W dzieciństwie sprawiały że czuł się wyjątkowy i ważny. Ale teraz był dorosły i patrzył na świat zupełnie inaczej.

- Zdechnę jeśli tego nie wyczyszczę - szepnął do siebie zaglądając pod gałgan na ramieniu.

Wtedy coś innego przykuło jego uwagę. Rrinsat jako Rycerz miał wyrobiony nawyk ciągłej obserwacji otoczenia, więc w lot wyłapywał niepokojące rzeczy.

Na horyzoncie pojawiła się postać. Czarny punkcik, maleńka kropeczka. Odległy cień poruszał się powoli. Rrin ruszył cieniowi naprzeciw mając nadzieję, że to Sawiallo. Gdy odległość się zmniejszyła coś mu nie pasowało. Może dlatego, że postać poruszała się w czarnej szacie. Nie, to nie kolor szaty. Jego instynkt właśnie skłaniał go do ucieczki. Cokolwiek wdarło się do jego snów, właśnie nadchodziło.

Rrin zwolnił kroku. Ku niemu szedł starzec. Z dolnej części twarzy zwisał mu długi siwy zarost, takie same miał włosy. Na głowie znajdował się obszerny kaptur, a w dłoni trzymał gołą ludzką czaszkę. Najbardziej jednak było zaskakujące jego ubranie. Taki sam strój jak nosiła Sawiallo. Teraz nikt się tak nie ubierał, co nasunęło Rrinowi bardzo niepokojącą myśl, że ma do czynienia z przedwojennym czarodziejem.

Starzec zatrzymał się zaledwie kilka kroków przed Rrinem. Oczy miał przewiązane czarnym płótnem, ale na środku czoła miał wytatuowane trzecie oko. Ramorczyk poczuł nieprzyjemną pewność, że starzec patrzy na niego tym okiem.

A później starzec zrobił coś, co wprawiło Rrina w kompletne zdumienie. Padł przed nim na kolana. Zaczął ryć palcem w piachu. Jakiś wzór. Nie. Nie wzór. Słońce. To na pewno było słońce. Okrąg otoczony kilkoma pionowymi kreseczkami. Każdą kreskę starzec otoczył kroplą. Nie, nie kroplą. Teraz to słońce przypominało mu coś. Coś, co już widział na rysunkach wykonanych przez Sawiallo. Słońce zdobiące domostwo i dekolt jego matki.

- Co to znaczy? - zapytał Rrin.

Starzec podniósł na niego wzrok. Otwarł usta. To był obrzydliwy widok. Nie miał zębów ani języka. Zamknął na powrót usta i rozdzielił palcami pasma brody na dwie części. Jego szyja wyglądała jak roztopiona. Skóra musiała zostać kiedyś okropnie poparzona. Najprawdopodobniej przez Obręcz Pokory, którą stary miał na sobie.

- Jesteś czarodziejem? - zapytał Rrin.

Starzec skinął mu głową i wskazał narysowane słońce, jakby to wszystko wyjaśniało.

- Moja matka nosiła ten symbol - powiedział Rrin. - Nie wiem co oznacza. Myślę, że to herb mojej rodziny - wyrzucił z siebie wbrew swojej woli.

Mimowolnie się cofnął. Jego zmysły wyły oszalałe ze strachu.

- Moje ciało jest uwięzione w Zakonnym lochu. Chciałem porozmawiać w tym śnie z Sawiallo. To córka potężnego czarodzieja, która przetrwała Wojnę Magów. Nie wiem jak jest potężna, ale bez problemu odzyskała moje wspomnienia z wczesnego dzieciństwa - mówił Rrin i nie mógł przestać.

Rzucił się do ucieczki, ale jego nogi zrobiły się jak z ołowiu. Cały zalał się potem i upadł na czworaki. Nie mógł iść, więc się czołgał.

- Spotkałem też czarodzieja Yokiego. Szkolił mnie przez kilka lat. Sawiallo mówi, że to chyba podrzędny czarodziej, a mi się wydaje że kiedyś był potężny i służył jakiemuś królowi.

Nie mógł się już czołgać, więc pełzł jak wąż na brzuchu. Poruszał się niezdarnie jak żółw morski na brzegu. Stary podszedł do niego i bez problemu przewrócił go na plecy. A później zrobił coś, co zmroziło Rrinowi krew w żyłach.

Zaczął wydzierać z niego duszę. Widział rękę swojego ducha odrywającą się co raz bardziej od ciała. Miała złocisty blask. Walczył z całych sił, ale stary ani trochę nie słabł.

Rrin przypomniał sobie, że to jego własny sen. Mógł zrobić tu wszystko!

- Wynoś się! Idź precz! - wrzasnął z całych sił.

Czarodziej zniknął błyskawicznie. Rrin odzyskał władzę w członkach, a jego dusza miękko opadła z powrotem do ciała. Leżał na plaży i dyszał. A później się roześmiał. To było takie proste, a on omal nie zginął jak dureń.

Usiadł. Obok niego leżała czaszka czarodzieja. Wziął ją w dłoń i obrócił. Mógłby przysiąc że to była ta sama czaszka, której Mistrz Jefir używał jako przycisku do papieru. Nigdy nie należała do człowieka. Została odlana z jakiegoś dziwnego tworzywa. Rrin obejrzał ją uważnie, a później ze złością cisnął w morską toń.

873 czyt.
100%314
DziecieChaosu

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2242 słów i 12508 znaków.

4 komentarze

 
  • AuRoRa

    AuRoRa 15 mar 2018

    Ale Rhina urządził ten Hette, czytam dalej z ciekawością

  • AnonimS

    AnonimS 4 mar 2018

    Czytam dalej tak mnie wciągnęło...

  • AlexAthame

    AlexAthame 22 lut 2018

    To jest niesamowite.Az żal ze się kończy i trzeba czekać na dalszą część.    

  • Somebody

    Somebody 22 lut 2018

    Wspomnienia Rrina były super, teraz jest jeszcze lepiej