Dwa światy - Dramione 3

Dwa światy - Dramione 3Przygryzła wargę niemal do krwi, patrząc po pogorzelisku, które obecnie było jej biblioteką. Jej szczęściem i dumą. Podniosła z ziemi fragment książki. Ledwo rozpoznała tytuł i westchnęła ciężko, przyciskając spalony wolumin mocno do piersi. Niektóre fragmenty mebli czy zbiorów wciąż się kopciły, zasnuwając powietrze wokół ciężką wonią. I to bolało ją jeszcze mocniej.
Zebrała się jednak w sobie i ruszyła na tyły budynku, gdzie schody prowadziły na piętro do jej mieszkanka, z którego teraz też już niewiele pozostało. Rozszalały ogień strawił i tę część budynku i właściwie tylko przypadek sprawił, że nie zginęła w pożarze. Gdy weszła więc do środka, pchnąwszy ledwo trzymające się na zawiasach drzwi, z trudem powstrzymała cisnące się jej do oczu łzy. Straciła wszystkie pamiątki. Zdjęcia z przyjaciółmi, pamiętniki, książki, ubrania. Straciła swoje życie i przez chwilę zastanawiała się poważnie, czy jest jeszcze coś, z czego będzie mogła się cieszyć, ale przez jakiś czas nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.
Kilkukrotnie schylała się, podnosząc z ziemi tę czy inną nadpaloną rzecz, stanowiącą niegdyś fragment większej całości, całości będącej fragmentem wspomnień i każdą z nich wkładała do swojej niewielkiej torebki wyszytej koraliczkami, w której dzięki zaklęciu powiększająco-zmniejszającemu grzechotały już i inne obiekty, które tam wsadziła. A gdy już nie pozostało nic, co mogłaby zabrać ze sobą, ostatni raz spojrzała na miejsce, które było dla niej tak drogie i zeszła na dół. Spędziła tam jeszcze pół godziny, po czym wyszła na zalaną popołudniowymi promieniami słońca Pokątną, mrużąc oczy przed jasnym blaskiem. Z ciężkim sercem zamknęła powód swojej dumy na klucz, doskonale wiedząc, że już nigdy tam nie wróci, westchnęła ciężko, powstrzymując łzy i ruszyła przed siebie, w stronę Dziurawego Kotła.
- Naprawdę nic nie udało ci się uratować? - zapytał niespodziewanie Draco, podchodząc do niej.
- Wszystko mam tutaj — potrząsnęła lekko torebką, która zagrzechotała w odpowiedzi. Zaskoczony blondyn zmarszczył tylko brwi, nie komentując tego. - Poza tym, co cię to w ogóle obchodzi?
Wzruszył lekko ramionami.
- No zdaje się, że to przeze mnie nie masz teraz biblioteki — powiedział.
- Wiem — odparła sucho i przyspieszyła kroku, nie mając ochoty na rozmowę ze Ślizgonem. Po chwili jednak znów się z nią zrównał.
- Wiesz, chciałbym cię przeprosić i jakoś ci to wszystko zrekompensować — powiedział.
- Jak się czuje twój brat? - zapytała, zmieniając temat.
- Nieco lepiej, ta noc nie była aż tak trudna. Nie zmieniaj tematu, chcę pomóc.
- Tak, to doprawdy wspaniałomyślne z twojej strony, fretko, ale podziękuję. Nic od ciebie nie chcę.
- Jesteś strasznie uparta... Jak każdy Gryfon.
- A ty nadęty, jak prawdziwy Ślizgon — prychnęła, skręcając w boczną alejkę tak gwałtownie, że musiał zawrócić, by znów się z nią zrównać.
- A dziękuję, to był naprawdę miły komplement — uśmiechnął się. Spojrzała na niego wzrokiem, którego nie powstydziłby się sam bazyliszek i zatrzymała tak gwałtownie, że wpadł na nią, nieomal zwalając z nóg.
- Uważaj, jak chodzisz, pokrako! - syknęła, łapiąc się jego marynarki, by nie upaść.
- To nie zatrzymuj się tak, jak słup soli, kretynko... - mruknął, cofając się o krok. - I znów wróciliśmy do dawnych uprzejmości...
- To akurat twoja wina...
- Oczywiście, jak również połowa plag męcząca mugoli — westchnął, wsuwając dłonie do kieszeni dżinsów i uśmiechając się cwanie.
- Malfoy! - syknęła, zakładając ramiona na piersi. - Czego ty właściwie ode mnie chcesz, co? Masz zamiar mnie dalej nękać? Nie wystarczy ci, że spaliłeś mój największy skarb? Coś, na co pracowałam dzień i noc, odkąd ukończyłam Hogwart? - zdenerwowała się. - Twoja klątwa jest wspaniała, nie mam już do czego wracać!
- Szczerze mówiąc, nie miałem bladego pojęcia, że rzucam jakąkolwiek klątwę. Przecież do tego potrzebna jest różdżka...
- Nie zawsze — pokręciła głową. - McGonagall i Dumbledore rzucali zaklęcia bez jej użycia. U ciebie najwyraźniej zadziałały emocje... Przynajmniej tak mi się wydaje.
- Chyba cię nie rozumiem — mruknął, przekrzywiając głowę i patrząc na nią intensywnie.
- Mam przeliterować?...
- Nie o to mi chodzi. Po prostu... Po prostu powinnaś być na mnie wściekła, zaatakować mnie, uderzyć, jak wtedy w szkole, a ty najzwyczajniej w świecie stoisz ze mną na Pokątnej i robisz mi wykład, w jaki sposób rzuciłem zaklęcie. Jesteś pewna, Granger, że wszystko z tobą w porządku?
- Tak... No chyba, że masz ochotę znowu ode mnie dostać... Owszem, jestem wściekła i gdybym mogła, odpłaciłabym ci się w bardzo podobny sposób, tyle że ja nie jestem taka, jak ty i nie będę się na tobie mścić, chociaż mam ogromną ochotę wyrwać ci te tlenione blond kudły — syknęła, kręcąc głową. - Ale twój braciszek potrzebuje pomocy, więc przyjemność odegrania się na tobie, zostawię sobie na inny dzień. Teraz lepiej zajmijmy się chłopcem. Swoją drogą, gdzie on teraz właściwie jest?
- W domu. A moje włosy nie są tlenione. To ich naturalny kolor - odparł z godnością.
- Oczywiście... Malfoy... Zostawiłeś go samego?!
- Granger! Co ty masz z głową dzisiaj? Oczywiście, że nie, jest z nim Astoria.
- Astoria? - zmarszczyła brwi, próbując sobie przypomnieć, skąd zna to imię.
- Była w Slytherinie rok niżej — wyjaśnił. - Wie o przypadłości mojego brata, nienawidzi mojego ojca na równi ze mną i stara mi się pomagać.
- No tak, jasne... - przestąpiła niecierpliwie z nogi na nogę.
- Co teraz zrobisz, Granger? - zainteresował się.
- Wrócę na jakiś czas do domu rodziców. Muszę pomyśleć, a tam będę mieć spokój. Postaram się również znaleźć książki, o które mnie prosiłeś. Być może nie jest jeszcze za późno, by pomóc małemu.
- Naprawdę jesteś dziwna...
- A ty już zawsze pozostaniesz dupkiem, ale to nie oznacza, że przez twoje grzechy pozwolę małemu cierpieć. On niczemu nie zawinił i nie zasługuje na los, który go spotkał.
- Masz rację... Idziemy?
- Gdzie? - zapytała zaskoczona.
- Do twojego rodzinnego domu...
- Chcesz mnie odprowadzić? Przecież jestem szlamą, a moi rodzice to mugole!
- A ja prowadzę klub w mugolskim świecie, więc wiesz, całkiem, to nie ma już dla mnie żadnego znaczenia...

- Tutaj mieszkasz? - zapytał zaskoczony, patrząc na podniszczony dom, przed którym się w końcu zatrzymali.
- Mieszkałam — poprawiła go.
- Jest opuszczony? - zmarszczył brwi, przyglądając się zaniedbanemu trawnikowi przed wejściem.
- Dawno mnie tu nie było — ruszyła do drzwi.
- A twoi rodzice?
- Są w Australii, do której ich wysłałam, gdy Voldemort zaczął odzyskiwać władzę.
- Dlaczego akurat tam?
- Bo to było miejsce najodleglejsze od wszelkich walk — wzruszyła ramionami, powoli wkładając klucz do zamka. Dłonie lekko jej drżały.
- Ok, ale całkiem nie rozumiem, dlaczego ich tu nie sprowadzisz? Przecież jest już całkiem bezpiecznie...
- Oni nie żyją — powiedziała cicho.
Spojrzał na nią zaskoczony, stając koło niej na ganku.
- Nie żyją? - powtórzył głucho.
- Tak. Moje zaklęcia nie były jednak tak wspaniałe, jak sądziłam.
- Przykro mi.
- Tak, mnie też — otwarła drzwi i weszła do pachnącego stęchlizną wnętrza. - Idź już, Malfoy. Chcę zostać sama...
- Jesteś pewna?
- Tak. I przestań w końcu udawać, że obchodzi cię ktokolwiek inny poza tobą samym! Idź albo miotnę w ciebie naprawdę dobre zaklęcie! - syknęła, zatrzaskując mu drzwi przed nosem.

Miesiąc później.
- Tak mi przykro, Hermiono — powiedziała Ginny, przytulając przyjaciółkę. - Właśnie się dowiedzieliśmy. Nie dało się nic zrobić, by ugasić ogień?
- Brunetka pokręciła przecząco głową, popijając mrożony sok z dyni.
- Niestety nie. Podejrzewam, że była to Szatańska Pożoga.
- To naprawdę straszne. Możemy jakoś ci pomóc?
- Daj spokój. Macie swoje własne sprawy, nie będę wam zawracać głowy moimi problemami. Poradzę sobie.
- Miona, jesteś dla mnie jak siostra, której nigdy nie miałam — zauważyła Ginny. - Komu miałabym pomóc jak nie tobie?
- Dziękuję, ale naprawdę jest już lepiej.
- Odbudujesz bibliotekę?
- Jeszcze nie wiem.
- Dlaczego? - zainteresowała się Ruda.
- Bo pogrzebałam tam większość wspomnień, których nigdy już nie odzyskam. Nie wiem, czy chcę zaczynać coś, co będzie mi o tym wciąż przypominać.
- Nie wierzę! Miona, poddajesz się?
- Tego nie powiedziałam, ale... Ale chyba tak — westchnęła głośno, opróżniając kubek soku jednym dużym łykiem.
- Hermiono, nie możesz! Przecież to było twoje największe marzenie.
- Wiem, ale się skończyło.
- Tylko dlatego, że jakiś kretyn nieodpowiedzialnie bawił się zaklęciami? Gdzie podział się twój duch bojowy? Przecież normalnie nigdy byś czegoś takiego nie puściła płazem! Ministerstwo złapało już sprawcę?
- Nie. Nie ustalili, kto to zrobił.
- No nie! Co oni sobie myślą?Tak nie może być! Hermiono, jesteś bohaterką wojenną! Muszą się tym zająć. Zbieraj się, idziemy na Pokątną...
- Ginny, to nie ma sensu. Poza tym ja wiem, kto to zrobił...
- Wiesz?! Jak to? I nic nie powiedziałaś?!
- Nie, bo obiecałam pomóc...
- Pomóc? W czym, na brodę Merlina? I komu? Hermiono, błagam cię, mówże jako składniej, bo kompletnie nic nie rozumiem. Kto podpalił twoją bibliotekę?
- Malfoy...
- Malfoy? MALFOY?! - wydarła się Ruda. - I ty nic z tym nie robisz?! Na głowę upadłaś?
- Możliwe, ale nie krzycz, wszystko ci wyjaśnię...

- Czekaj... Młody Malfoy ma małego brata, na którego przeszła rzucona na ich ojca klątwa, a ty zaoferowałaś się im pomóc? Dobrze rozumiem? - Ginny wyglądała na mocno skołowaną. - A Draco nieświadomie rzucił na ciebie klątwę, w wyniku której straciłaś cały dorobek życia?
- Dokładnie tak...
- Zdecydowanie zbyt długo nas tu nie było, skoro podejmujesz tak idiotyczne decyzje, Miona... Przecież ten chłopiec jest skrajnie niebezpieczny, a ty zgadzasz się im pomóc! Upadłaś na głowę?!
- Możliwe, Ginny, ale gdybyś widziała, jak mały cierpi, nie miałabyś tych wątpliwości, co teraz. Słuchaj, ja tak nie potrafię przejść obojętnie wobec czyjejś krzywdy. Poza tym nie zapominaj, że Draco nie wydał Harry'ego w ich dworze, a Narcyza skłamała, że on nie żyje. Chcę się choć trochę odpłacić...
- Na brodę Merlina, Miona...
- Nie musisz popierać mojej decyzji, Ginny, tylko proszę, nie mów o tym chłopakom. Nie mogą się dowiedzieć, bo inaczej chłopiec w najlepszym wypadku wyląduje w Świętym Mungu, o ile nie skażą go na śmierć...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2033 słów i 10989 znaków.

2 komentarze

 
  • nefer

    Pod względem językowym, ok. Czytało się płynnie, bez żadnych zgrzytów. Pod względem fabularnym w tym rozdziale pojawiły się jednak dłużyzny. Czytałem dwa dni temu i obecnie nie przypominam sobie żadnych nowych informacji ani szczególnych wydarzeń z tegoż rozdziału. Zadbaj o to, by przyciągnąć i utrzymać napięcie oraz uwagę czytelnika.
    Pozdrawiam. 👍

  • elenawest

    @nefer jasne ;) dzięki bardzo za zwrócenie tak cennej uwagi :-D

  • Amare

    Super :)
    Przeczytane jednym tchem i cierpliwie czekam na więcej ;)

  • elenawest

    @Amare cieszę się ❤️