Ridge Chaser - Prolog

Ridge Chaser - PrologSłów wstępu kilka.

Ridge Chaser to opowieść ze szkolnej ławki. Nastolatek Nikodem jest marzycielem, posiadającym pewien uraz, który nie pozwala mu sięgać po swoje sny i nie daje mu ich realizować. Wraz z końcem roku szkolnego drugiej klasy technikum cały jego światopogląd obróci się o sto osiemdziesiąt stopni, kiedy w jego życiu zajdą poważne, nieodwracalne zmiany. Wszystko za sprawą jego ukrytego talentu do niezwykłego prowadzenia samochodu oraz umiejętności do pakowania się w kłopoty. Zawody, nieszczęśliwa miłość, ciężkie decyzje. Pojawią się osoby, pojawią się rzeczy, pojawią się miejsca, które wystawią go na najcięższą próbę.

______________


Bielsko – Biała, Polska  
Koniec czerwca

Działo się to blisko nadchodzących lat dwudziestych, XXI wieku.  
Drogę spowijał zmrok. Tysiące pyłków kurzu unosiło się w powietrzu, wędrując z wiecznym wiatrem południa. Światło lampy drogowej rozświetlało kawałek świata, wyrywając go z mistycznej nicości. Popękany asfalt i zupełnie normalny kamienny murek, oddzielający pas ruchu od krawędzi małego mostu. Dookoła przerażał las, w którym postacie ze Słowiańskich legend najprawdopodobniej czyhały na swoje ofiary, by móc napisać nową historię na kartce świata. Świst wiatru wijącego się między gałęziami iglaków podnosił liście i rozrzucał je we wszystkich stronach, nadając niepokojące ostrzeżenie "Nie wchodź. Po prostu nie wchodź do lasu". Każda możliwa zmora, każdy możliwy intruz tylko ostrzył sobie zmysły na nadchodzące, zagubione dusze. I wtedy, ten straszny świat rozgromił zimny blask. Rozbrzmiał ryk dzikiego zwierzęcia, będącego na wolności. Niebezpiecznego i piekielnie szybkiego. Zimna smuga światła pędziła w górę drogi, piszcząc i warcząc na każdym łuku i wirażu. Nagle wszystko inne stawało się miałkie i jakby patetyczne. Monstra pochowały się w swoich norach, legendarne stworzenia ulotniły się wraz z wiatrem. Im bliżej mostku był ryk, tym szybciej należało uciekać. Woda z wieczornego deszczu powoli kapała na smugę kałuży, spływającej w dół drogi. Nagle w jej tafli odbiły się dwa, bardzo wyraźne miniaturowe słońca potwora z wystającymi oczyma i lśniącą, krwisto czerwoną zbroją. Dwa koła rozjechały niepozorną kałużę, rozpryskując wodę na wszystkich gapiów, straszących swoimi mitami. Stara, niepozorna, mała istota z czterema kołami wpadła w nagły poślizg, wyciągając się do góry tak, jakby była ciągnięta na holu przez księżyc. Prędkość, jaką osiągała była tak niesamowita, tak nieprawdopodobna. Gardłowy, wręcz u personifikowany ryk jej silnika zawył po raz kolejny, plując ogniem z wydechu i pędząc w nieznanym nikomu kierunku. Jeżeli jakiś mityczny potwór jeszcze tam został, był właśnie świadkiem narodzin nowej legendy.  


-Zapiszcie temat: " Słowiańskie legendy z okresu XIX wieku na podstawie twórczości Jerzego Przybyła". – Dyktowała przy tablicy niska i krępa blondynka, nauczycielka Polskiego.  
-Proszę paniii Musimy? Za chwilę będzie koniec roku… Dosłownie dzielą nas dni.  
Blondynka obróciła się na pięcie i spojrzała na okularnika, który z postury przypominał źdźbło trawy.  
-Przez pół roku przerobiliśmy jedną książkę. Pół roku, sześć miesięcy, ponad sto pięćdziesiąt dni. Nie, wy nie musicie, ale ja muszę. Do wystawienia ocen jeszcze dość czasu.  
-Dni!  
-Drzwi są otwarte. – Rzuciła zimno.  
-Pierdolę… – Mruknął pod nosem Tomek. Zdjął swoje okulary i spojrzał na kolegę po drugiej stronie ławki, Nikodema. – Psst…  
-Hm... – Obejrzał się bezinteresownie. – C... Co?  
-To jak? Idziemy po tej lekcji?  
-Ale jak... Co?  
-No zmywasz się czy nie?  
Nikodem spoglądał w czarne oczy Tomka, pełne znudzenia. – Może... I tak się nie wyspałem... Ale co ja powiem Ojcu?  
-Dalej masz z nim napinkę? Daj spokój...  
-Nie mam napinki, po prostu nie lubi, kiedy mu zabieram samochód.  
-Sa... a kiedy Ty odebrałeś prawo jazdy?  
-Dwa tygodnie temu.  
-Co? I teraz o tym mówisz?  
-Ta... Tak.  
-Idiota!  
Nauczycielka przejechała markerem tak mocno, że aż zaczął niemiłosiernie piszczeć. Obejrzała się złowrogo, szukając niesfornego ucznia. Tomek zrozumiał swój błąd, natychmiast wstając z ławki.  
-He... Przepraszam... Mówiłem o sobie  
  
Nikodem schował wszystkie niepotrzebne książki do szafki, grzebiąc w niej jeszcze przez chwilę, jakby czegoś szukał.  
-To jak... Idziemy sobie?  
-Wiesz co... Ja zostaję.  
Tomek popukał się po głowie, machając dłonią bezinteresownie i odchodząc, uprzednio zamykając szafkę. – O czym Ty myślisz całe dnie... O nowej w klasie?  
-Nowej?  
-No, Diana.  
-Diana? Od kiedy?  
-Proszę Cię... Chodzi z nami od tygodnia. No spójrz tam.  
Nikodem obejrzał się w prawo, widząc siedzącą na ławce długowłosą brunetkę o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych i wielkich okularach do czytania, dodających jej wyjątkowego uroku. Oczy miała wyraźne i kasztanowe, a usta zaokrąglone.  
-Nikodem? Nikodem...  
-Co... A... Ona?  
-No nie kurwa, polonistka.  
-Widziałem ją już chyba... Skąd jest?  
-Przyjechała z mamą z Anglii. Jest polką.  
-Ale ma na imię Diana.  
-Jeszcze jej nie wpisali do dziennika... Nie wiesz, może tylko tak podaje. Równie dobrze może być Jadźka.  
-Nie psuj obrazu pierdku.  
-Czyyyli jednak o niej myślisz?  
-Spadówa. – Zamknął swoją szafkę.  
-Dobra... Niech Ci będzie. Nikt z nią nie gada, bo wszyscy myślą, że nie zna Polskiego.  
-A Ty?  
-Ja rozmawiam... Rozmawiałem. Chyba mnie nie lubi, a szkoda.  
-Kto by Cię lubił, tylko jedno Ci we łbie.  
-A tobie nie?  
-Powiedzmy, że mam problemy rodzinne.  
Nikodem spojrzał na swoje odbicie w żółtej stali szafki i nagle odezwały się głosy w jego głowie.  
"Musisz wybrać, z kim wolisz mieszkać... To proste... Jedna decyzja, z kim Ci lepiej?".  
-Nadal nie wiem, gdzie zamieszkam... I czy w ogóle będę do tej szkoły chodził. Wiesz... Smutno mi trochę.  
Tomek poklepał kumpla po ramieniu, spoglądając razem z nim w swoje odbicie. – Nie martw się, wszystko się ułoży... W ogóle... Wpaść po Ciebie wieczorem? Wyskoczymy gdzieś na miasto.  
-Wiesz co... Chyba nie chcę. – Oparł się o szafkę, spoglądając w okolicę ławki. Tomek zerknął odruchowo, widząc dziewczynę w dużych okularach, czytającą książkę.  
-Dobra... Jak chcesz - Postawił krok, jednak szepnął jeszcze do Nikodema. - Poza tym, lubi fantasy.  
Uśmiechnął się ze zrezygnowania. – Na razie.  
Tomek poszedł w dół korytarza, zeskakując ze schodów i idąc do drzwi. Zostało tylko kilka osób, w tym on i ona.  
-Warto się w cokolwiek angażować? Jak tak to po co... Tym bardziej że przez wakacje na pewno nie będziemy rozmawiać. Heh... O czym ja myślę? – Podrapał się po głowie. – A może jednak...  
Wziął plecak i zaczął powoli iść w kierunku schodów, spoglądając kątem oka na nieznajomą dziewczynę.  
"Lubi fantasy"  
-Nie znam się na fantasy. – Powiedział do siebie cicho.  
Gapił się coraz bardziej w jej stronę, chcąc odczytać tytuł książki z okładki.  
I wtedy wpadł na Polonistkę, wytrącając jej z rąk dziennik.  
-Jezu... Przepraszam. – Kucnął, żeby pozbierać wszystkie kartkówki, które z niego wypadły.  
-Panu też chyba potrzebne będą okulary. – Skomentowała z lekką irytacją.  
Nikodem szybko zbierał kartki, zauważając tą, na której widniało angielskie nazwisko.  
– Zaciąłeś się?  
-Nie... Nie! Skąd. – Pozbierał je wszystkie, oddając niemały zbiór kartek razem z dziennikiem. Polonistka je przyjęła z pogardą.  
-Mogę panu powiedzieć, że całkiem sprawnie napisał pan wypracowanie na temat twórczości Verne, ale to nie podniesie panu oceny do czwórki.  
-Naprawdę? Rozpisałem się na kilka stron...  
-Chciałabym panu dać ten dobry, ale zawalił pan to półrocze. Nie mogę, po prostu nie mogę. – Zaczęła iść w kierunku sekretariatu, jednak po chwili się odwróciła. – To wypracowanie jednak zachowam na przyszły rok, będzie pan świecić przykładem porządnej pracy bez Internetu.  
-No dobrze.  
I wtedy poczuł na sobie wzrok przebijający się przez okulary.  
-Patrzy się... Cholera  
-Verne?  
–Zajebiście.  
W głosie dziewczyny dało się czuć angielski akcent, kiedy wypowiadała nazwisko słynnego autora. – Juliusz Verne? – Samo imie jednak brzmiało jak najbardziej normalnie.  
Nikodem odwrócił się powoli, udając zaskoczenie. – Taaak. Musiałem napisać... – Nie dokończył.  
-Czytasz tak starą literaturę?  
-Em... Powiedzmy.  
Nie odpowiedziała.  
-To trochę jak hobby.  
Zamknęła swoją książkę i wstała. Na oko miała metr siedemdziesiąt, może nieco więcej. Ubierała się bardzo nijak. Nosiła stare trampki, spodnie, które nie przylegały do jej nóg i starą koszulę w kratę, ukrytą pod czarną bluzą z kapturem. – Przejdziemy się?  
Nikodem poczuł wielkie zakłopotanie. Diana zbliżała się powoli, czekając na odpowiedź.  
-Chętnie. – Odparł.  
Poszli razem w dół korytarza, nieuchronnie zbliżając się do wyjścia.  
-Ty jesteś tym chłopakiem, który miał zatargi z policją?  
–Ona już tyle wie? Jezu... – Myślał. – Niee, to nie ja. Pewnie myślisz o Danielu. On miał, uwielbia się bić... Ogląda MMA i te sprawy.  
-Dziwne. Z jakiegoś powodu byłam święcie przekonana, że to Ty.  
-Dlaczego?  
-Siedzisz zawsze z tyłu klasy i spoglądasz w okno, jakbyś miał cały świat w głębokim poważaniu. Ubierasz się tak samo i słuchasz muzyki co przerwę... Mało rozmawiasz.  
-I kto to mówi... – Uśmiechnął się. – Moja klasa... Nasza klasa nie potrafi się zżyć, więc ja się nie chce angażować w jej życie. Jeszcze bym skończył za barakami, bijąc się z jakimś kołkiem.  
-To dziwne... Już dwa lata razem chodzicie i dalej macie opory, żeby ze sobą kontaktować?  
-Kontaktować kontaktujemy. Gorzej z przyjaźnią.  
-Taa...  
Nikodem poczuł ciepło na karku. – Nudzę ją? Nudzę... – Skąd jesteś?  
-Mieszkałam kilkadziesiąt kilometrów od Londynu, w West Midlands.  
-Przyjechałaś do Polski, bo?  
-Bo... Eh. To ciężka sprawa.  
-Przeprowadzka jak przeprowadzka...  
-Po prostu moi rodzice postanowili coś zmienić.  
-Jesteście tu razem?  
Nie odpowiedziała.  
-Zmiany bywają dobre... – I wtedy pomyślał o swoich rodzicach. O przyszłości, która może się zmienić z dnia na dzień.  
-Dlaczego cały czas chodzisz taki zamyślony?  
-Kiepsko się czuję.  
-Chory jesteś?  
-Może... Tak się czuję. Nic mi się nie chce.  
-Za dużo myślisz. – Pchnęła go w ramię. – Zacznij się cieszyć życiem.  
-Taa...  
Nawet nie zauważył, kiedy wyszli ze szkoły i byli już niedaleko przystanku.  
-Czekaj... Idziesz z lekcji? – Zapytał.  
-Tak. Oceny mi i tak przepisali, więc nie muszę zostawać.  
-Ale przecież nie ma Cię w dzienniku.  
-Jest elektroniczny.  
-Elektroniczny?!  
-Jezu... Chodzę do tej szkoły tydzień i wiem więcej od Ciebie? – Zaczęła się śmiać.  
-Chyba za dużo myślę.  
Uśmiechnęła się. – Lepiej pracuj na dobre oceny, bo rodziców już nie oszukasz.  
-Rodzice...  
-... Halo, kontaktuj. – Pstryknęła palcami przed jego nosem. – Bo prześpisz całe wakacje.  
-Jedziesz autobusem?  
-Tak. – Odparła z uśmiechem.  
-Wiesz... Chyba też się przejadę.  
  
Dom wypełniała napięta atmosfera żalu i niepokoju. W salonie siedziały dwie, w miarę wyjściowo odziane osoby. Jedna z nich, nieco starsza i przygarbiona nosiła wytartą, białą koszulę i czarny krawat. Druga z nich miała pełny garnitur uszyty z tanich materiałów, imitujących drogą markę. Wymieniali się między sobą papierami, przy czym smutny pan w garniturze sprawiał wrażenie sędziego życia i śmierci. Z przedpokoju weszły kolejne dwie osoby, kobieta i następny mężczyzna, swoim wyglądem przypominający tamtego kropka w kropkę. Kobieta sprawiała wrażenie nieco bardziej szczęśliwej niż starszy mężczyzna w koszuli. Spotkali się wzrokiem. On patrzył na nią smutnymi, piwnymi oczyma, jakby szukając jeszcze jednej szansy. Ona zmierzyła go bezinteresownie, nie chcąc z nim mieć nic wspólnego. W głębi domu zdało się słyszeć dźwięk trzaskania drzwiami i szybkich kroków.  
-Mamo, tato, już jestem! – Krzyknął Nikodem. – Nie uwierzycie kogo dzi... – Zamilkł, kiedy zobaczył, co się właśnie odbywa.  
-Synu. – Zaczął powoli ojciec.  
Nikodem się nie odezwał, spoglądając na panów w garniturach. – A wy kim jesteście?  
-Panowie są z sądu. – Odpowiedziała mama.  
Nie zamierzał odpowiadać.  
-Synu... Usiądź.  
-Tato, co się dzieje?  
-Spokojnie, to tylko... Tylko... – Wahał się.  
-To formalność. – Dokończyła matka, nie mogąc wytrzymać zachowania starego.  
-Formalność? – Odparł Nikodem.  
-Nik, wszystko będzie dobrze. – Powiedział jeden z facetów w garniturach. – Jestem adwokatem twojej mamy. Nazywam si...  
-Wiem, kim jesteś.  

Adwokat nie parł dalej. Wyjął ze swojej teczki kilka kartek papieru, pełnych formuł i zasad postępowania. – Sprawa jest bardzo prosta, Nikodemie. Wiemy, że masz osiemnaście lat, ale formalnie jesteś zamieszkały z mamą i tatą. Twoi rodzice się rozwodzą, tego Ci tłumaczyć nie muszę. – Przerwał, myśląc, że Nikodem przytaknie, ten jednak stał w bezruchu i nadal się nie odzywał. – Po prostu... Musisz wybrać, z kim chcesz mieszkać.  
-Synu. To nic trudnego. Weź ten papier i napisz imię moje lub matki. – Dodał ojciec. Jego głos był już wyraźnie zrezygnowany i zmęczony. – Bylebyś był szczęśliwy.  
Nikodem spojrzał kolejno na tatę, na jego adwokata, na matkę i na jej adwokata. Powoli wziął do ręki wydany mu druk i zaczął go czytać, nadal będąc w pełni ubranym i mając plecak na ramieniu. – To bez sensu.  
-Słucham? – Zapytał adwokat matki.  
-Twoja mama stwierdziła, że z innym mężczyzną będzie jej lepiej.  
-Już nie zrzucaj brudów na mnie. Myślisz, że zostawiłabym Nikodema, gdyby był młodszy? Teraz ma możliwość wyboru.  
-Aha? Czyli tak po prostu trzymałaś swoje uczucia w tajemnicy, do jego osiemnastych urodzin?  
-Wiesz dobrze, że to nie prawda.  
-Ja już nic nie wiem.  
Nikodem zrzucił plecak wypełniony książkami. Huk rozległ się po całym pokoju, wszyscy nagle zamarli i spojrzeli w oczy zabłąkanego nastolatka.  
-Ja zostaję. – Oddał adwokatowi papiery.  
-Musisz podpi...  
-Mamo. Tyle razy podrabiałaś podpisy, podpisz się za mnie.  
-Tak nie wolno...  
-Mamo, nie wolno kogoś zostawiać.  
-Synu... – Oczy zaszły jej łzami.  
-Zostawcie mnie.  
-Nikodem... – Ojciec wstał z fotela, chcąc uspokoić swojego syna.  
-Nie... Zostawcie mnie wszyscy. – Zaczął powoli iść do tyłu, wycofując się coraz szybciej. W końcu odbił się od ściany i pobiegł do wyjścia z domu.  
  
Nikodem wbiegł do garażu i zamknął za sobą drzwi na cztery spusty. Ześlizgnął się z drzwi i usiadł pod nimi, zapłakując się całkowicie. Łzy powoli spływały z policzków na koszulkę, szybko robiąc ją mokrą. Pomieszczenie było spowite w półmroku, pełne kurzu i pyłu, ale jemu to nie przeszkadzało. Nie teraz, nie w tej chwili. Zakrył twarz dłońmi, które szybko przesiąknęły łzami.  
-Dlaczego tak musi być... Po co to wszystko jest...  
Czas mijał powoli, ale dla niego uciekał szybciej niż łzy przez palce. Ważny element życia kończył się na jego oczach, i to w pewnym sensie dosłownie. Skończyło się dzieciństwo, musiał stawić czoło realnym problemom... I to poważnym.  
Pół godziny później wstał, czując ból w kościach. Podparł się drzwi, czekając, aż odrętwienie minie. Odepchnął się od nich, lądując na masce samochodu przykrytego pod plandeką.  
-Mama nie chciała, żebym tym jeździł...  
Przetarł ostatni raz oczy, po czym gwałtownym ruchem zdjął plandekę z samochodu.  
Promienie słońca przebijające się przez żółto-szare szyby nagle zaczęły się odbijać od lśniącej, czerwonej karoserii. Stare, kanciaste, nieco pudełkowate auto. Nikodem kopnął w oponę, stwierdzając, że jest napompowana po brzegi.  
-Toyota.  
Przykucnął przy błotniku, delikatnie przesuwając palcem po linii nadwozia. Zimna stal przyprawiła go o ciarki na plecach. Karoseria była tak dobrze wypolerowana, że zdołał ujrzeć swoje odbicie.  
-To tylko stary samochód... Rzecz. – Szepnął do siebie.  
-Stary, ale jary. – Odparł głos spod drzwi.  
Nikodem podskoczył, odwracając się jednocześnie.  
-Miałem klucze do drzwi. – Powiedział ojciec, już bez krawata. – Synu... Już w porządku.  
-Mama... Mama, kiedy się wyprowadza?  
-Już jest spakowana.  
-Cudownie. – Oparł się o samochód. – Dlaczego to się dzieje...  
– Twoja mama od zawsze była nieco bardziej niezależna.  
Nie odpowiedział.  
-Najwidoczniej ta jedna decyzja sprawiła, że i jej i nam może być lepiej.  
-Z jakim fagasem teraz będzie się zadawać?  
-Z dyrektorem szkoły.  
Nikodem prychnął śmiechem, odwracając głowę w bok.  
-Wiesz, życie na tym się nie kończy. Ty masz dopiero osiemnaście lat, ja mam Cię, Ty masz mnie. – Ojciec objął swojego syna, opierając się obok niego o samochód.  
-Tato... – Mówił przez łzy.  
-Damy radę... Damy radę.

1 komentarz

 
  • AuRoRa

    Bardzo przyjemnie się czyta. Chłopak ma pasję i do tego kłopoty w domu. Dialogi fajne i momentami z humorem ;) Łapka