Przypadki Julii Adamskiej cz.5

Przypadki Julii Adamskiej cz.5Przez szybę patrzyłam na tatę podpiętego do różnych rurek i monitorów. Był blady, ale żywy. Zostawiłam mamę pod opieką siostry i pognałam do domu. W taksówce zadzwoniłam do pani Irenki, która była wieloletnią sekretarką taty. Wiedziała wszystko o wszystkim i wszystkich. Byłam pewna, że jeśli tylko będzie mogła to mi pomoże.
     
Firma huczała od plotek, ale żaden z pracowników nie ośmielił mi się zadać żadnego pytania i dobrze. Pierwsze kroki skierowałam do gabinetu taty. Zawsze lubiłam ten pokój, za wielkim, dębowym biurkiem, gdzie często odrabiałam lekcje. Tak, to miejsce to był również kawałek mojego życia…
     
Sterta poczty i kilka opasłych teczek uświadomiły mi jak wiele pracy przede mną. Ktoś delikatnie zapukał we framugę drzwi. Pani Irenka wsunęła się z tacą pełną jedzenia. Na blacie biurka postawiła filiżankę z parującą cieczą. Miałam nadzieje, że to nie kawa. Jej sam zapach przyprawiał mnie dzisiaj o mdłości. Na szczęście to było stare, dobre kakao. Bolesny skurcz żołądka przypomniał mi, że nie jadłam od bardzo dawna. Chwyciłam z talerzyka kilka herbatników. Na bardziej treściwy posiłek będę musiała jeszcze trochę poczekać.
- Pani Irenko, muszę się pilnie skontaktować z działem prawym i z mecenasem Kostrzewskim. Ojca nie będzie przez dłuższy czas, a ktoś musi podejmować decyzje, przynajmniej te bieżące.
- Kochanie twój tata jest bardzo przewidującą osobą – podeszła do jednej z szaf i wyjęła zwykła kartonową teczkę. - To jest pełnomocnictwo dla ciebie – uśmiechnęła się ciepło. – Na pewno jest ważne. Sam mecenas je sporządził – na samo wspomnienie o Kostrzewskim parsknęłyśmy głośnym śmiechem. Był wyjątkowym bufonem, przekonanym o własnej wielkości. Jego idolem był Napoleon, z cesarzem łączyło nie tylko zamiłowanie do atrakcyjnych kobiet, ale też dość niepozorny wzrost. Ale najważniejszą cechą Kostrzewskiego, był profesjonalizm. Był skrupulatny i świetnie zorientowany we wszystkich prawniczych kruczkach. Nic dziwnego, że mimo wysokich cen nie narzekał na brak klientów.
     
O dwudziestej pierwszej zorientowałam się, że zostałam sama na posterunku. Rozmasowałam obolały kark. Marzyłam o gorącym prysznicu i łóżku. Podparłam głowę na łokciu i przymknęłam oczy, które piekły niemiłosiernie.
     
Z płytkiej drzemki wyrwał mnie natarczywy dźwięk telefonu. Boże, kto może coś ode mnie chcieć o tej porze. I dobrze, prawdopodobnie spałabym tak do rana.
- Pani Julio, na dole czeka na panią jakiś pan. Chce wejść na górę, ale nie ma przepustki – głos pana Władka był spokojny i opanowany. W tle rozpoznałam głos z miękkim, wschodnim akcentem. Siergiej.
- Panie Władku, proszę wpuścić tego pana. Czekam na niego – zastanawiałam się, czego on może ode mnie chcieć. To na pewno nie była odpowiednia pora na składnie wizyt biznesowych… W ostałej chwili zdałam sobie sprawę, jak źle musiałam wyglądać. Z torebki wyjęłam niewielkie lusterko. Pociągnęłam usta bezbarwnym balsamem, przygładziłam potargane włosy i skropiłam się perfumami. To musiało wystarczyć. Nadal jak zombie, ale przynajmniej uczesany.  
     
Piotrowicz wszedł do biura sprężystym krokiem. Świetnie prezentował się w jeansach i zwykłym, szarym swetrze. W porównaniu z nim wyglądałam jak wyciągnięta z najbliższego kontenera na śmieci.
- Widziałem światło w oknie i postanowiłem wpaść – siadł naprzeciwko mnie i zaczął badawczo lustrować moją twarz. Najwyraźniej musiałam mieć bardzo głupią minę, bo dodał. – Miałem spotkanie w sąsiednim wieżowcu… - to jakoś wyjaśniało całą sytuację. Raczej trudno zobaczyć zapalone światło na osiemnastym piętrze. – Zabieram cię do domu – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu. Zgrabnym ruchem zgarnął wszystkie moje szpargały do torebki i podał płaszcz.  

     
Umościłam się wygodnie na przednim siedzeniu Bemki i znowu zapadłam w niespokojny sen. Obudziło mnie stanowcze potrząsanie za ramię.
- Jesteśmy już na miejscu. Nie chciałem cię budzić, ale nie mam kluczy do twojego mieszkania, a nie mam zwyczaju grzebać w damskich torebkach.
- I jeszcze długo mieć ich nie będziesz – roześmiałam się. Marzyłam o kubku herbaty i śnie, ale nie mogłam tak spławić Siergieja. Poprawka, nie chciałam. Pół nocy wypłakiwałam mu się mankiet. Pozwolił mi spać w swoich ramionach. Nic dziwnego, bardzo szybko zrezygnowaliśmy z oficjalnych form.
     Chciał mnie nawet zawieść do szpitala. Odmówiłam z dwóch powodów. Po pierwsze był równie skonany jak ja. Po drugie nie chciałam go mieszać w rodzinne sprawy, ta sytuacja była zbyt intymna, zbyt bolesna…  
     
- Zostaniesz na herbatę? – bardzo potrzebowałam czyjeś obecności. Kogoś, kto będzie trochę z boku, kto pomoże mi się zdystansować.
- Zostanę, jeśli chcesz, ale ja zrobię – z przyjemnością patrzyłam jak kręci się po mojej ciasnej kuchni. Wyjmuje talerze, kubki. Odgrzewa przyniesioną ze sobą pizzę. Siergiej Romanowicz był naprawdę atrakcyjnym facetem. Był wysoki, ciemnowłosy. Miał ładnie wykrojone usta, ale najpiękniejsze były oczy. Jasnoniebieskie i głębokie. Musiał być już po czterdziestce. Wiek zdradzała lekka siwizna na skroniach i siateczka drobnych zmarszczek wokół oczu. Te dwie cechy wcale nie odbierały mu uroku. Wręcz przeciwnie, rysy twarzy nabrały większej szlachetności.
     
- To Lwów – bardziej stwierdził niż zapytał. – Bardzo dobra grafika – podszedł bliżej i pogładził ramę. – Bardzo dobra. Ten, kto to malował musi mieć wrażliwą duszę…  
- To prezent od brata – zdjęłam obrazek ze ściany i mu podałam. – Weź ją.
- Nie mogę, jest zbyt cenna – za pewne miał na myśli wartość sentymentalną, a nie tą nominalną. Przecież nie miał pojęcia, kto jest autorem.  
- Chcę, żebyś ją miał… Po prostu weź, zawieś na ścianie i ciesz oczy – wiedziałam, że obrazek bardzo mu się podoba. Chciałam mu dać coś cennego. Za to jak się mną dzisiaj opiekował, za to, jaki był wrażliwy… Początkowo myślałam o butelce dobrego, alkoholu, albo o czymś podobnym. Ale to takie bezosobowe i zimne.  
- Dziękuję – w jego oczach widziałam prawdziwe wzruszenie. Ostrożnie odłożył obraz jakby miał do czynienia przynajmniej z Rembrandtem.  
***
     
Całe przedpołudnie zastanawiałam się, co zrobić z nadmiarem obowiązków. Nie mogłam dłużej ciągnąć dwóch srok za ogon i pracować po dwanaście godzin na dobę. Większość spraw związanych z promocja i PR rozdzieliłam pomiędzy dwie najbardziej doświadczone osoby w dziale. Mi w zasadzie została tylko kontrola nad tym całym domem wariatów. Dzięki temu rozwiązaniu istniała szansa, że uda mi się przynajmniej raz porządnie wyspać w ciągu najbliższego miesiąca.
     
Po raz pierwszy od bardzo dawna byłam w domu o przyzwoitej porze, o ile godzinę dwudziestą można było uznać za przyzwoitą. Ubrałam się w ciepłą puchowa kurtkę i usiadłam na balkonie. Świeże powietrze dobrze mi zrobiło, głowa przestała boleśnie pulsować. Na szczęście ze szpitala dochodziły w miarę optymistyczne wieści. Ojciec pomału dochodził do siebie. Zażądał od matki laptopa z dostępem do Internetu, ale rodzicielka nie dała sobie w kaszę dmuchać. Kategorycznie zabroniła mu wspominać o pracy. Zamiast tego kazała się nastawiać psychicznie na długi wyjazd do Szwajcarii. Ciotka Kryśka pomogła jej znaleźć bardzo dobre sanatorium. Uradziły, że przy takiej odległości będzie miał utrudniony dostęp do firmy, a im mniej pracy tym lepsze wyniki badań. Dla dobra sprawy mamusia odwiesiła swój nieskazitelnie biały kitel na kołek. I bardzo dobrze, obojgu przyda się odskocznia od codziennego kieratu. Z drugiej strony ojca trzeba dobrze pilnować, to właśnie po nim, odziedziczyłam zamiłowanie do dziwnych pomysłów. Pozostało ustalić, kto zajmie się domem, psem i całą resztą. Zapowiadał się bardzo intensywny okres w moim życiu.  
     
Dom rodziców pogrążył się w prawdziwym chaosie. Wszędzie walały się walizki, torby i kuferki. Matka z siostrą ciągle dyskutowały, co zabrać ze sobą, a co warto kupić na miejscu. Początkowo starałam się czynnie uczestniczyć w rozmowie, ale po jakiejś godzinie dałam sobie spokój. Popatrzyłam na psa, który miał równie nietęgą minę. Zwiną się na swoim posłaniu i najwyraźniej czekał na dalszy rozwój sytuacji. Doszłam do wniosku, że obojgu nam przyda się długi spacer.
     
Przez godzinę spokojnie wałęsałam się po okolicy. Miałam nadzieję, że przez ten czas sytuacja na froncie domowym nieco się uspokoi…
- Lars wracamy – pies spojrzał na mnie rozumnymi ślepiami i zamerdała radośnie ogonem, pewnie miał nadzieję, że mam w kieszeni schowany jeszcze jakiś smakołyk. – Nic z tego, zżarłeś wszystkie parówki – odpowiedziało mi kolejne szczeknięcie. Na miejscu okazało się, że rozgardiasz ani trochę się nie zmniejszył, wręcz przeciwnie… Tsunami przybierało na sile. Dlatego postanowiłam niezwłocznie ewakuować się na otwarte morze.  
     
Dopiero w samochodzie zauważyłam, że mam kilka niedobranych połączeń. Nacisnęłam zieloną słuchawkę. Przez zestaw głośnomówiący usłyszałam głos Siergieja. Najwyraźniej był mocno zdenerwowany.  
- Możemy się spotkać? To pilne… - miałam nadzieję, że to nie kolejne kłopoty. Ich w ostatnim czasie miałam w nadmiarze

Czekał na mnie na ciemnej klatce. To zachowanie powoli wchodziło mu w nawyk.

***Teaser***

"Z szafy na korytarzu wyciągnęłam jeden z ręczników kąpielowych. Był gruby i miękki w dotyku. Rzuciłam go Siergiejowi, a ten zaczął wycierać włosy, z których ściekały kropelki lodowatej wody. Musiało mu być potwornie zimno. Powinnam mu jak najszybciej znaleźć jakieś ciuchy na zmianę, ale, w co ja go wcisnę. Przecież nie w swoją sukienkę, ani w ulubione szorty. Nagle zapaliła mi się w głowie mała żaróweczka. Parzcież w garderobie miałam jeszcze szlafrok Marka. "

Lexaa

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1748 słów i 10173 znaków, zaktualizowała 8 lis 2016. Tagi: #wspólni #obraz #szwajcaria #praca #miłość #obowiązek

3 komentarze

 
  • Oj

    Będzie jakaś część dzisiaj?

  • A....

    Nie, na bank. Lexaa

  • K......

    Super

  • Jjj

    Super, zapowiada się ciekawe opowiadanie. Czekam z niecierpliwością na następną część :bravo: