Przypadki Julii Adamskiej cz.6

Przypadki Julii Adamskiej cz.6- Przepraszam muszę się przebrać – powiedziałam do mężczyzny ponuro wpatrującego się w ścianę, gdzie kilka dni wcześniej wisiała grafika przedstawiająca fragment lwowskiej starówki. Nie wiedziałam, czego ode mnie chce, ale nie zamierzałam prowadzić rozmowy ubrudzona błotem z suchymi liśćmi we włosach.  
- Co się stało? – przebrana w czyste ciuchy usiadłam naprzeciwko Siergieja. – Wyglądasz jakby ci okradli dom i spalili samochód.
- Chodzi o obraz – powiedział beznamiętnym głosem. Jasna Anielka, przestał mu się podobać? - Była u mnie znajoma… Pytała czy to oryginał, poznała podpis artysty.
- A ty myślisz, że rozdaję znajomym podróbki. Wczoraj obrazki, jutro torebki, a za tydzień, elektronika. Szkoda, że Stadion zlikwidowali, taka kariera uciekła mi sprzed nosa.
- To znaczy, że to oryginał? Masz pojęcie ile to jest warte? – pokręciłam zaprzeczająco głową. W tamtym okresie Łukasz sprzedawał swoje prace po trzy dychy na Starym Mieście. Nigdy nie traktowałam tych grafik, jako potencjalnej lokaty kapitału. Siergiej wyjął z kieszeni pióro i napisał kilka cyfr na brzegu starej gazety. Uniosłam brwi, kiedy dorysował znaczek symbolizujący euro.

- No ładnie postarał się braciszek. Muszę przeszukać strych, może są tam jeszcze jakieś jego bazgroły. Zawsze można sprzedać… Będzie na porządne wakacje. Jak myślisz Malta będzie w porządku? A może Karaiby?
- Boże, jaki brat, jakie Karaiby? – patrzył na mnie zdziwionym wzrokiem.  
- Bo ty nic nie wiesz… Nasza rodzina nie jest całkiem normalna. Matka jest dentystą, ojciec powadzi firmę… Chcieli, żeby któreś z naszej trójki poszło w ich ślady. A tu klops. Brat, autor tego wiekopomnego dzieła – wskazałam dłonią na niewielki obrazek – W wieku dwudziestu lat rzucił ekonomię i oznajmił, że idzie na Akademię Sztuk Pięknych. Ojciec prawie dostał szczękościsku. Dobrze, że mama miała pod ręką mocne proszki na uspokojenie, inaczej skończyłoby się jakąś krwawą awanturą. Potem tatuś zaczął pokładać nadzieje we mnie, że finanse, że ekonomia. A mi od tych wszystkich całek z automatu robiło się niedobrze. Autentycznie. Na widok logarytmu prawie zwymiotowałam prowadzącemu zajęcia na buty. Na szczęście równolegle studiowałam prawo. Wystarczyło rzucić w kąt finanse i świat od razu stał się piękniejszy. Koniec końców i tak wylądowałam w rodzinnym grajdole, ale to temat na inną opowieść. No i została najmłodsza. Olka uparła się na iberystykę i tak po raz kolejny nadzieje ojca rozpłynęły się w niebycie…
- Mimo wszystko powinnaś dostać obraz z powrotem – jeszcze nie widziałam, żeby ktoś był tak wzburzony z powodu kilku pociągnięć ołówka na kartce formatu A4.
- Napijesz się herbaty? – powinnam chyba zaproponować melisę. Biedny Siergiej był tak podenerwowany, że gotowy był biec do najbliższego marketu budowlanego po wiertarkę i kołki i siłą wieszać obraz na ścianie.
Nie doczekawszy się odpowiedzi pomaszerowałam do kuchni. Tym razem byłam przygotowana. Miałam cukier, cytrynę, mód, nawet mleko by się znalazło. Chciałam napełnić czajnik wodą i w zasadzie prawie mi się udało. W pewnym momencie poczułam jak silny strumień wody trafił mnie prosto w twarz. Wrzasnęłam i zaraz potem w kuchni pojawił się Siergiej. Jego mina mówiła sama za siebie. Ale szybko się opamiętał. Rzucił mi widzącą na kuchence ścierkę. W ten prowizoryczny sposób zminimalizowaliśmy przeciek.
- Gdzie masz główny zawór? – zapytał tonem fachowca, który pół miasta własnymi rękami odbudował.
- Skąd mam wiedzieć – wzruszyłam ramionami. Wiedziałam gdzie mam bezpieczniki, gdzie gaz się wyłącza, ale zawór od wody… Salon i sypialnię od razu skreśliłam z listy poszukiwań, kto umieszcza coś takiego pod łóżkiem, albo w okolicach kanapy? Pozostawały kuchnia i łazienka.  
- Wiem! - wrzasnęłam głosem przepełnionym i euforią.  – Wiem!
- Cudownie – mruknął Siergiej i mocniej docisnął przemoczoną szmatę to cieknącego kranu. Byłoby po problemie, gdyby nie jeden szczegół. Poszukiwany zawór znajdował się w szafce, w której trzymałam wszystkie niepotrzebne gadżety kuchenne, na przykład formy do pieczenia tarty, maszynę do chleba, sto słoików, które mogłyby się kiedyś ewentualnie przydać. Żeby dostać się do tego cholernego zaworu należałoby się przekopać przez całą stertę różnych pierduł. Gdy wreszcie mi się udało było mi potwornie gorąco, a po plecach płynęła cienka stróżka potu. Usiadłam na blacie i tępym wzrokiem patrzyłam na to całe pobojowisko. Dobrze, że chociaż fontanna przestała mi tryskać z kranu. Deweloper nic nie wspominał o takich atrakcjach. Nic to, trzeba jakoś przetrwać do rana, bo gdzie ja o tej porze znajdę hydraulika. Chwilę potem dołączył do mnie Siergiej. Był równie przemoczony jak ja. W sumie nieźle się prezentował, jak model w jakiejś dziwacznej kampanii reklamowej. Koszula przylepiła mu się do ciała, a włosy skręciły w profesjonalne fale.  
- Masz uszczelki? – zapytał po dłuższej chwili milczenia.  
- Mam – tego byłam akurat na sto procent pewna. Kiedyś ojciec mi coś takiego dał, twierdził, że może się przydać i mam to dobrze schować. Dobrze, że choć raz go posłuchałam.  
Grzecznie podreptałam na korytarz i z wielkiego pudełka wyjęłam kilka małych foliowych torebek. Nie wiedziałam co jest do czego. Zdałam się w pełni na Siergieja. Ten przez chwilę bacznie przyglądał się kawałkom gumy, by po namyśle oświadczyć – Te powinny być dobre…  Byłaby pełnia szczęścia gdyby nie brak odpowiednich narzędzi. Przecież ten cholerny kran trzeba było czymś odkręcić, zębami nawet nie chciałam próbować.
Na szczęście naprzeciwko mieszkało nobliwe małżeństwo. Pan Stasio często coś tam majsterkował, z pewnością miał na podorędziu odpowiednie narzędzie.  
     
Starszy pan był bardzo uprzejmym człowiekiem, nie tylko pożyczył mi klucz francuski, młotek i wielki śrubokręt, ale też zaoferował swoją pomoc w naprawianiu kranu. Grzecznie odmówiłam, z doświadczenia wiedziałam, że dwóch majstrów to o jednego za dużo. Jakby się zaczęli spierać, to bardzo prawdopodobne, że rozebraliby mi całą kuchnię. Łącznie z glazurą.
     
- Powinno  być ok. – stwierdził Siergiej. Patrzył na mój kran jakby, to był łazik marsjański albo rakieta na Księżyc. Widać wszyscy faceci już tak mają, wbiją dwa gwoździe i myślą, że są jak Bob Budowniczy. Odkręciłam zawór z wodą, a Siergiej odkręcił kran. Jak zaczarowani spoglądaliśmy w stronę zlewu. Słyszałam jak woda hałasuje w rurach i stało się. Stała się prawdziwa katastrofa. Woda popłynęła, a kran najzwyczajniej w świecie sobie odpadł. W naszą stronę wystrzelił prawdziwy strumień lodowatej wody. W życiu nie słyszałam tak urozmaiconej wiązanki ukraińskich i rosyjskich przekleństw. Gdyby nie okoliczności z pewnością, kilka bym sobie zanotowała.
Chcąc nie chcąc musieliśmy powtórzyć całą operację po raz drugi. Tym razem się udało. Kran znalazł się na swoim miejscu i woda płynęła całkiem normalnie. Za to nasza dwójka przypominała kurczaki, które złapały się na biblijny Potop. Zresztą kuchnia nie wyglądała lepiej…
- To ja już lepiej pójdę – stwierdził Siergiej, nie wiedząc gdzie podziać oczy. Błądził wzrokiem po pomieszczeniu, by po chwili skupić się na obserwacji trajektorii lotu jakiejś zabłąkanej muchy.
- Na pewno – powiedziałam o wiele za głośno. - Z mokrymi włosami i w ciuchach, z których kapie woda. Jutro na bank wylądujesz w szpitalu. Zgłoś się do tego, w którym leży mój ojciec. Będzie mi łatwiej was odwiedzać i donosić rosołek w słoiczkach.     
Z szafy na korytarzu wyciągnęłam jeden z ręczników kąpielowych. Był gruby i miękki w dotyku. Rzuciłam go Siergiejowi, a ten zaczął wycierać włosy, z których ściekały kropelki lodowatej wody. Musiało mu być potwornie zimno. Powinnam mu jak najszybciej znaleźć jakieś ciuchy na zmianę, ale, w co ja go wcisnę. Przecież nie w swoją sukienkę, ani w ulubione szorty. Nagle zapaliła mi się w głowie mała żaróweczka. Parzcież w garderobie miałam jeszcze szlafrok Marka.  To miał być prezent urodzinowy, niestety nie zdążyłam mu go dać. Pełna nadziei pomaszerowałam do sypialni. I rzeczywiście tam był. Wciśnięty w kąt szafy, szczelnie owinięty folią. Rozdarłam opakowanie paznokciem i przyłożyłam do siebie.  
- Powinien być w sam raz… - wymruczałam pod nosem. Marek był tylko nieco niższy od Siergieja, a szlafrok to przecież nie garnitur. Nie musi leżeć idealnie… Zaprowadziłam Siergieja do łazienki żeby w spokoju mógł się przebrać, po raz kolejny nastawiłam wodę na herbatę i poszłam do sypialni się osuszyć. Kiedy emocje opadły i ja zaczęłam odczuwać skutki niespodziewanego prysznica. Stanęłam przed lustrem, aby rozczesać splątane włosy. Wystarczyło jedno krótkie spojrzenie i zrobiło mi się na przemian zimno i gorąco. Żołądek podszedł do gardła. Miałam wrażenie, że albo zwymiotuję, albo się uduszę. Fachowcy taki stan nazywają chyba atakiem paniki. Pod wpływem wody moja biała bluzka stała się niemal całkowicie przezroczysta i w całej krasie ukazywała fikuśny gorsecik wykonany z granatowej koronki i jedwabiu. Był to jeden z tych prezentów, które nigdy nie miały ujrzeć światła dziennego. Na moje nieszczęście ostatnio nie miałam, kiedy zrobić porządnego prania, dlatego chwyciłam pierwszą czystą rzecz z brzegu. Przecież i tak nikt nie miał zobaczyć, co mam na sobie. Nic dziwnego, że biedny pan Piotrowicz nie wiedział co ma zrobić z oczyma.
     
Chcąc nie chcąc musiałam kiedyś wyjść z tego pokoju. Włożyłam na siebie najbardziej infantylną piżamę, jaką miałam i ruszyłam do kuchni. Po drodze zarzuciłam na ramiona szlafrok  babciny, kwiatowy wzór. Okrycie może nie grzeszyło urodą, ale miało dwie podstawowe zalety. Po pierwsze było ciepłe, po drugie kupiłam je na przecenie. Z pewnym niepokojem obserwowałam zamknięte drzwi łazienki, nie było za nimi słychać żadnych oznak życia. Dałam sobie i Siergiejowi jeszcze dziesięć minut. Jeśli po tym czasie się nie pojawi to… No właściwie nie wiem, co miałabym zrobić? Rozkręcać zamek? Wyważać drzwi? Najwyraźniej miałam dość wrażeń jak na jeden dzień.

3 komentarze

 
  • oj

    będzie coś czy nie??? :rolleyes:

  • Lexaa

    @oj odpisałam koleżance w posie niżej.

  • Nataliiia

    Cudooo kiedy następna część??

  • Lexaa

    @Nataliiia trudne sprawy itp. Komp mi padł.

  • Nataliiia

    @Lexaa spoko

  • Lexaa

    @Nataliiia gorzej jak dysk padł. Po dalszym ciagu pozostanie rylko żałoba.

  • Nataliiia

    @Lexaa ojojoj przykro mi  :sad:

  • Oj

    Boskie ????????????