Przypadki Julii Adamskiej cz.2

Przypadki Julii Adamskiej cz.2Prosiłabym choć o słówko komentarza... Może nawet dwa...



O dwudziestej pierwszej pojawiłam się w klubie ubrana w przykrótką sukienkę i zdecydowanie zbyt wysokie szpilki. Na sto procent byłam pewna, że jutro nie będę w stanie normalnie chodzić. Mówi się trudno… Parkiet świecił pustkami i dobrze. Od czasu do czasu błąkali się tu paparazzi złaknieni ekspresowego zarobku. Znalezienie się na ósmej stronie brukowca to nie był szczyt moich marzeń. Oczyma duszy widziałam te kiczowate nagłówki: „Córka znanego biznesmena znowu baluje w stołecznych klubach!” albo „ Jak bawią się stołeczne elity?”
Dałam sobie założyć świecącą koronę z plastiku i pomaszerowałam w stronę baru. Szybko zamówiłam pierwszą kolejkę. Dziewczyny wybrały drinki w jakichś ekstremalnie jaskrawych kolorach. O jedenastej zmierzałam dyskretnie ulotnić się  do domu. Dwa szybkie tańce, oglądanie prezentów i mogłam dyskretnie zniknąć. Oczywiście dziewczyny jak zwykle dały czadu. Dostałam między innymi jakiś fikuśny komplet bielizny. Czekał go los podobny do innych tego typu prezentów. Na wieki spocznie w najciemniejszym kącie szafy w korytarzu. Z drugiej strony to było niewyczerpane źródło podarunków na wieczory panieńskie.
Zebrałam wszystkie tegoroczne fanty zamówiłam dziewczynom jeszcze jedną kolejkę i starłam się z grację dojść do wyjścia. Oczywiście nastąpiłam na jedną ze wstążeczek od prezentu i niebezpiecznie zachwiałam się na obcasach. Prawie udało mi się utrzymać równowagę. Niestety jakiś nawalony tancerz w tym właśnie momencie postanowił udowadniać reszcie świata, że jest godnym następcą Freda Astera. Tylko czy musiał przy tym wymachiwać rękami jak paralityk?  
Ległam jak długa i swobodnie mogłam podziwiać wzory na podłodze. Tak paskudnej wykładziny nie widziałam chyba nigdy w życiu, a naoglądałam się ich całkiem sporo. Niespodziewanie tuż przed moim nosem pojawiły się czarne, eleganckie męskie buty. Ich właściciel prawie przydeptał mi rękę. Połamane palce jakoś bym, gorzej było ze zniszczonym manikiurem.

Zastanawiałam się jak wstać i z twarzą wyjść z tej idiotycznej sytuacji. Sytuacji nie ułatwiała absurdalnie krótka kiecka. Nagle poczułam jak jakaś obca siła podciąga mnie do góry. Najwyraźniej właściciel czarnego obuwia zlitował się nad taką sierotą i postanowił pomóc. Jakimś cudem dźwignęłam się na nogi i zamarłam. Choć w świetle ostatnich wydarzeń nie powinnam już się niczemu dziwić.
- Pani Julia… - jasnoniebieskie tęczówki patrzyły na mnie z rozbawieniem, a w głosie słyszałam nutki nagany.
- Dobry wieczór i zarazem dobranoc – poprawiłam błyszczącą koronę, która opadła mi na oczy i zaczęłam zbierać porozrzucane paczki. Miałam szczęście, że z żadnej torby nie wystawały koronkowe majtki albo kajdanki obszyte jakimś sztucznym futerkiem. Tyle dobrego.
     
Ciaśniej owinęłam się płaszczem i niecierpliwie wyczekiwałam, aż zgłosi się dyspozytorka w korporacji taksówkowej. Miałam nadzieję, że uda mi się szybko dostać do domu. Miałam już dość zaciekawionych spojrzeń przechodniów. Na pewno dawno nie widzieli takiego dziwadła. Na mój dzisiejszy wizerunek składała się wieczorowa sukienka, złote szpilki, porwane rajstopy i krwawiące kolano. Wisienką na torcie była oczywiście plastikowa, świecąca korona. Spokojnie mogłam pretendować do miana królowej psychiatryka. Na długie lata zapamiętam dzisiejszy wieczór, tego byłam całkowicie pewna.
     
Po dwudziestu minutach byłam solidnie wkurzona. Było mi zimno, noga zaczęła boleśnie pulsować, a taksówki jak nie było tak nie ma. W myślach wertowałam listę kontaktów w telefonie. Miałam nadzieję, że ktoś ze znajomych ma wolny wieczór i pomoże takiej fajtłapie jak ja. Od razu skreśliłam Tomka i ojca. Ten pierwszy zapewne był na dyżurze albo go odsypiał. Nie miałam sumienia pozbawiać go tej odrobiny snu. A ojciec… Miał nadciśnienie i spore problemy z sercem. Widok córki, która wygląda jak skrzyżowanie kokoty i cyrkówki z pewnością nie był tym, co chciał zobaczyć w piątek wieczorem. W sumie chyba nigdy nie chciałby mnie widzieć w takim stanie.  
     
Kolejnym kontaktem na liście była moja młodsza siostra Ola. Ta jednak była na weekendowym wyjedzie w Krakowie. Wawelu jej się zachciało. Brat siedział od dwóch lat w Berlinie i malował te swoje abstrakcje. Jak dla mnie te maziaje nie miały zbyt wiele wspólnego ze sztuką. Z drugiej strony z wykształcenia jestem prawnikiem, a nie marszandem. Mogę się po prostu nie znać… Mimo, że nie rozumiałam sztuki, jaką uprawia mój brat byłam dumna z każdego, nawet najmniejszego sukcesu, jaki udawało mu się osiągnąć.  
     
Różniliśmy się od siebie diametralnie, ale w gruncie rzeczy byliśmy zgranym zespołem. W razie potrzeby skoczylibyśmy za sobą w ogień, odległość w tym przypadku nie miała większego znaczenia.
     
Delikatny dotyk na ramieniu sprawił, że opuściłam krainę wspomnień. To był oczywiście Siergiej. Zaproponował, że odstawi mnie do domu. Zgodziłam się, choć nie od razu. Przez krótką chwilę rozważałam wszystkie za i przeciw. Przeważył straszny ból stóp. Była pewna, że po piętach ściekają mi kropelki krwi. Dałabym wszystko za tenisówki, klapki, a nawet kapcie z drugiej ręki.
     
Siergiej szarmancko pomógł mi się usadowić na tylnej kanapie swojego BMW. Oczywiście tego samego, które poczyniło spustoszenie w mojej garderobie. Z przyjemnością oparłam się o zagłówek obity jasnobrązową skórą i wyciągnęłam nogi. Było mi prawie jak w raju.
     
Mój wybawiciel usiadł za kierownicą odpalił silnik samochodu i niecierpliwie rozglądał się po parkingu. Nie czekaliśmy zbyt długo. Przednie siedzenie obok kierowcy zajął postawny blondyn, który przedstawił się, jako Anton. Panów najwyraźniej łączyły jakieś wspólne interesy. Obaj byli bardzo mili, starali się zbawiać mnie uprzejmą rozmową. Odpowiadałam zdawkowo. Byłam zbyt zmęczona i zażenowana żeby prowadzić salonowe konwersacje. Najwyraźniej to wyczuli, bo szybko dali mi spokój. Spokojnie mogłam zająć się podziwianiem mijanego krajobrazu.  
     
Panowie podjęli dialog po rosyjsku. Z początku nie bardzo mnie to interesowało, ale po chwili zdałam sobie sprawę, że Siergiej barwnie opisuje naszą dotychczasową współpracę. Najwyraźniej w jego oczach byłam niezrównoważoną idiotką, która dostała pracę, bo jest córeczką prezesa. Był dobrym aktorem i barwnie opisywał wszystkie moje wpadki. Musiałam użyć całej silnej woli żeby nie roześmiać się na cały głos. Zepsułabym sobie całą zabawę.
     
Anton popatrzył na przyjaciela z wyraźnym współczuciem, a na mnie z politowaniem.
- Dobrze, że przynajmniej nie jest garbata – stwierdził w pewnym momencie. Tego już po prostu nie wytrzymałam. Zaczęłam śmiać się jak wariatka. Łzy płynęły mi po twarzy i malowniczo rozmazywały resztki wieczorowego makijażu. Minęło dobre dziesięć minut zanim się uspokoiłam. We wstecznym lusterku zobaczyłam bladozieloną twarzy Ukraińca. Biedny Siergiej miał chyba stan przedzawałowy.

Lexaa

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1240 słów i 7271 znaków.

4 komentarze

 
  • Jjj

    Będzie dzisiaj jakaś część?

  • Lexaa

    @Jjj  Może...

  • Kasia1988

    Super opowiadanie zapowiada sie ciekawie :):) czekam na nastepna czesc:):)

  • farmaceutka

    Fajne.

  • Jjj

    Super. Czekam na kontynuację