Przypadki Julii Adamskiej cz.18

Przypadki Julii Adamskiej  cz.18Powrót do pracy i rzeczywistości był naprawdę trudny. Na biurku czekała na mnie cała sterta spraw do załatwienia. Cholernie brakowało mi Siergieja, jego obecności, dotyku, zapachu. Z drugiej strony wiedziałam, że przy nim nie jestem w stanie racjonalnie myśleć. Za to rewelacyjnie odpoczywałam i wspaniale się wysypiałam.  
-Coś z ciebie promieniuje… - Aśka dopadła mnie przy firmowym ekspresie do kawy.
- To Czarnobyl – parsknęłam głośnym śmiechem.
- Raczej coś innego…  
- Julia, twój tata dzwoni – pani Irenka chyba posiadała coś w rodzaju szóstego zmysłu. Zawsze doskonale wie kiedy należy wkroczyć do akcji.
Konwersacje z tatą w ostatnim czasie działy na mnie wyjątkowo kojąco. Ojciec czuł się coraz lepiej, a przez to coraz bardziej się nudził. Widać szwajcarskie sery i czekolada zdążyły mu całkowicie zbrzydnąć. Delikatnie wspomniałam, że ktoś nowy pojawił się w moim życiu prywatnym. Tata ze spokojem przyjął tą informacje do wiadomości i nie drążył dalej tematu. Prawdopodobnie uznał, że powiem więcej wtedy kiedy będę na to gotowa. Matka na pewno przeprowadziłaby dogłębne śledztwo, co, kiedy i z kim. Z pewnością przyjdzie moment kiedy trzeba będzie odkryć wszystkie karty, ale na razie cieszyłam się tą aurą tajemnicy. Fajnie było się ukrywać, trochę jak para durnych nastolatków, którzy właśnie wypili swoje pierwsze wino za szkołą. Z drugiej strony radość mnie rozpierała i prawie unosiłam się nad ziemią. Zaprosiłam na wieczór Olkę, postanowiłam, że to właśnie ona dowie się jako pierwsza.  
     
Siostra zjawiła się w moim mieszkaniu o czasie, co było dziwne. Punktualność nigdy nie była jej mocną stroną. Spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem i wypaliła – Masz faceta i nic mi nie powiedziałaś?
- Skąd wiesz?  
- Zuzka widziała was wczoraj wieczorem na stacji benzynowej. Facet kupił ci kawę i pocałował w policzek – moja młodsza siostra doskonale mnie znała. Było oczywiste, że nie pozwoliłaby się dotknąć obcemu facetowi w miejscu publicznym. Zwykły buziak w policzek dla mnie był już wyraźną manifestacją uczuć. – Fajny jest? Zuza stwierdziła, że to niezłe ciacho?
- A co właściwie Zuza robiła na stacji benzynowej wieczorem? Przecież nie ma samochodu, ba nie ma nawet prawa jazdy…
- Ojciec wysłał ją po gumki.
- Co proszę? – prawie udławiłam się sokiem pomarańczowym.
- Tylko bez głupich skojarzeń. Ich pies zranił się w łapę i weterynarz powiedział, że to będzie najlepsza osłona na opatrunek… Ale ja tu nie przyszłam o psach gadać. Znam go?
- Nie – ta część pytań była łatwa.
- Masz zdjęcie? – młoda prawie wyszła z siebie, tak była ciekawa.
- Tak – zachowałam twarz pokerzysty, jednak w duchu zwijałam się ze śmiechu. Olka zawsze będzie moją młodszą siostrzyczką, nie ważne czy mamy kilka lat czy dwadzieścia kilka. Uwielbiałam się z nią droczyć. Dopiero po dłuższej chwili podsunęłam jej pod nos wyświetlacz komórki.  
- Wygląda na to, że zęby wszystkie ma, włosy też w porządku. Wąsa brak. Nada się. A na serio… Lubisz go?
- Bardzo. Tak bardzo, że zgodziłam się za niego wyjść – w tym momencie mojej siostrze opadła przysłowiowa szczęka. To była jedna z niewielu sytuacji kiedy naprawdę zaniemówiła.
- Jaja sobie robisz? – Olka podeszła do barku i bez pytania nalała sobie kieliszek wina. Wyciągnęłam przed siebie dłoń na której znajdował się dowód rzeczowy. Pierścionek rzucał kolorowe refleksy na sufit i ściany.
- Jezu ty nie żartujesz…- jednym haustem wypiła cała zwartość kieliszka. - Matka padnie z wrażenia, a o ojcu już nawet nie będą wspominać – miałam niejasne przeczucie, że akurat tata w pełni zaaprobuje moją decyzję. Od pierwszego momentu nadawali z Siergiejem na tych samych falach. Z kolei z Markiem nigdy nie mogli znaleźć wspólnego języka, każde spotkanie kończyło się wymianą zawoalowanych złośliwości. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że ex. w oczach mojego ojca był zwykłym karierowiczem. Marek z kolei uważał, że stary chce zaplanować mi całe życie od a do z. W sumie obaj mieli sporo racji.

***
Obserwowałam powoli zachodzące słońce, dzień zbliżał się ku końcowi.  
- Pan mecenas za chwilę panią przyjmie – sekretarka uśmiechnęła się nieznacznie i wróciła do swoich obowiązków.  
W zasadzie nigdzie mi się nie śpieszyło, mogłam spokojnie odsapnąć i zebrać myśli. W sumie zawsze lubiłam tu przychodzić… Ciemne meble, skórzane kanapy, mnóstwo fachowej literatury. Spędziłam tam mnóstwo czasu. To w tych murach wydarzyło się wiele… Dobrego, ale i złego.
- Pan mecenas zaprasza – głos pani Zosi wyrwał mnie z zamyślenia.  
Zebrałam swoje rzeczy i pomaszerowałam w stronę masywnych drzwi. Zawiasy jak zawsze odrobinę skrzypiały…  
- Cześć piękna. Miło cię widzieć – mężczyzna bacznie mi się przyglądał.
- Gdzie Kostrzewski? – zapytałam schrypniętym głosem. Kurczowo zacisnęłam dłonie na klamce.  
Miałam ochotę wziąć nogi za pas i wiać.
- W Krakowie. Musiał wyjechać na kilka dni. Może usiądziesz? I puść w końcu tę klamkę.
- Wiesz, że mam ochotę cię udusić?
- Jeszcze ci nie przeszło? – spojrzał na mnie badawczo i poprawił okulary.
- Myślę, że nigdy mi nie przejdzie… Tak do końca.
- Rozumiem… Mimo wszystko może jednak usiądziesz? Mamy sporo spraw do omówienia.
Usiadłam, ale miałam wrażenie że siedzę na rozżarzonych węglach. Podeszłam do okna i otworzyłam je na oścież, pęd powietrza trochę mnie ocucił.
- Sekretarka poszła do domu – postawił na biurku dwie filiżanki z kawą. – Możesz spokojnie zacząć przeklinać.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- No co? Ulżyj sobie… Wiem, że tego chcesz.
- Nie kuś…
- Julicia, Juleczka, Juluś.

I w tym momencie coś we mnie pękło, w głowie odblokowała się jakaś zapadka. Chwyciłam stojący na biurku przybornik. W ślad za nim poszybował wazon z kwiatami i segregator z dokumentami. Rzeczywiście mi ulżyło. Zadowolona z siebie rozsiadłam się na krześle  
- Mówiłem, że ci ulży – przeczesał palcami zmierzwione włosy i odwiesił marynarkę na oparcie krzesła. Rozwiązał krawat i podwiną rękawy śnieżnobiałej koszuli.
- No, a teraz trzeba posprzątać ten bajzel – ukucnął i zaczął zbierać rozrzucone drobiazgi.
Nie patrzył w moją stronę. Nagle zaczął się śmiać. Najpierw cicho, potem już na cały głos.
- Myślałem, że będzie gorzej. Otarł łzy z kącików oczu. Że rzucisz się na mnie z pazurami albo zaczniesz histeryzować. A tu tylko kilka papierów. I wazon… Ulubiony wazon Kostrzewskiego nota bene.
- Odkupię mu. Wiesz, że jesteś dupkiem? – zła na siebie wymaszerowałam z pokoju. Miotłę znalazłam tam gdzie zwykle, w niewielkiej kanciapie. W sumie miałam wrażenie, że nic się nie zmieniło.  

Szczątki wazonu wylądowały w koszu, papiery zostały starannie uporządkowane, a my na reszcie usiedliśmy w spokoju. Przyglądaliśmy się sobie badawczo, studiowaliśmy zmiany jakie zaszły w naszych twarzach przez te lata. Gdybym wiedziała, że go spotkam poprawiłabym makijaż przed wyjściem. Ot tak z czystej babskiej próżności.  
A ten łajdak… Jak zawsze prezentował się świetnie. Wysoki, dobrze zbudowany. W sumie od ostatniego spotkania niewiele się zmienił przybyło mu nieco zmarszczek i siwizny. Wyglądał dojrzale, po prostu seksownie. Emanował z niego spokój i pewność siebie.
- Kostrzewski mówił mi, że przejęłaś stery w rodzinnym biznesie.
- Tylko na chwilę – upiłam łyk wystygłej już kawy.
- Zawsze wiedziałam, że dasz sobie radę… Ze wszystkim.
Miałam mu odpowiedzieć, ale mój telefon zawibrował w kieszeni. Przepraszam cię bardzo. Powinnam odebrać.  

***
- Mąż? Narzeczony? Chłopak?
- Narzeczony. Zresztą to chyba nie twoja sprawa…
- Ten architekt – wydawał się nie zwracać uwagi na mój nieco opryskliwy ton. – Wreszcie się określił. Trochę mu zeszło.
- Marek? To już nie aktualne. Rzucił mnie. Dla jakiejś hiszpańskiej seniority.
- Kretyn.
- Mniejszy niż ty… Miał przynajmniej tyle odwagi i powiedział mi to prosto w twarz. Ty zostawiłeś mi liścik na biurku. Na dwa tygodnie przed ślubem…
***

Lexaa

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1468 słów i 8350 znaków.

2 komentarze

 
  • fixi73

    Świetne  :)