Studnia - 02

Kap. Kap. Kap. Kap. Kap... Pierwszą rzeczą, która przedostała się do jego umysłu był dźwięk rozbijających się deszczowych kropel. Otworzył oczy. Ciemność. Uniósł się na łokciach i potrząsnął głową, jakby chciał zrzucić z siebie nieświadomość. Odkaszlnął zalegającą w płucach wodę i zwymiotował. Wstrząśnięty torsjami opadł we własne rzygowiny. Oprócz mdłej żółci i posmaku spleśniałej wody poczuł wilgotny zapach ziemi, lasu i deszczu. Skąd się tu wziął? I gdzie w ogóle jest?

Klęknął i usiadł na stopach. Rozejrzał się. Otaczała go ciemność i las. Lasu nie widział, ale czuł jego bliski kojący zapach. Za jego plecami stał oddalony o kilka kroków dom. Na zadaszonym tarasie w bujanym fotelu siedział ktoś opatulony kocem i patrzył na niego. Nie widział oczu tego kogoś, ale był pewien że na niego patrzy.

Wstał. Obmacał swoje ciało, ale nic go nie bolało. Ubranie miał przemoczone do suchej nitki. Kleiło się nieprzyjemnie do skóry. Broń w komplecie spoczywała, tam gdzie powinna. Nawet miecz, który upuścił w studni. Zastanowił się czy nie śni, ale nic nie przyszło mu do głowy. A może wpadnięcie do studni było snem?

Podszedł do tarasu oświetlonego jedynie nikłym płomykiem malutkiej świecy.

- Skąd się tu wziąłem? - zapytał postaci, która siedziała w bujanym fotelu i kołysała się z cichym skrzypieniem.

- Dobry wieczór, wędrowcze. Piękną dziś mamy noc, prawda? W powietrzu wciąż czuć zapach niedawnej burzy. Ależ gdzie moje maniery? Jestem Sawiallo, miejscowa czarownica i zielarka - powitała go.

- Skąd się tu wziąłem? - powtórzył nerwowo Rrinsat. Miał ważniejsze sprawy niż rozmowa o pogodzie z kobietą, która wyłudzała pieniądze od naiwnych ludzi.

- Ho ho ho... Widzę, że z kulturą to u jaśnie pana na bakier - zaśmiała się.

- Skończ te gierki i mów kobieto skąd się tu wziąłem, bo... - zaczął groźbę.

- Radzę zważać na słowa, mój drogi, bo dziś jestem bardzo kusząca - przerwała mu zalotnym głosem Sawiallo.

Uniosła na chwilę koc i ukazała nabitą i wycelowaną w niego kuszę.  

- Myślałem, że zielarki leczą, nie mordują - burknął.

- Nie mordujemy, ale z życia też leczymy, jeśli komuś za bardzo doskwiera - odparła spokojnie.

Ten jej łagodny ton działał mu na nerwy. Rrinsat nie mógł dostrzec ukrytej pod obszernym kapturem twarzy kobiety. Nie wiedział, czy jest stara czy młoda. Jej głos tego nie zdradzał.

- Wskaż mi tylko drogę do Atrent. Nie potrzebuję twoich innych usług - wskazał czubkiem nosa na kuszę.

- Nie ma nic za darmo, proszę jaśnie pana - zaćwierkała.

Odruchowo pomacał się po miejscu, gdzie zwykle przywiązywał sakiewkę z monetami. Nie było jej tam. Pieniądze zostały w skrytce siodła w karczemnym pokoju.

- Na psa urok - zaklął pod nosem.

- Nie przystoi tak się wyrażać w towarzystwie damy - upomniała zielarka.

- Nie mam czym zapłacić. Powiedz mi, w którą stronę mam iść do Atrent, a jutro wrócę tu i ureguluję dług - zaproponował.

- Nie musisz płacić pieniędzmi - podsunęła.

- Czego chcesz w zamian? - natychmiast podjął.

- Byś został tu przez rok. Potrzebuję silnych rąk do pomocy, a w zamian powiem ci, gdzie jest to, czego szukasz - wyjaśniła.

- Jesteś szalona - zakpił.

- Każdy dziwaczeje mieszkając na odludziu, mój drogi - mruczała.

- Sam odnajdę drogę - zdecydował.

- Jesteś wędrowcem, zabaw mnie do świtu rozmową. W zamian dam ci strawę i wysuszę ubranie nad piecem. Jeśli będę zadowolona, wskażę ci też kierunek położenia Atrent - zmieniła warunki.

Zastanowił się nad tą propozycją. Był głodny i zmęczony. Potrzebował odpoczynku. Nie ufał tej kobiecie, ale nie miał pojęcia, w którą stronę ma iść. Szukanie na oślep byłoby zbyt czasochłonne, a on nie miał zbyt wiele czasu.

- Zgoda - rzekł po namyśle.

Sawiallo wstała z gracją, podeszła do drzwi, otwarła je i wolną ręką wskazała Rrinowi wnętrze.

- Zapraszam - oznajmiła.

Sama weszła nie oglądając się na niego. Odłożyła niedbale kuszę pod ścianą. Podeszła do pieca i uchyliła drzwiczki. Podniosła z wiklinowego kosza małą szczapkę i zapaliła ją od żaru. Płonącej szczapki użyła do zapalenia świec w zdobionym świeczniku. Wnętrze izby rozświetlił przyjemny migotliwy blask.

Rrinsat ujrzał pod sufitem mnóstwo suszonych ziół i grzybów. Wszystkie zioła były powiązane w staranne pęczki, a grzyby nawleczone na nici. Na regałach pod ścianami, w szklanych słojach również było pełno ziół, a oprócz nich sypkie i oleiste substancje, suszone owoce i bogowie wiedzą co jeszcze. Był też regał ze starymi opasłymi księgami. Skrzynie i spore kufry ustawione pod ścianą. I całe mrowie gratów typu talizmany, figurki i czarodziejskie pierścionki. Rrin mimowolnie skrzywił szyderczo wargi patrząc na rupiecia.

- Nie wierzysz w magię, wędrowcze? - zapytała Sawiallo.

Zsunęła z głowy obszerny kaptur ukazując ścięte na krótko po żołniersku kruczoczarne włosy. Koloru oczu Rrin nie mógł dostrzec, ale nawet z drugiego końca stołu biło z nich kojące ciepło i spokój.

- Wierzę w magię, ale prawdziwą. Mnie nie nabierzesz na ochronne magiczne medaliki - wyjaśnił.

- Każdy może wierzyć w co zechce - wzruszyła ramionami.

Jego uwagi spływały po niej jak po kaczce. Uśmiechnęła się, a Rrin dojrzał dwa dołeczki w jej policzkach. Dołożyła drew do pieca, zsunęła pogrzebaczem fajerkę z blachy i umieściła w otworze przykryty kociołek. Wyjęła z szafy mały gąsiorek i nalała do dwóch kielichów wina. Jeden podała gościowi. Rrin solidnie pociągnął napitku. Po jego wnętrzu rozlało się ciepło. Sawiallo ledwo umoczyła usta.

- Zdradzisz mi swoje imię? Czy schlebia ci trzymanie damy w ciekawości? - wypytywała.

- Jestem Rrinsat z Ramor - odparł.

- Ramor to stare miasto. Kiedyś słynęło z piękna i przepychu. Złote posągi, ogromne rzeźby, brukowane ulice, wylęgarnia artystów i uczonych. Upadło podczas Wojny Magów. Ludzie mówią, że nocą w ruinach wciąż słychać krzyki dawnych mieszkańców, których pogrzebało.

- Brednie. Ruiny zostały dawno obrabowane z cennych przedmiotów. Na większości położyły łapy Zakony i król. W pobliżu wzniesiono nowe miasto i nazwano je tak samo.  

- Jest tak piękne, jak stare Ramor? - dociekała.

- Nie, jest tylko trochę większe od Atrent i w niczym nie dorównuje dawnej potędze starego Ramor. Poza tym gnieździ się tam filia Zakonu Gniewu Bogów - skrzywił się na koniec.

Nie wyjaśnił co mają wspólnego zakonnicy i potęga miasta. Sawiallo domyśliła się jednak sensu jego słów. Zakonnicy mieli w zwyczaju przemocą wydzierać dzieci z domów i krztałcić ich na swoich Rycerzy. Nikt nie ośmieliłby się pójść do króla po sprawiedliwość, bo wtedy zabijano i palono porwane dzieci. Bez dowodów nie da się udowodnić winy. Robienie sobie z Zakonników wroga było rodzajem samobójstwa.

- Rrinsat to ładne i stare imię. Nosił je kiedyś pewien król. Słynął z artystycznej duszy i porywczego charakteru. Sfiksował na punkcie malowania nagich kobiet. Obsesyjnie robił to cały czas i potrafił odkładać na bok wszystko inne - opowiedziała.

- Kiedy w świetle lampy malował sufit zawaliło się pod nim rusztowanie i połamał obie nogi. Spłonął żywcem. Znam tę legendę - dokończył Rrinsat.

- W kronikach stoi, drogi Rrinie, że rusztowanie zawalił jego młodszy brat, Palas. Pozwolił bratu spłonąć żywcem. To była kara za znieważenie króla Domitara i ośmieszanie państwa - poprawiła swoim słodkim głosem.

- W kronikach? - zaciekawił się Rrin, bowiem większość dzieł kronikarzy została zniszczona lub zaginęła.

Sawiallo znów napełniła kielich gościowi. Uniosła własny puchar i oparła się ukrytymi w okryciu pośladkami o blat stołu. Rrin miał ją teraz na wyciągnięcie ręki. Delikatnie zamoczyła usta w winie. Wpatrzyła się w zmąconą taflę napitku. Zaczęła w zamyśleniu błądzić opuszkiem palca po brzegu kielicha. Kąciki jej malinowych ust uniosły się na chwilę, jakby sobie o czymś przypomniała.

- Tak, w kronikach. Miałam kilka bardzo starych ksiąg, Rrin. Takich sprzed Wojny. Kiedy byłam jeszcze dziewczynką, ojciec czytywał mi je zamiast bajek. Później studiowałam je sama - wyjaśniła.

- Masz je nadal? - zapytał.

Spojrzała mu w oczy.

- Przepadły, Rrin. Spłonęły razem z rodzinnym domem i moją rodziną.

- Przykro mi - odparł.

- Nie kłam, Rrin. Nie przystoi okłamywać damy, nawet jeśli ma to ją pocieszyć - zauważyła.

Nie odpowiedział. Faktycznie miał to gdzieś.

Uśmiechnęła się i znów zajrzała mu w oczy. Pomimo że stała tak blisko, wciąż nie mógł odgadnąć koloru jej tęczówek. Raz wydawały mu się szare, za chwilę niebieskie, orzechowe lub zielone, jakby posiadła zdolność zmieniania ich barwy i bawiła się kolorami.

Sawiallo nalała do glinianej zdobionej miski dużą czarę zupy z warzywami i porządnymi kawałkami mięsa. Postawiła ją przed Rrinem. Nachyliła się nad nim kładąc dłoń na oparciu jego krzesła.

- Jedz, Rrinsat. A później cię rozbierzemy - powiedziała i zmysłowo przygryzła dolną wargę. - I wysuszymy twoje ubranie, bo jutro czeka cię daleka droga - dodała z figlarnym uśmiechem.

Znowu odsunęła się od niego. Zjadł nieco bulionu z warzywami i mięsem. Może i Sawiallo była oszustką, ale rękę do gotowania miała doskonałą. Gdyby Rrin porzucił kiedyś życie samotnika, chciałby żeby jego żona tak gotowała.

- Jak się tu znalazłem? - zapytał znad miski.

Odchyliła lekko głowę do tyłu i roześmiała się.

- Och, spadłeś mi z nieba, Rrin.

W jej śmiechu pobrzękiwały dźwięcznie magiczne dzwoneczki. Zawiesił wzrok na smukłych kościach pod szyją zielarki. Złapała na chwilę jego spojrzenie, a później odwróciła wzrok i wyszła do sąsiedniego pomieszczenia nic nie mówiąc.

Wróciła po dłuższej chwili.

- Przygotowałam ci misę z wodą i okrycie na zmianę - oznajmiła.

Rrin szurając krzesłem wstał od stołu. Przetarł wierzchem dłoni twarz. Wszedł do małego pokoju. Pośrodku pomieszczenia na stołku stała misa z wodą. Pod ścianą duża drewniana beczka z wodą, bez wieka u góry. Obok wisiało kilka sznurków do suszenia bielizny. Pod drugą ścianą stało kilka zapalonych świec. W ścianie naprzeciwko Rrina były kolejne drzwi.

- To tylne wyjście - wyjaśniła czarodziejka zerkając tam gdzie on.

Sawiallo podała mu ładnie złożone odzienie i szmacianą myjkę, później wyszła przymykając za sobą drzwi.

Kiedy Rrin opuścił prowizoryczną łaźnię, kobieta siedziała przy stole i wpatrywała się w płomyki świec. Miał teraz na sobie takie samo luźne okrycie jak ona. Materiał posiadał miękkie i ciepłe podszycie. Strój nie krępował ruchów. W luźnych połach można było dobrze ukryć broń. W czasach swojej świetności musiało być wiele warte, ale teraz było znoszone i poszarzałe.

Położył na sprzątniętym stole pasy z bronią i swoją mokrą odzież. Sawiallo zajęła się rozwieszaniem ciężkiej kurty wzmocnionej paskami twardej skóry. Rrin zapytał o osełkę i przyniósł ją sobie ze wskazanego miejsca. Zaczął nią przeciągać po ostrzu miecza.

- Co cię sprowadza do Atrent, Rrinie? - zapytała kobieta.

- Stara magia. Jeśli Sawo skrył się w studni, może nadal tam żyć uśpiony. Mój Mistrz twierdził, że nie wszyscy potężni magowie czerpali moc z głównych źródeł. Istniały też takie źródła, jak na przykład jezioro odcięte od rzeki. Podziemne mogły ocaleć - wyjaśnił, bo nie widział w czarodziejce żadnego zagrożenia.

- Co zrobisz, jeśli to okaże się prawdą? - zaciekawiła się.

- Będzie osłabiony, więc siłą lub podstępem założę mu Obręcz Pokory i zmuszę, żeby mnie uczył - powiedział stanowczo.

- Igranie z tak starym i potężnym magiem, to jak igranie ze śmiercią. Nie boisz się, Ramorczyku? - zaćwierkała.

- Jeśli go złapię, sam zostanę Mistrzem Magii. Pragnę tego dużo bardziej, niż czegokolwiek innego. Poza tym, nie mam wyboru. Członkowie Zakonu do którego należę, chcą mnie pozbawić głowy. Nie podoba im się, że odebrałem szkolenie i bezpańsko hasam po świecie.

- Więc pragniesz sam rządzić swoim Zakonem? - zgadywała.

- A skąd. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że mój Mistrz szkolił mnie na swojego zastępcę. Władza to obowiązki i ograniczenia. Nie chcę tego, pragnę jedynie zgłębiać sztukę magiczną, odnajdować artefakty i zapomnianą wiedzę - sprostował.

- Władza dałaby ci względne bezpieczeństwo. Jeśli uda ci się zostać potężnym Mistrzem Magii, nie będzie cię ścigał tylko twój Zakon, ale wszyscy, którzy dostrzegą w tobie doskonałą broń służącą do utrzymania swojej pozycji lub zwiększenia wpływów. Sami władcy mogą się tobą zainteresować, a wieśniacy będą chcieli cię spalić na stosie, żebyś nie doprowadził do kolejnej wojny - ostrzegła.

- Racja, ale jestem gotów podjąć ryzyko. Dlaczego tu jesteś? - zmienił temat.

- Słucham?  

- Jesteś mądrą kobietą, dlaczego nie wstąpisz do żadnego Zakonu? Przeszłabyś szkolenie i mogłabyś wieść ciekawe życie zamiast marnować się na tym odludziu - wyjaśnił.

Stojąca przy piecu Sawiallo uśmiechnęła się łobuzersko i poczekała z odpowiedzią, aż Rrin spojrzał na nią z nad ostrzonej broni.

- Gdybym ci powiedziała dlaczego tu jestem, musiałabym cię zabić - odpowiedziała przekornie.

Rrin pozostał poważny.

- Dlaczego tu jesteś, Sawiallo? - powtórzył.

- Tutaj jestem szczęśliwa - mruknęła wymijająco.

- Nie męczy cię samotność? - drążył.

- Nie jestem samotna, tylko samotnicza, Rrin. Życie z dala od ludzi jest moim wyborem - wyznała.

- I nie przeszkadza ci, że nikt cię nie pokocha? Ludzie boją się czarownic - rzucił boleśnie szczerze.

- Nie potrzebuję, by mnie kochano. Nikt nie ma takiej potrzeby, dopóki mu się nie wmówi, że jest inaczej. Raczej się boję, że ja już nikogo nie pokocham - odparła swoim ciepłym głosem.

- Kochałaś kiedyś kogoś? - drążył jeszcze głębiej.

- Tak, miałam nawet narzeczonego - pochwaliła się.

- Odstraszyło go życie w lesie? - dociekał.

Sawiallo uśmiechnęła się pobłażliwie.

- Z nas dwojga, to ty się zachowujesz, jakbyś mieszkał w lesie. Brakuje ci taktu.

- Wychowałem się w Zakonie. Nauczono mnie pytać bez lęku o uczucia i reakcje innych.

- Mój narzeczony poległ w walce na śmierć i życie o mój honor - wyjawiła.

- Idiota - skwitował Rrinsat.

- Walka o honor kobiety nie czyni mężczyzny idiotą - skrzywiła się.

- Ale jeśli ma się piękną kobietę, to trzeba być skończonym idiotą, żeby polec.

- Rrin?

- Tak?

- Czy ty właśnie nazwałeś mnie piękną kobietą?

Ręka Rrina zastygła w pół ruchu i na chwilę zapanowała cisza. Spojrzał na kobietę, która przez cały czas mu się przypatrywała.

- Sawiallo?

- Tak?

- Czy z całej mojej wypowiedzi usłyszałaś tylko, że jesteś piękna, a że nazwałem twojego zmarłego narzeczonego skończonym idiotą, to już nie?

Sawiallo roześmiała się.

- Każda kobieta jest przynajmniej odrobinę próżna, a ja jestem więcej niż odrobinę - wyjaśniła. - Poza tym ukryty komplement z twoich ust jest o niebo bardziej szokujący niż nazwanie nieboszczyka idiotą.

Rrin nie skomentował tego, wrócił do przeciągania osełką po ostrzu. W duszy jednak uśmiechnął się szeroko.

- A ty byłeś kiedyś zakochany? - odbiła piłeczkę.

Nastąpiło długie milczenie. Sawiallo pomyślała, że nie doczeka się odpowiedzi, ale Rrin odezwał się nagle.

- W ruinach starego Ramor kryła się kiedyś szajka złodziei. Była z nimi pewna cyganka. Piękna, zmysłowa i czuła. Ja się zakochałem, ona szukała głupca, który odważy się zejść do piwnic Wieży Magów.

- Zszedłeś?

- Zszedłem.

- I co tam znalazłeś?

- Trupy swoich poprzedników. Gdy wszedłem do środka, zawalili wejście grzebiąc mnie żywcem z głodnymi szczurami.

- Jak się stamtąd wydostałeś?

- Znalazłem zawalony podziemny korytarz i usunąłem z niego tyle gruzu, żebym zdołał przejść. Później dużo błądziłem, parę razy zemdlałem, ale w końcu wylazłem - powiedział bez emocji.

- Co było dalej? - zaciekawiła się.

- Zakradłem się do ich obozu, zabiłem wszystkich, zabrałem swoje rzeczy, te których nie zdążyli się jeszcze pozbyć i ruszyłem dalej.

- Cygankę też zabiłeś?

- Nie.

- Darowałeś jej życie? - zdziwiła się.

- Mówiła, że marzy o życiu w dużym mieście. Spełniłem jej marzenie. Zabrałem ją do jednego i sprzedałem do burdelu.

- Jesteś okrutny - stwierdziła.

- Raczej mściwy, ale okrutny też bywam.

Sawiallo rozlała resztę wina do czarek. Milczeli przez chwilę. Rrinsat ostrzył broń z zadumaną miną, a kobieta przyglądała mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. W końcu przysunęła jedno z krzeseł blisko mężczyzny i usiadła na nim bokiem. Ramiona złożyła na oparciu, a na nich spoczęła głowa Sawiallo. Teraz już wprost gapiła się na wykonywaną przez niego pracę.

- Dlaczego wstąpiłeś do Zakonu, Ramorczyku? - wyszczebiotała.

- Nie wstąpiłem. Porzucono mnie przed klasztorną bramą - odpowiedział.

- To musi być dziwne uczucie, nie wiedzieć kim się jest.

- Wiem kim jestem - zaprzeczył.

- Ale nie wiesz kim była twoja rodzina i dlaczego zostałeś porzucony.

Ponieważ Rrin milczał, Sawiallo ciągnęła dalej.

- Wiesz, ja mogę zobaczyć twoją przeszłość. Obrazy z pierwszych miesięcy i lat życia.  

Kąciki ust Rrina powędrowały kpiarsko w górę. Przeszył Sawiallo pogardliwym spojrzeniem.

- Daruj sobie. Nie kupię od ciebie niczego - mruknął.

- Nie chcę pieniędzy. Zaniesiesz komuś w Atrent pewien drobiazg ode mnie. To wszystko czego chcę w zamian. Skoro i tak nie wierzysz, że coś potrafię, to niczego nie tracisz - przekonywała.

- Zgoda - rzucił.

- Zgoda? - powtórzyła nieco zbita z pantykału.

- Tak.

- Myślałam, że nie będę w stanie cię namówić, a ty zgodziłeś się tak łatwo.

Rrin wzruszył ramionami. Nie wierzył, by ktokolwiek potrafił coś takiego. Zgodził się tylko dlatego, że jej gadanina zaczynała go męczyć. Nie lubił za dużo mówić o sobie, ale podobała mu się jej ciekawość świata. Widział w jej oczach podziw i fascynację jego życiem, a to mu schlebiało.

- Zaczynamy od razu? - ożywiła się.

- Możemy - skinął.

Sawiallo kazała mu wstać i ustawiła ich krzesła przodem do siebie. Kiedy usiedli, ich kolana przylegały do siebie. Ujęła go za dłonie ozdobione licznymi bliznami. Skóra na nich była twarda i szorstka.

- Zamnij oczy Rrin - poprosiła.

Posłuchał.

- Przyłóż język do podniebienia i trzymaj go tam.

- Po co?

- Po prostu to zrób.

Uśmiechnął się kpiąco, ale jej posłuchał.

- Teraz rozluźnij się. Oddychaj głęboko i licz każdy wdech. Gdy dojdziesz do dwudziestu przestań liczyć i powoli otwórz oczy.

Rrin z każdym oddechem czuł jak jego ciało się rozluźnia, a myśli odpływają. Ogarnął go spokój i błogość. Powoli uniósł powieki i zatonął w chmurnych oczach Sawiallo. Szare, pomyślał. Jej oczy są szare jak niebo w czasie burzy. Wtedy zorientował się, że stracił kontrolę nad swoim ciałem i nie mógł nawet uciec wzrokiem. Zgubił poczucie czasu. Jego myśli płynęły błyskawicznie, lub wlekły się jak okulawiony koń. Każdy nowy obraz odpychał w zapomnienie poprzedni. Ogarniało go zmęczenie, ciało pokrył rzęsisty pot.

Kobieta nagle krzyknęła i szarpnęła głową do tyłu. Więź została zerwana. Rrinsat poczuł w czaszce dotkliwy ból pulsujący w rytm uderzeń serca. Pociemniało mu przed oczami, a z nosa pociekła krew. Chwilę później obraz stał się mlecznobiałą mgłą. Usiłował wstać, ale runął razem z krzesłem.

- Oślepiłaś mnie wiedźmo! - ryknął przewalając się na plecy.

Wywracał wszystko dookoła próbując wstać.

- Nie bądź niemądry, Rrin. Zaraz dojdziesz do siebie - wychrypiała zmęczonym głosem.

Nie doszedł. Zmęczenie wzięło nad nim górę i zasnął.

5 komentarzy

 
  • AuRoRa

    AuRoRa 15 mar 2018

    Świetne , czarownica to mistrzyni ciętej riposty czytam dalej

  • ytrew26

    ytrew26 25 sty 2018

    Dawaj kolejną część, czytajac twój tekst sam wena przychodzi

  • emeryt

    emeryt 22 sty 2018 ip:8969123

    @Somebody.  Narracja wspaniała, jak do tej pory akcja mistrzowsko poprowadzona..  
    Z niecierpliwością czekam na następne odcinki. Pozdrawiam i życzę wspaniałej weny.

  • Somebody

    Somebody 21 sty 2018

    Stworzenie postaci czarownicy - mistrzowskie      

  • AlexAthame

    AlexAthame 20 sty 2018

    Super.Dawno nie czytałem czegoś tak fajnego.    Czekam na dalej.