Zniewolona cz.1

Zniewolona cz.1Opowiadanie stało na innym koncie, ale zaszły pewne okoliczności, dlatego przerzucam tu. Wiem, że trochę ciasno, ale cóż... Miało być odrobinę pod humor, a czy wyszło? Ocena należy do Was. Pozdrawiam

***

      Otwieram ciężkie powieki, lecz oczy nie widzą. Kilka chwil na powrót i kilka następnych, aby zrozumieć, że już wróciłam. Ciemność i przenikliwy chłód. Pachnące stęchlizną wilgotne powietrze i cisza. Złowrogie nic. Przeplatana ciężkim płytkim oddechem bezdźwięczna przestrzeń, głucha niczym w kosmicznej otchłani. Znikomy ruch ciała i ból. Unieruchomione ręce i nogi, paląca lodowatym zimnem, przytulająca nagie pośladki, szorstka podłoga i nieświadomość: "kto, kiedy, dlaczego, a co najważniejsze – gdzie i po co?” Niemy krzyk, tysiące pytań i nasuwające się, nie posiadające cienia argumentów odpowiedzi.
      Ponowna próba poruszenia się, uwolnienia, odrobiny ulgi w cierpieniu, lecz nadaremnie. W nagrodę tylko kolejny, przeszywający zesztywniałe mięśnie ból. Odwiedzający znienacka okolice brzucha i żeber piekący ciepłem dotyk i zdrętwiałe kończyny.  

        
      Podnoszę ciężką jak syzyfowy głaz głowę, rozglądam się, pytam w milczeniu, interpretuję. Czarne jak węgiel otoczenie nie pozwala niczego dojrzeć, ocenić, wyjaśnić… Daje jedynie strach, miliony znaków zapytania i lęk, strach tak duży, że niemal dławi, zabiera ostatnie cząsteczki i tak brakującego w tej chwili tlenu.
      I nagle na wprost coś innego, "nowego”, dającego cień ożywienia, fałszywej wiary. Cieniutka strużka mdłego, przytulonego do ziemi światła, unikatowy przecinek w przerażającym, grobowym bezmiarze. Jak narkotyk przyciąga wzrok, zalewając falą kolejnych pytań i dając jednocześnie namiastkę nadziei i złudzeń.
      Chłód się nasila, sumiennie łącząc siły z dławiącym pragnieniem. Wyschnięte na wiór wargi walczą z kneblem, aby zaczerpnąć jak najwięcej ciężkiego do zdobycia oddechu. Niespodziewanie ciche kroki i dreszcz, przełknięcie brakującej śliny. Nieprzyjemny wstrząs, chłód ciała zmieniający się nagle w ognisty, otulający od stóp do głów parzący uścisk. Zgrzyt zamka, złowieszcze mruczenie zbliżających się z niepokojącą powolnością ciężkich butów, szum starego radia. Ciepłe chuchnięcie w policzek i miarowy oddech. Pachnący wanilią i piwem, muskający twarz zefirek, aromat ładnych perfum. Delikatny dotyk palców przy uchu, głaskanie i powolna wędrówka: nos, usta, podbródek, szyja, ramię i prawa pierś. Przerażenie, mocne wyszarpnięcie się i kolejny ból, a po nim niezrozumiały krzyk: "dlaczego?!, gdzie?!, po co?!”. Szamotanina niczym taniec ryby na haczyku i prośby, rozpaczliwe błaganie – o garstkę jakichkolwiek słów wyjaśnienia, umniejszenie cierpienia, odrobiny wody…
      Apele pozostają bez odzewu, więc głośny płacz. Kolejne, zamienione w chrapliwie, niezrozumiale wyrazy znaki zapytania, zaklinanie o wolność, obietnice, groźby, błaganie…

***

      – Jeśli przyrzekniesz, że będziesz cicho, zdejmę knebel – rzekł spokojnie, lecz stanowczo męski głos.
Przytaknęłam posłusznie głową i po chwili materiał zniknął z mych ust, aby w jego miejsce pojawiła się przejrzyście czysta szklanka z bezbarwną cieczą. Upiłam łyk, szarpana strachem o mało nie dławiąc się jej zawartością.
      – Gdzie ja jestem? – szepnęłam niepewnie, nie wiedząc, czy zadawanie pytań to w tej chwili dobry pomysł.
      – We właściwym miejscu – odparł, zdawałoby się, z wielką łaską nieznajomy.
      – Ale dla…  
      Nie skończyłam, przytkana jego szorstką, śmierdzącą benzyną i papierochami dłonią. Cuchnęła strasznie i gdyby nie powstrzymujący mnie lęk, zapewne zaraz bym ją obrzygała.
      – Miałaś siedzieć cicho – warknął mężczyzna, boleśnie ściskając moją brodę. Jego chwilowa dobroć okazała się być tylko pozorem, łgarstwem, to nie wróżyło różowej przyszłości.
      – Będziesz grzeczna? – zapytał oschle, ściskając policzki coraz mocnej. Bolało jak cholera, czułam się jak wyciskana bezdusznie cytryna.  
      Kolejny raz kiwnęłam na głową na "tak".  
      – Więc pamiętaj, i dla twego dobra – lepiej się tego trzymaj – furknął, wystawiając mi przed nos wielki paluch, po czym energicznie odepchnął moją twarz i wyszedł, ponownie zostawiając mnie samą w tym pojebanym grobowcu.
      Ale przynajmniej nie założył już knebla.

528 czyt.
100%95
agnes1709

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i thrillery, użyła 744 słów i 4501 znaków, zaktualizowała 4 paź o 21:23.

5 komentarzy

 
  • Indragor

    Indragor · 4 października

    A ja się przyczepię. Skoro opowiadanie po polsku, to czemu tytuł po angielsku? Hę? To nie ma sensu. Czy ktoś widział opowiadanie po angielsku z polskim tytułem? Proszę mi go zmienić na normalny! I skąd wiadomo, że ten "grobowiec" jest pojebany, skoro było ciemno i nic nie było widać? Może (jak na grobowiec) jest całkowicie normalny?

  • Somebody

    Somebody · 4 października

    Właśnie, tytuł znany,  treść też, ino mi się konto nie zgadza   Nie pamiętam, czy komentowałam, ale co tam   Zajebiście napisane jak zawsze  

  • Duygu

    Duygu · 4 października

    Moje zdanie znasz    Zostawiam łapki pod tymi cudeńkami i kłaniam się nisko

  • kaszmir

    kaszmir · 4 października

    Wow lubię takie zamroczone sceny. Jednak zniewolenie kobiety jest bezprawiem. Nie wiemy przyczyny i nie znamy okoliczności dlaczego tak się stało. Malowniczo nakreślone obrazy i poetycko brzmiące metafory... Szamotanina niczym taniec ryby na haczyku... piękne, kradnę po cichu.

    Umiesz szarpać struny emocji. Pozdrawiam i szacun

  • AnonimS

    AnonimS · 4 października

    Tak . Mielące jęzorem kobiety to dopust Boży.  Nie ma to.jak knebel   . Pozdrawiam