GROŹNA BUNTOWNICZKA - CZĘŚĆ 9

Jechaliśmy koło cmentarza i nagle  z Lusi zaczęło dziać się coś dziwnego. Nie wiedziałem co mam robić. Zwolniłem maksymalnie, a w końcu musiałem zatrzymać samochód. Lusi rzucała się i biła. Już wyglądała mi podejrzanie wtedy gdy zamknęła oczy. Zanim do niej dobiegłem okrążając samochód, z jej czoła zaczęła lać się krew. Nadal się miotała. Jak najszybciej się dało złapałem jej ręce. Nie było to proste, bo cała się rzucała. Gdy w końcu udało mi się przygwoździć ją do siedzenia zaczęła odpuszczać. Trzymałem ją tak jeszcze chwilę. Nagle z jej oczu poleciały łzy. Nie wiedziałem, czy już się uspokoiła, czy nadal będzie się szamotać. Nie chciałem, żeby stała jej się krzywda.  
-Hej, Lusi. Co się stało? Już w porządku? – nic mi nie odpowiedziała, ale skinęła głową. – Nie płacz. Nic się nie stało ok? – szlochała, ale nic nie powiedziała. Lekko mnie odepchnęła. Przyjąłem to za znak, że mam ją uwolnić z żelaznego uścisku. –Może chcesz się przewietrzyć? Wyjść na chwilę na zewnątrz? – znowu nic nie powiedziała, ale skinęła głową. Zacząłem się martwić, bo z jej czoła nadal leciała krew. Bałem się o jej zdrowie. Nie wiedziałem co sobie zrobiła. Czy to czasami nie jest nic poważnego. Lusi wyszła z samochodu, a ja pobiegłem po apteczkę. Zanim jej poszukałem, Lusi znowu wsiadła do samochodu. Skuliła nogi pod brodę, zakryła oczy i wydaje mi się, że płakała. Uciąłem plaster i przykleiłem jej ostrożnie. Musiało ją mocno boleć, bo aż się skrzywiła. Wiedziałem już teraz tylko jedno. Wyjazd do zoo odwołany. Trzeba było jechać do lekarza. Nie mogłem patrzeć jak Lusi cierpi. Cała się trzęsła. Nie wiedziałem co mam robić. myślałem który wariant będzie dla niej lepszy. Pojechać do szpitala, czy wezwać lekarza do domu. Zdecydowałem się na wizytę domową. Zawróciłem i pojechałem do domu. Po drodze szybko napisałem do lekarza wyjaśniając mu co się stało. Gdy dojechaliśmy do domu lekarz już czekał pod drzwiami. Szybko się postarał. Myślałem, że więcej mu to zejdzie. Ale dobrze, że szybko zareagował. Cieszyło mnie to. Lusi nadal siedziała skulona i płakała. –Lusi, chodź do domu. Położysz się co? – pokręciła przecząco głową. –Przecież nie będziesz siedziała w samochodzie. Dalej chodź, bo cię zaniosę. – powiedziałem, ale jedyna odpowiedź jaką usłyszałem, to głośne przełknięcie śliny. Podszedłem do niej i wziąłem ją na ręce. Słyszałem jak pisnęła cicho, co oznaczało, że ją boli. Szybko szedłem w stronę drzwi.
-Dzień dobry panie doktorze, już jesteśmy. Mam nadzieję, że długo pan nie czekał.  
-Witam. Spokojnie, przed chwilką przyjechałem. Miałem akurat dosyć wolnego czasu. Co się dzieje?  
-Może wejdźmy do środka to wyjaśnimy o co chodzi.
-Pewnie. To może otworzę drzwi.  
-Bardzo dziękuję. – powiedziałem i wszedłem z Lusi do domu. –Zapraszamy za nami. – poszliśmy do pokoju Lusi. Ona już kręciła głową przecząco. Ale tym razem postanowiłem być trochę ostrzejszy i nie dać się zwieść. Tym razem musiała dostosować się mnie. Delikatnie położyłem ją na łóżko, a ona szybko przykryła się kołdrą zwijając się w kłębek. Już czułem, że nie będzie łatwo. Opowiedziałem lekarzowi co się stało. A nagle Lusi krzyknęła głośno.
-Ja nie chcę do szpitala! Ja chcę tu zostać! – zaskoczyło mnie to bardzo. Dlaczego myślała, że gdzieś ją oddam? Podszedłem do niej i usiadłem obok po czym lekarz szybko dodał.  
-Spokojnie maleńka. Nigdzie cię nikt nie zabiera. Chciałem tylko zobaczyć, co tym razem nawywijałaś. – powiedział lekarz, a Lusi złapała mnie za rękę. Kolejny szok. Jeszcze nigdy tak nie robiła. Pewnie się bała. Odwzajemniłem jej uścisk dłoni i spojrzałem na jej twarz. Nadal była zapłakana i zakryta przez drugą rękę.  –W takim razie spokojnie. Daj mi chociaż na razie na to zerknąć. – lekarz usiadł obok niej i otworzył swoją teczkę. Założył rękawiczki po czym wziął jakąś lampkę. Gdy złapał ją za rękę zasłaniającą jej twarz, przestała oddychać. –Lusi, ja nic na razie nie robię, więc oddychaj spokojnie. I jak możesz to zabierz na chwilę rączkę. – poprosił lekarz, ale nawet się nie ruszyła. Sam postanowiłem wkroczyć w akcję. Chwyciłem jej drugą dłoń i zabrałem z twarzy. Plaster już był cały nasiąknięty krwią. Wyglądało to strasznie. Lusi rozpłakała się jeszcze bardziej. –Ej, takiej ładnej dziewczynie nie pasują takie zapłakane oczy prawda Brian?  
-No pewnie, że nie. – powiedziałem, a lekarz zapalił latareczkę.
-Teraz muszę sprawdzić reakcję twoich źrenic, bo nieźle sobie spuściłaś łomot. – otworzył jej jedno oko i poświecił jej latareczką, a później czynność powtórzył przy drugim oku. – Tutaj jest wszystko w porządku. A teraz muszę zobaczyć to co jest pod tym strasznym plastrem. – gdy zaczął odklejać plaster, Lusi szybko się zerwała i wskoczyła na mnie.  
-Boję się. Ja nie chcę mieć szytego. – powiedziała mi szeptem do ucha.  
-Spokojnie. Jeszcze nie wiadomo co tam się stało. Nikt nie będzie ci nic szył. Nie martw się. - powiedziałem  trzymając ją na kolanach. Było mi jej naprawdę szkoda. Przytuliła się do mnie. Objąłem ją i pozwoliłem lekarzowi kontynuować. Plaster odszedł gładko. Oczyścił jej ranę, co musiało być nieprzyjemne, bo czułem jej paznokcie pod skórą, ale nawet nie jęknęła.  
-Przepraszam. To raczej nie należało do przyjemnych rzeczy, ale już teraz wiem, że nie będziemy nic z tym robić, tylko założymy plasterki które zastąpią szwy. I na przyszłość nie szalej tak bardzo bo szkoda takiej ładnej kruszynki. dam ci jeszcze kilka tabletek, które będziesz brała rano i wieczorem, ale to już przekażę Brianowi. I na ranę codziennie opatrunek z maścią. Może trochę szczypać przy nakładaniu, ale twarda z ciebie dziewczyna i myślę, że dasz radę. A teraz myślę, że możecie wracać na wycieczkę, no chyba, że głowa cię boli, to lepiej zostać w domku. Mo i w razie jak by zawroty głowy się nasiliły i pojawiły się nudności, to niezwłocznie proszę zgłosić się do lekarza bądź szpitala. Głowa będzie bolała, ale jak ból będzie nieznośny, to lepiej nie ryzykować.
-Dobrze. Dopilnuję tego.- zapewniłem lekarza.
-To na razie Lusi. Trzymaj się. I jeszcze jedno. Dobrze by było jak byś się zdecydowała na rozmowę z psychologiem. Wiesz o co chodzi. Wracaj do zdrowia. - Pożegnał się nią lekarz i wyszedł. Odprowadziłem go do drzwi i podziękowałem za szybką reakcję. Gdy lekarz poszedł wróciłem do Lusi.
-Jak się czujesz? – zapytałem, ale nic nie odpowiedziała. Leżała na brzuchu patrząc na wyłączony telewizor. Usiadłem obok niej i włączyłem telewizor. Zacząłem głaskać ją po plecach. Z tego co się dowiedziałem uspokajało ją to. Nie protestowała, więc kontynuowałem. Raz po raz pociągała nosem. Zadawałem jej mnóstwo pytań, ale nie odpowiadała mi na żadne. Martwiło mnie to. Ale może faktycznie muszę dać jej trochę czasu. Musiała sobie to wszystko przemyśleć.
Minęło już kilka dni, a Lusi nadal nie chcę się odzywać. Bardzo się w sobie zamknęła. Próbowałem wszystkiego, ale nawet psycholog nie był w stanie nic zrobić. Nie odzywała się, zamykała się całymi dniami w pokoju i nie dawała znaków życia. Starała się od wszystkich odizolować. Codziennie około godziny dziesiątej rano urządzała sobie imprezy. Najgorsze jest to, że już od czterech dni nie pokazywała się. Jedzenie brała spod drzwi, ale nie było opcji, żeby wyszła z pokoju. Starałem się do niej dotrzeć. Porozmawiać, ale nie dało się. Słyszałem tylko jedno od niej gdy tylko chciałem porozmawiać. –Wypierdalaj! – i to było wszystko z jej strony. Psycholog otrzymywał taką samą odpowiedź. Chciałem wyważyć drzwi, ale zagroziła, że jak to zrobię, to potnie się tak, że nie będzie się jej już dało uratować. Wolałem, żeby sobie poszalała w samotności. W końcu kiedyś musiało jej to przejść. Po upływie tygodniu postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Postanowiłem tak jak zawsze postawić jej jedzenie pod drzwi i iść do swojego pokoju. Po około godzinie zawsze wychodziła i szła do kuchni myśląc, że już śpię. Tym razem chciałem ją przechwycić. Postawiłem jej talerz pod drzwiami i poszedłem do pokoju. Udawałem, że już śpię. Chrapałem. Tylko dzisiaj wszystko działo się zupełnie inaczej. Słyszałem jak szukała coś w kuchni, a później przyszła do mojego pokoju. Starałem się dostrzec chociaż część. Przymrużałem oczy. Usiadła na końcu łóżka i zaczęła coś szeptać. Ściszyłem ton chrapania. Chciałem słyszeć co mówi. Usłyszałem coś o tabletkach i śmierci. To już teraz wiedziałem czego szukała w szafkach kuchennych. Wiedziała gdzie są tabletki. Przyczaiłem się zerkając, gdzie siedzi i gdzie ma ręce. W jednej sekundzie zerwałem się z łóżka i rzuciłem na nią. Złapałem ją za dłonie i przytrzymałem nad jej głową i usiadłem na niej okrakiem. Byłem na nią wściekły.
***Oczami Lusi***
Byłam przekonana, że Brian śpi. Tak się przestraszyłam, że serce przestało mi bić. Ledwo co łapałam oddech. Jak spojrzałam w jego oczy i zobaczyłam w nich wściekłość, po prostu się rozpłakałam. Chciałam zabrać ręce, ale trzymał mnie tak mocno, że nie mogłam.  
-Pokarz co masz w dłoni.  
-Nie.
-Pokarz! – krzyknął na mnie, a ja się tak przestraszyłam, że nie miałam ochoty już więcej protestować. Spojrzałam na niego płacząc. Pomału otworzyłam rękę. Bałam się jego reakcji. Miałam tam jedną tabletkę. Tą którą mi przepisał lekarz. –Co to jest? – zapytał mnie, a ja nie miałam odwagi nic powiedzieć. Ruszyłam tak ręką, że tabletka wypadła mi z ręki. Marzyłam o tym, żeby mnie puścił. Czułam, że to będzie zły pomysł, żeby do niego iść, a i tak polazłam.
-Możesz mnie puścić? – zapytałam szlochając. Bałam się go takiego. Puścił moje ręce, a ja automatycznie zasłoniłam dłońmi twarz.  
-Porozmawiasz w końcu ze mną? – zapytał już nieco łagodniej. Tylko przytaknęłam głową. –A więc zaczynajmy. Po pierwsze…dlaczego zamknęłaś się w pokoju na tydzień czasu i nie dawałaś znaku życia poza twoją jedyną odpowiedzią na moje pytania, które brzmiało ,,wypierdalaj..? – rozpłakałam się znowu. Jednak nie chciałam rozmawiać. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. –Ej, ale nie płaczemy, tylko rozmawiamy.  
-Nie chcę rozmawiać.  
-Ale mówiłaś, a raczej przytaknęłaś, że ze mną porozmawiasz. – skuliłam się na łóżku i tym też chciałam mu pokazać, że nie będę z nim rozmawiać. –W takim razie idziesz teraz ze mną do twojego pokoju i oddajesz mi klucz od pokoju. Nie mam zamiaru znowu się zamartwiać co się z tobą dzieje za zamkniętymi drzwiami pokoju. Rozumiem, że potrzebowałaś być sama, ale to już była przesada. Mogłaś siedzieć w ciszy, ale nie z zakluczonymi drzwiami, bo ja dostawałem białej gorączki myśląc co się z tobą dzieje. Od dzisiaj nie będzie żadnego klucza w domu. Nawet tego od łazienki.  
-Przepraszam.  
-Chodź ze mną po ten klucz. – pokręciłam głową na ,,nie,,. –W takim razi zaraz będę. – powiedział i wyszedł z pokoju. Jak tylko wyszedł szybko poszukałam na łóżku tabletkę i podeszłam do półki na której miał szklankę z wodą. Tak mnie głowa bolała, że musiałam wziąć tą tabletkę. Włożyłam tabletkę do ust i już chciałam popijać wodą. A nagle Brian wszedł do pokoju. –Wypluj to! – wydarł się na mnie jak bym łykała żyletkę. Wyplułam szybko tabletkę i uciekłam do kąta. Podszedł szybko do mnie. Byłam tak roztrzęsiona jak nigdy u niego. –Masz wypluć wszystkie tabletki które połknęłaś.  
-Tylko tą jedną wzięłam.  
-Wypluwaj!  
-Naprawdę wzięłam tylko jedną. – trzęsłam się jak bym wyszła spod tafli lodu.  
-Wypluwasz, czy dzwonimy po lekarza i robi ci płukanie żołądka?  
-Nie brałam już więcej tabletek. Tylko tą jedną przysięgam. – nie wiedziałam co mam robić. Wstałam szybko i chciałam uciec, ale złapał mnie za rękę. Nie zostało mi nic innego. Musiałam coś zadziałać. Mimo strachu, szybko się do niego przytuliłam, mimo że moje ciało mocno protestowało ze strachu. –Nie mam żadnej tabletki. Nic nie brałam. – powiedziałam szeptem. To było straszne, jak się zdenerwował.  
-Co to była za tabletka którą brałaś?  
-Na ból głowy. Chcę się położyć.  
-Przepraszam. Nie wiedziałem. Mogłaś powiedzieć. Przestraszyłem się, bo mówiłaś coś o śmieci i nie wiedziałem co jest grane.  
-Mówiłam, że bałabym się stanąć przed śmiercią. Mogę się położyć?  
-Usiądź na łóżko. Zaraz ci przyniosę tabletkę. – powiedział, a ja usiadłam na łóżku. Nadal się bałam jak cholera. Brian przyszedł, ale nie byłam w stanie być tak blisko niego. Bałam się. Nie lubiłam jak ktoś na mnie krzyczał. –Masz tabletkę i połóż się. – wzięłam i połknęłam tabletkę.  
-Ja pójdę do siebie.  
-Dzisiaj śpisz tutaj.  
-Nie.
-Połóż się. Obiecuję ci, że nic ci nie zrobię.  
-Nie będę tutaj spała i koniec.  
-Już mi niejednokrotnie pokazałaś do czego jesteś zdolna, więc proszę cię nie dyskutuj ze mną. – powiedział do mnie, ale ja wiedziałam, że i tak postawię na swoim. Usiadłam sobie na fotelu. Nie może mnie zmusić do tego , żebym spała z nim. On miał być tylko rodzicem zastępczym. A nie jestem pewna czy czegoś mi nie zrobi. A zwłaszcza po tej akcji teraz. Boję się go. –Lusi, nie rób mi tego. Staram się ciebie zrozumieć, ale nieraz jestem naprawdę bezradny. Nie za bardzo rozumiem kobiety, a zależy mi bardzo na tym, bym w końcu zaczął rozumieć. Nie robię ci niczego na złość i liczę, że ty także nie będziesz mi niczego utrudniała. Jeśli masz jakiś kłopot, dylemat, czy cokolwiek innego, możesz mi śmiało mówić. Razem zawsze dojdziemy do porozumienia. Nie musisz się mnie wstydzić, a z resztą dość dużo już wiem o tobie.  
-Nie chce mi się spać. Posiedzę sobie trochę na fotelu.
-Tylko nie myśl, że cię ominie rozmowa, bo nie odpuszczę. Z resztą sama widzisz co się dzieje jak nie rozmawiamy. – powiedział i włączył telewizje. –Chodź do łóżka, bo na fotelu będzie ci zimno.
-Nie chcę. Mam tu koc. Chcę sobie tutaj posiedzieć.
-A dlaczego nie chcesz tutaj przyjść?  
-Bo nie.  
-Podaj mi jakiś przykład.  
-Nie chcę i tyle.  
-Boisz się mnie ? Za mocno zareagowałem? – nic nie odpowiedziałam. Domyślił się, że właśnie o to chodzi. –Naprawdę nie chciałem. Ale pomyśl sobie jaka by była twoje reakcja na tą całą sytuację, tylko byśmy się wymienili osobami. Jak byś ty zareagowała. Ale przyznaję. Moja reakcja była z lekka przesadzona.
-Nie chcę o tym rozmawiać.  
-Ok, ale tak jak mówiłem, ta rozmowa prędzej czy później będzie przeprowadzona więc się o to nie martw. – zwinęłam się w kulkę. Miał rację. Ja też trochę przeginam, ale ja nieraz po prostu mnie jestem w stanie się powstrzymać. Jestem jaka jestem i nie potrafię tego zmienić. Nie ma siły która mnie zmieni. Jestem już tak zniszczona przez życie, że nic mi nie pomoże. Każda cząstka przeszłości mnie śledzi i cały czas próbuje wejść we mnie bardziej pokazując tym samym, że nie daję i nie dam sobie z mini rady.

1 187 czyt.
100%101
emilka38

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2897 słów i 15691 znaków

Komentarze (1)