GROŹNA BUNTOWNICZKA - CZĘŚĆ 14

Kolejne dni były dla nas jeszcze większą udręką. Nie wiedziałem, czy damy radę się z tym uporać. Lusi codziennie wybiegała z domu z płaczem uciekając na stawek. Nie wiedziałem jak mam jej pomóc. Postanowiłem, że trzeba będzie to zgłosić, skoro tak jej przeszkadza ta sytuacja. Może faktycznie będzie lepiej jak będzie w innej rodzinie, może nie będzie aż tak tragicznie. Ale tego dnia czułem, że coś pójdzie nie po naszej myśli. Czułem to po prostu w kościach jak tylko wstałem rano. Lusi nie wyszła z pokoju a była już godzina dwunasta. Nie chciałem jej się narzucać ale w końcu poszedłem do jej pokoju. Wolałem sprawdzić czy wszystko z nią w porządku. Wszedłem do pokoju, a ona siedziała na łóżku.  
-Wynoś się!
-Spokojnie. Tylko sprawdzałem czy wszystko w porządku.  
-Jak najbardziej. Nic mi nie jest. Możesz już sobie iść.
-Dobrze skoro tak uważasz, ale chciał bym z tobą porozmawiać przez pięć minut.
-Nie chcę rozmawiać.  
-To ważne.
-Masz pięć sekund.
-Będziemy musieli rozważyć przeniesienie cię do innej rodziny zastępczej. – powiedziałem prosto z mostu. Nie była małą dziewczynką, więc powinna zrozumieć moją decyzje.  
-Co? !
-No sama widzisz, że nie możesz się ze mną dogadać. Cały czas robimy sobie pod prąd. Nie potrafimy znaleźć nici porozumienia odkąd dowiedziałaś się, że jestem twoim bratem. Nie odzywasz się do mnie, nie jesz, zachowujesz się jak by cię z buszu wypuścili. Nawet nie chcesz ze mną porozmawiać. To nie jest wcale fajne. Nawet nie wiem co się z tobą dzieje dziewczyno. Nie chcę się tak martwić, nie chcę, żebyś ty się zamartwiała. Może warto spróbować z inną rodziną?  
-Nigdy w życiu! Rozumiesz? Nidy! – powiedziała tak, że zabrzmiało to naprawdę groźnie.  
-Chociaż zgódź się na psychologa. Może on nam pomoże chociaż trochę.  
-Nie! nie będziesz robił ze mnie wariatki. Po prostu łatwiej by było gdybyś nie robił tego zasranego testu. wszystko by było teraz dobrze!– krzyknęła i wybiegła z pokoju. Wiedziałem, że pobiegła nad stawek tam gdzie zawsze. Nie miałem po co biec za nią bo to i tak by nic nie dało. Jeszcze bardziej by się zdenerwowała więc zostałem w domu. Ale niestety za późno zorientowałem się, że coś jest nie tak. Bo była już godzina dwudziesta trzecia a jej nadal nie było w domu. Postanowiłem zacząć jej szukać. Zajrzałem przez okno i nie dostrzegłem jej tam gdzie zawsze była . Już chciałem iść gdzie indziej szukać, ale coś mnie pchnęło, żeby jeszcze przejść się na stawek. Szedłem pomału szukając jej z nadzieją, że gdzieś ją znajdę w pobliżu. Zaszedłem na stawek i rozejrzałem się dokładnie. Nie było za dużo widać, bo było ciemno. Jedyne światło dawał ogromny księżyc. Nigdzie jej nie widziałem. Już miałem iść gdzieś dalej, ale nagle z wody wyłoniło się mnóstwo bąbelków. Z początku myślałem, że to jakieś zwierzę, ale dopiero po chwili dotarło do mnie, że to może być Lusi. Wskoczyłem do wody nie zastanawiając się dłużej. Na szczęście moja latarka nie zgasła po wskoczeniu do wody co pomogło mi odnaleźć przyczynę bąbelków powietrza na powierzchni tafli wody. Gdy zobaczyłem Lusi która unosiła się w wodzie o mało zawału nie dostałem. Ale dobry ratownik to żywy ratownik. Szybko wziąłem się w garść. Starałem się ją wydostać z wody, ale nie mogłem jej wyjąć. Coś hamowało mnie i nie mogłem płynąć. Oczywiście nie była głupia i wiedziała co zrobić żeby nie wypłynąć z wody, tylko się utopić. Przywiązała się do jakiegoś kamienia, tylko jak ona go uniosła , żeby wrzucić go do wody? Szybko rozwiązałem supeł i wydostałem ją na powierzchnię. Wystarczyła krótka reanimacja i zaczęła oddychać krztusząc się wodą, której się zdążyła napić. Myślałem, że się rozpłaczę. To było coś czego już nigdy w życiu bym nie chciał przeżyć. Lusi zaczęła płakać, ale nic nie mówiła. Była w szoku. Ja z resztą też. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do domu. Położyłam ją w salonie na sofie a sam poszedłem do pokoju. Nie wiedziałem co mam robić moja złość tak się kumulowała we mnie, że bałem się do niej podejść. Przecież mogła się zabić. Musiałem znaleźć sposób na odreagowanie. Szybko zadzwoniłem po lekarza. Powiedziałem o całej sytuacji, a jak się rozłączyłem, automatycznie przywaliłem pięścią w drzwi. Przywaliłem tak, że usłyszałem jak Lusi kwiknęła i zaczęła płakać. Wyszedłem z pokoju krocząc do salonu. Spojrzałem na sofę. Lusi leżała na niej i szlochała trzęsąc się. Na pewno nie z zimna ale ze strachu. Wiedziałem to dokładnie, ale ja też się bałem pewnie bardziej niż ona. Ale jej mi było naprawdę szkoda. Leżała tak skulona. Ze łzami w oczach. Usiadłem koło niej. Jeszcze bardziej podciągnęła nogi do siebie. Bała się mnie. Nakryłem ją kocem i zacząłem gładzić po plecach. Było widać, że cała się spina, ale nie przestawałem. Po upływie jakichś dwudziestu minut przyjechał lekarz. Lusi nic nie mówiła tylko cały czas płakała. Lekarz zadawał pytanie za pytaniem ale go ignorowała. Nie zwracała na nas uwagi. Więc to co wiedziałem to ja powiedziałem za nią. Lekarz podał jej jakieś leki w zastrzyku. Tak bardzo chciałem ją przytulić. Było widać, że jest przerażona tym co jej robi lekarz, ale wolałem ją zostawić, przecież mnie też się bała. Przyniosłem wodę w razie jak by się chciała napić, ale nawet na mnie nie patrzyła. Chciałem z nią porozmawiać ale trzeba było znaleźć bardziej odpowiedni moment. Bo ten był fatalny …

1 327 czyt.
100%121
emilka38

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 1096 słów i 5728 znaków

Komentarze (1)

 
  • gubernator

    gubernator 3 mar 2017

    dramat sie robi