Carpe diem - cz.3.

-Przecież to może być jakiś psychol! – Janet skupiła się na oblizywanej łyżeczce. Pianka cappuccino zostawiła biało-brązowy ślad nad jej górną wargą.  
- A my jesteśmy normalne? – Cathy zaśmiała się i wzięła łyk barraquito, najwspanialszego wspomnienia z Teneryfy. Dla tych co nie potrafią się zdecydować czy iść w kawę czy w owoce.
-Wiesz dobrze o co mi chodzi! I wiesz też, że jemu chodzi o seks. Jak im wszystkim!  
-No i? – Cathrine uśmiechnęła się pytająco do przyjaciółki. W duchu czuła, że  zna odpowiedź.  
-To może być jakiś zboczeniec!  
-Powiedział, że będzie przyjemnie. – zabrzmiało lekko kpiąco, ale pozwoliło przydusić wypełzający na zewnątrz strach.  
-A, kurde.. Czemu mi się nie przytrafiają takie rzeczy? – Janet w końcu ujawniła, co ją boli.  
Cathrine zajęła się rozpracowywaniem dołączonej do kawy bananowo-czekoladowej  mini babeczki. Nie musiała podnosić głowy. Naprzeciw siedziała Janet. Ta Janet. Niespełniona, wiecznie imprezująca poetka. Korposzczurek w ciuchach w dziesiątkach styli naraz, z włosami o nieokreślonej barwie, z charakterem nabuzowanego testosteronem, rozwalającego las zająca. Głośno, krzykliwie, kolorowo. Na dachu…   Na dachu krzyczałaby do ludzi na dole. Piła z gwinta. Skomentowała gwiazdy „O, kurwa, ale zajebiste” i wrzuciła na insta.
-Nie wiem… - milczenie powoli kończyło się wraz z dającą mu alibi babeczką.
-Trochę ci zazdroszczę, ale i tak niepotrzebnie ryzykujesz. – Janet odchyliła się na krześle, założyła nogę na nogę i odpaliła papierosa. Powiodła wzrokiem za śniadym kelnerem.  
-Na razie nie ma czego. A czy ryzykuję? Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. A ja lubię szampana. – Cathy mrugnęła do przyjaciółki i sprawnie zmieniła temat.
-Co za idiotyczny pomysł! – Cathy kilkukrotnie wcisnęła guzik w windzie, jakby jego dręczenie miało przyśpieszyć ruch urządzenia. – Jak można nie wymienić się telefonem czy chociaż nie odnaleźć na fejsie?!  
„Mogłabyś już wtedy uprzedzić, że jak zwykle się spóźnisz!” – wewnętrzny prześmiewca prawie popłakał się z tragizmu komicznej sytuacji. „Pomyśli „Nie przyszła. Not interested.”  Ale – nie ma to jak winić innych, co nie, Cathy?!”  
-To przez te buty – kobieta wyszeptała sama do siebie.  
„I przez półgodzinne wybieranie ubrania, w tym… bielizny.”  - autoironiczny złośliwiec nie brał poprawki na obawy przed spotkaniem. Wreszcie umilkł, przegoniony dźwiękiem zatrzymującej się na ostatnim piętrze windy.  
Cathrine dopadła metalowych drzwi. Szarpnęła.
-Kur… -   ugryzła się w język, uświadomiwszy sobie, że nieznajomy może znajdować się w pobliżu.  
„Skoro są zamknięte, a jego jeszcze tu nie ma… Zakładając, że nie spóźnia się aż tak bardzo jak ja… Będzie czekał na recepcji. Musi!” – jedyne sensowne rozwiązanie pokierowało kobietę z powrotem do windy.  
Powolna jazda w dół dała możliwość opanowania oddechu, zdradzającego ekscytację zmieszaną z koktajlem obawy i niepewności. Przez ostatnie kilka dni przemyślała sprawę tysiąc razy, rozważając setki możliwości i zakończeń. Od słodko różowych jak wata cukrowa do mroczne niczym zejście do piwnicy sadysty.
Nie dające się już tak łatwo ujarzmić drżące palce poprawiły włosy i przygładziły sukienkę. Nieprzesadnie elegancką, w sam raz na luźny, sobotni wieczór.  
„I tak nie mam co robić w sobotę.” – było dostatecznym argumentem do podjęcia decyzji, której nie dało się cofnąć, gdy właśnie otwierające się drzwi windy wyeksponowały kobietę na widok siedzących w recepcji gości.  
Wśród których nie było nieznajomego.  
Cathrine rozejrzała się nerwowo. Poczuła się jak idiotka. Wystawiona na gówniarski żart. Stanęła przed windą, bez pomysłu co dalej ze sobą zrobić.  
„Dwudziesty pierwszy wiek! Mamy telefony, kurwa!” – mina musiała dosłownie przekazywać jej myśli, skoro idąca z naprzeciwka starsza para, mocno odbiła w bok.
Nagle poczuła na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciła się gwałtownie, ale zamiast nieznajomego ujrzała drobnego hotelowego boja.  
-Jest pani proszona do restauracji.  
Cathy zmrużyła oczy, ale przekaz szybko odgonił zaskoczenie. Przeszła do drugiej części budynku. Poprowadzona przez kelnera, z daleka ujrzała nieznajomego. Wyluzowany, siedział wygodnie, niespiesznie przeglądając menu. Rozpięta niebieska koszula potwierdzała, że spotkanie czy też niby randka, nie miało należeć do tych bardzo wytwornych. Cathy na moment odetchnęła z ulgą, ale zdenerwowanie ponownie opanowało głos i  dłonie.
-Przepraszam, spóźniłam się, byłam na górze, ale…  - zaczęła się głośno tłumaczyć jeszcze na kilka kroków od stolika.  
Mężczyzna wstał, ale zamiast podać jej doń czy pocałować w policzek, tak jak się tego spodziewała, wyobrażając sobie kolejne spotkanie, wyciągnął rękę w kierunku rozgorączkowanych ust. Kciukiem lekko przytrzymał obie wargi, a dłonią nieznacznie pogładził  policzek. Cathrine zamilkła jak odłączone od zasilania radio.  
-Siadaj, proszę. Nie tłumacz mi się. – elegancko odsunął krzesło.  
-Ale…
-Tak, oczywiście, że mogłem pomyśleć, że nie przyjdziesz. Zawsze tak mogę pomyśleć. Poczekam. Po tygodniu przyjdę znów. I wystarczy.  
„Po tygodniu?! To tak ma to wyglądać?” – Cathrine aż cofnęło ze zdziwienia. Na twarzy mężczyzny pojawił się nieznaczny uśmiech.  
-No, pewnie łatwiej byłoby gdybyśmy się wymienili telefonami…
-Zawsze wolisz „łatwiej”? – uśmiech opanował spojrzenie. W przytłumionym świetle eleganckiej restauracji oczy mężczyzny zdawały się być szaroniebieskie. Zdawały się.  
-No tak! O czym ja mówię! – Cathy poczuła jak rozdrażnienie bierze górę nad poczuciem winy. – Przecież nawet nie znam twojego imienia. Jak miałabym cię zapisać  w kontaktach!
-Ja nie znam twojego imienia, więc nie jesteś stratna.  
-Mam na ciebie wołać „ej”? – sarkazm wdzierał się w rozmowę jak kropla kwasu w nieosłoniętą skórę dłoni.
-Mów na mnie jak chcesz…  Możesz nadać mi imię, jeśli masz na to ochotę. – mężczyzna zaśmiał się ponownie, ale w jego głosie nie było złośliwości. Raczej rozbawienie. – Droga „Ej”, na kogo wyglądam? Na Toma? Petera? Może Michaela?
- Zastanowię się jeszcze. Imię powinno definiować.  
-Zgadzam się! A te nadane nie zawsze nas definiują. Wręcz, powiedziałbym, często nie są zgodne z charakterem. Rodzice tylko myślą, że znają swoje dzieci…
-Rozumiem, że ja pozostaję „Ej”. Wciąż lepiej niż „no-name”… - Cathrine nie zdołała przestawić się na wesołość.  
-A wolisz się przedstawić czy żebym sam coś sobie wybrał? – mężczyzna ukrywając zniecierpliwienie zaczął ponownie studiować kartę dań. – Może coś włoskiego? Carpaccio?  
- A na drugie „Z wołowiny”? – mina Cathrine mówiła wszystko. Wstać. Wyjść.  
-Czy są Państwo gotowi złożyć zamówienie? – kelner nieświadomie wtargnął wprost  na w pole bitwy.
- Carpaccio z wołowiny, tagiatelle z kaczką, czerwone wino.
-A dla pani?
-Polecam coś lekkiego. – nieznajomy wtrącił się w słowo.
Cathrine przyjrzała mu się z uwagą. Jednak sympatycznie neutralny uśmiech nie zdradzał zbyt wiele.
-W takim razie… sałatka z kozim serem. Woda Pellegrino. Niegazowana. Z lodem.  
Kelner oddalił się pośpiesznie, gdy nagle mężczyzna złapał Cathy za nadgarstek. Odruchowo miała ochotę wyszarpać dłoń, ale równocześnie nie chciała wyjść na  tchórza. Nagła surowa mina mężczyzny potwierdzała, że natychmiastowe opuszczenie lokalu wcale nie było głupim pomysłem. I wciąż nie jest.  
-Po co tu przyszłaś? – zmrużył oczy.  
-Słucham?! -  kobieta odsunęła się od stolika. Tylko na tyle, na ile pozwalała delikatnie, ale jednak trzymana ręka.
-Zdecydowałaś się przyjść. Znasz zasady, więc muszą ci odpowiadać. Dlaczego już chcesz je zmieniać?
- Nie chcę ich zmieniać. – Cathrine przeniosła wzrok z twarzy mężczyzny na swoją dłoń.  
Nadal przytrzymując nadgarstek, mężczyzna drugą ręką zaczął delikatnie dotykać wierzch dłoni. Kilka okrążeń kciukiem po wgłębieniu przerwał nachylając się nad stołem. Nie zważając na siedzących obok gości zaczął powoli całować kolejne opuszki szczupłych palców.
-Przyjemnie?  
-Bardzo… -  szept ledwo poruszył usta znieruchomiałej z zaskoczenia Cathrine.  
Mężczyzna, nie spuszczając wzroku z twarzy kobiety, powoli dotarł do kciuka. Dokończył przesuwając go powoli po swojej dolnej wardze.  
-To dlaczego robisz wszystko, żeby to spierdolić?

373 czyt.
100%44
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 1450 słów i 8749 znaków, zaktualizowała 16 mar o 23:47

Komentarze (4)

 
  • AuRoRa

    AuRoRa 5 kwietnia

    Tajemniczo, ale jednak w to brnie. Zobaczymy co wyjdzie z tej przypadkowej znajomości

  • AlexAthame

    AlexAthame 17 marca

    Tak jak przypuszczałem,  ktoś chciała zmienić zasady.Rybka półknęła przynętę  

  • Somebody

    Somebody 16 marca

    W rzeczy samej fascynujące. I przy okazji ucięte w idealnej chwili... PS. Rozumiem Janet. Też zazdroszczę bohaterce mężczyzny

  • Speker

    Speker 16 marca

    Cholernie fascynujące opowiadanie. Za wcześnie by cokolwiek rokować, ale zapowiada się świetnie.