Carpe diem - cz.10.

Po piątej próbie dodzwonienia się do Janet, Cathrine ze złością rzuciła telefonem na fotel. Z przerażeniem zobaczyła jak odbija się od siedziska i pikuje w stronę podłogi. Z ulgą – że bez dramatu miękko ląduje na niewielkim dywaniku.
Rozejrzała się po niewielkim salonie, typowo dla apartamentów na wynajem, połączonym z aneksem kuchennym. Teoretycznie nie musiała sprzątać, ale wszechobecne szkło po  rozbitych w szale kieliszkach raczej nie kwalifikowało się do standardowego zużycia lokalu. Tak jak i rozlane wino, które łaskawie ominęło materiałowe elementy wyposażenia mieszkania.
Cathy oceniła obraz zniszczeń. Włączyła głośno muzykę w TV i poszła przemyć spuchniętą od płaczu twarz. Płaczu z wściekłości i bezradności.
***


-Nie wierzę, kurwa!- Janet odpalała kolejnego papierosa. – Noo… Masz rację… Potraktował cię jak dziwkę! Dobrze, że nie zostawił kasy…
Kolejne łzy przyjaciółki sprawiły, że z miejsca pożałowała swojego słabego żartu. Rzadko kiedy potrafiła wystarczająco wcześnie ugryźć się w język.  
-Przestań, Cathy… Nie warto. To dupek… - zaczęła gładzić dziewczynę po włosach. Nie do końca ogarniała sytuację, ale już nie miała ochoty  zamienić się z nią miejscami. Nawet jeśli się gdzieś śpieszył, mógł ją po prostu obudzić. A nie wyjść nad ranem, bez słowa. Jak z burdelu.

-Cat, a może on zostawił ci jakąś wiadomość? Karteczkę? Cokolwiek?
-Na pewno nie. Znalazłabym! Wysprzątałam całe mieszkanie. – dziewczyna podniosła opuchnięte powieki.
-Wysprzątałaś mieszkanie? – Janet nieadekwatnie do sytuacji zaśmiała się zaskoczona.
- Tak… Jak zorientowałam się, że mnie zostawił, to ze złości zrobiłam mały Sajgon. Walnęłam tym i tamtym.
-O żesz… Cathy… - Janet pokręciła głową, wpatrując się w przyjaciółkę. To nie było do niej podobne. Do tej pory trzymała fason, chowała wszystko w sobie, gryzła się sama ze swoimi emocjami. Ta znajomość nieźle namieszała jej w głowie. – Musisz być nieźle sfrustrowana…
-Wkurwiona…
-…wkurwiona, nie mogąc nawet do niego zadzwonić.
-I co mi powie? „Żadnych pretensji” ? I że przecież było nam obojgu przyjemnie?  
-A było?
Cathy zmierzyła wzrokiem przyjaciółkę, jakby była najbardziej tępą przyjaciółką na świecie. Choć nie było to aż tak nieprawdopodobne.
-Dobra, głupie pytanie… Jakby nie było, to byś tak nie wyła… - Janet schowała głowę do torebki, ponownie szukając papierosów.  
- Janet…  On nawet… No co ja ci mam powiedzieć? Z jakimś dziwnym przeczuciem obudziłam się w środku nocy. Nie spał. Leżał na boku, wpatrywał się we mnie jak jakiś pieprzony zakochaniec. Dotykał moich włosów i coś szeptał z uśmiechem.  
-Osz, kurwa… Grubo…  
-No to jak ja się mam czuć? Sama powiedz…
-Nic ci nie powiem. Dowiesz się w sobotę.  
-Żadnej więcej soboty! Dosyć! Do-syć!
-Tak, tylko mówisz, a dobrze wiesz, że pójdziesz. – zaśmiała się Janet.
-Nie wkurwiaj mnie! Sama mnie wysłałaś! – Cathy oskarżycielsko wycelowała palec w dziewczynę.
-Jakbyś naprawdę nie chciała, to byś nie poszła! Byłaś ciekawa, co dalej. I teraz też będziesz! Sprytnie to wymyślił! Zero kontaktu, a do soboty przejdzie ci złość lub… pojedziesz tylko po to, żeby mu wygarnąć, że zachował się jak palant.  
-Ok, mogłabym się spotkać ostatni raz, tylko po to, żeby się z nim rozmówić! Ale… wiem jak to się skończy. Nic mi o sobie nie powie... Po prostu znów pójdziemy do łóżka…
-Cholera, brzmi jakbyś się uzależniła. – Janet spojrzała z troską. – Czekaj! Co musiało by się stać, żebyś nawiązała z nim inną, głębszą relację? Żeby chciał, musiał cię bliżej poznać?
-On nie ma takiej potrzeby… Nie mam się co łudzić. Jemu naprawdę chodzi tylko o fizyczność. „Przyjemność”.  
-Musi się zmartwić o ciebie! Wystraszyć! Przecież wiesz, że faceci uwielbiają słabe kobietki!
-Nie będę zgrywać słodkiej idiotki! – Cathy wyprostowała się energicznie  i odchyliła do tyłu.
-Nie, nie musisz! Czekaj! A jakbyś na przykład… nie wiem… zemdlała? Musiałby zawieźć cię do szpitala, być z tobą…
-On nic nie musi! Nawet nie zna mojego imienia! Przywiezie mnie jako no-name’a, powie, że znalazł na ulicy. A później nawet jakby chciał, to nie podadzą mu żadnych informacji… Wyjdzie i wróci za tydzień. Bez sensu! Nie będę mdleć dla jakiegoś dupka!
-Dla jakiego dupka? – Mark, drapiąc się po bokserkach, z debilnym jak zwykle uśmiechem, wparował do kuchni. Mimo popołudnia wyglądał jakby nadal nie odespał sobotniej nocy. I piątkowej. Czwartkowej też nie.
Na widok najnowszego kochanka, tym razem o wyglądzie skinheada, Janet uśmiechnęła się mieszanką podniecenia i wspomnień ostatnich kilkunastu godzin. Nagle jej oczy zaświeciły się jeszcze bardziej. Z pasją zgasiła papierosa.
-Mam pomysł!

360 czyt.
100%32
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 857 słów i 4996 znaków, zaktualizowała 21 mar o 8:49.

2 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 23 marca

    Nie ma to jak dobre rady przyjaciółki .. a nie lepiej użyć własnego "małego rozumku" jak mawiał Kubuś Puchatek? Pozdrawiam

  • Speker

    Speker · 21 marca

    Tekst z zostawinem kasy mnie rozbroił jest ciekawie. Kiedy kolejna część?