Carpe diem - cz.12.

-To było wspaniałe. Dziękuję! – przed wejściem do restauracji Diana wspięła się lekko na palcach i pocałowała Jacka w policzek. Chwycił jej twarz w obie dłonie i przytrzymał przy swoich ustach. Ale Londyn się nie zatrzymał. Wieczorne taksówki kursowały rozwożąc imprezowiczów. Półnagie, podpite dziewczyny szły środkiem chodnika, wykrzykując sprośnie teksty w kierunku zamiatacza ulic z Ghany. Drzwi off licence, gdzie bogobojny muzułmanin, mając za plecami obrazki z wersami Koranu, sprzedawał alkohol, prawie się nie zamykały.
-Czas na ciąg dalszy. – Jack mruknął pod nosem i podał kobiecie ramię.  
-Patrz kurwa jak leziesz, pedale! – ogolony na łyso chłopak w wysokich, wojskowych butach z całą mocą uderzył Jacka lewym barkiem.
- Patrz jak się zataczasz, człowieku!
-Co jest kurwa? Masz problem? – młody odwrócił się i przybrał bojową postawę.
Jack wyciągnął przed siebie jedną rękę, a drugą zgarnął wystraszoną Dianę za siebie.
-Nie ma problemu. Jest ok. – odparł spokojnie.
-Nie wydaje mi się… -  metalowy przedmiot w dłoni młodego odbił światło neonu sklepu monopolowego. Diana krzyknęła ze strachu. Towarzysząca mężczyźnie dziewczyna zaśmiała się złośliwie. Odległość między mężczyznami zmniejszała się z każdą sekundą.
- Hej… Spokojnie…
-Jestem kurwa spokojny! – nóż przeciął powietrze tuż przed torsem Jacka. Przeciwnik zamachnął się za daleko. Odsłonił łokieć, na którym w momencie wylądował but zaatakowanego, wyginając staw w przeciwną stronę. Skinhead wrzasnął, upuścił broń i złapał się za złamaną rękę. Ból skulił go na tyle, że głowa, chwycona oburącz, bez oporu raptownie spotkała się z kolanem Jacka. Młody padł na trotuar.  
-Nie! Mark! -towarzysząca młodemu dziewczyna rzuciła się w jego kierunku. – Cathrine!! – krzyknęła z pretensją do przyjaciółki.
-Co ty do cholery wyprawiasz?! – Diana stanęła pomiędzy mężczyznami.  
-„Cathrine”?!– zaskoczony Jack zrobił krok w tył. - Co ty…?!
Kobieta nie dała po sobie poznać zmieszania.
- Popieprzyło cię?! Musiałeś złamać mu rękę?
Jack doskoczył do niej wskazując znacząco w stronę wijącego się z bólu łysego.
-Znasz ich?!  Co to kurwa ma znaczyć, „Cathrine” ?! – wbił zaskoczony i wściekły zarazem wzrok w twarz dziewczyny.
Bez słowa opuściła głowę, przedstawiając wystarczające potwierdzenie.
-Ja pierdolę… - Jack dotknął ręką czoła i od razu wyciągnął ją w stronę dziewczyny. Przez moment wyglądał jakby chciał coś dodać, ale nagle odwrócił się i z każdym krokiem zaczął rozpływać się w nocnym życiu metropolii.
-Jack! – Cathrine krzyknęła za odchodzącym mężczyzną. W odpowiedzi, bez patrzenia za siebie, podniósł dłoń, stopując dalsze nawoływania.

386 czyt.
100%42
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 475 słów i 2864 znaków, zaktualizowała 23 mar o 23:08.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 24 marca

    O co Jackowi chodzi? Czy to wina Kasi ze jej przyjaciółka nazwala ja po imieniu? Czy chodzi o coś innego. Moze nie zrozumiałem, to proszę mnie oswiecic,  droga autorko  

  • AnonimS

    AnonimS · 23 marca

    Pełne zaskoczenie.