Deszcz cz 5

Nasze najsłodsze zmagania trwały prawie dwie godziny. Czego nie wiedziałem, zostawiliśmy lekko uchylone drzwi naszej sypialni i mimo, że byłem tylko z Dianą, niestety towarzyszyła nam jeszcze jedna osoba i ten fakt spowodował ogromne reperkusje, o czym oczywiście nie wiedziałem, tej nocy.

Otworzyłem oczy. Budziłem się zwykle po szóstej.  
  Pocałowałem jej czoło i wstałem. Po porannych czynnościach założyłem spodnie od dresu i koszulkę. Poszedłem do kuchni przygotować śniadanie dla wszystkich. Pierwsza w kuchni pojawiła się Chloe, pięć minut później Remi.  
- Hej, kochanie. Spałaś dobrze?
- Tak, a ty tato?
- Super.  
Miała na sobie również cienkie dresy i koszulkę.
- Powinnam pobiegać, ale zostało zbyt mało czasu.
- Jak Aisha?
  Popatrzyła na mnie.  
- Jej tata się zmienił. Po prostu stał się milszy. Zadzwoniła zaraz jak przyjechali wczoraj wieczorem do domu.
- Ale nie powiedziała mu?
- Ona czuje, że on wie. A sądziła, że ją zabije...Nie powiedziała. Czeka na najlepszy moment. Musi mieć pewność. Islam nie jest tolerancyjną religią. A Ahmed będzie usiał wybrać miedzy tym, a miłością do niej. Wówczas mu powie.
  Do kuchni wszedł Remi.
- Cześć - powiedział ponuro.
- Miałeś zły sny, synu? - zapytałem zdziwiony.
- Nie, tylko chciałem jeszcze pospać.  
- Niestety wymyślono szkołę - odezwała się Chloe i próbowała go połachatać.
- Zostaw, nie jestem w nastroju do żartów.
- Nigdy nie jesteś.
  Zrobiła minę i odeszła. Diana pokazała się w kuchni.
- Miło, że zacząłeś robić śniadanie, Euri.
  Pocałowałem ją delikatnie w policzek. Subtelnie wydostała się z moich ramion, po czym pocałowała syna, a potem córką. Zadzwoniła moja komórka. Porucznik Morrison.
- Jest kłopot - rzekł sucho.  
  Wyszedłem z kuchni i znalazłem się w salonie.
- Co się stało?  
- Tych dwóch, co pytałeś o rejestrację wozu...
- Co z nimi?  
- Nie żyją. Jeden zastrzelony z bliska, drugi dostał w wątrobę i pewnie zanim wyzionął ducha, poderżnięto mu gardło. Zostało morze krwi. Pierwszy zginął blisko swojego miejsca zamieszkania, drugiego znaleziono w garażu, opuszczonego domu, wiele mil od centrum. Brak świadków.
- Ja tego nie zrobiłem ani nikt z moich ludzi. Przesłuchałem ich wczoraj i kazałem puścić.
- Hajze?
- Nie jest idiotą. To on im kazał obserwować mój dom, dlaczego miałby ich zabijać? Dowiem się ile będę mógł. Są jakeś ślady?
- Czysto. Profesjonalista dużej klasy. Przy tym chyba lubi to robić. Ten z poderżniętym gardłem miał jeszcze inne, bardzo bolesne rany, zadane zanim skonał.
- Cholera. Pogadam z bratem.
  Wróciłem do kuchni. Diana poznała i Chloe chyba też, że otrzymałem niemiłe wieści. Wziąłem żonę za rękę i poszliśmy do sypialni.
- Muszę jechać. Ci dwaj, wczoraj... zabici.
  Diana zasłoniła dłonią usta.
- Hajze?
- Masz intuicję. To on ich nasłał. Powiedział, że góra mu kazała, ale nie wiem czy coś nie kręci. Ale nie zrobił tego.
- Twój brat... on jest bardzo dziwny. Chyba coś ukrywa.  
- A myślisz, że ja nie? Nie mogę się tłumaczyć, ale z perspektywy lat uważam, że mój ojciec był potworem. Dlatego nigdy nie pozwolę, by Remi to robił. A Hajze mu zachwala bycie szefem najbardziej kryminalnej organizacji na Ziemi.
  Popatrzyła na mnie smutno.
- A jednak. Tak czułam. Zabijasz?
  Objąłem ją.
- Kochanie, zostawię to. Zrobię to dla ciebie i dzieci. Czasem muszę postraszyć, częściej informuję. Nie rozmawiam z pionkami. Nie zabiłem nikogo od czasu jak jestem w tym interesie.
- Tylko czy ci pozwolą odejść? Ale dziękuję. Za to i za wczoraj... wiem, że to głupio zabrzmi. Mimo, że tak się stało z Chloe.
- Nie rozumiem.
- Jesteś dobry w środku. Anioł będzie aniołem w środku piekła, a demon pozostanie diabłem i przed tronem Boga.
- Nie jestem aniołem.
- Jesteś, tylko jeszcze nie wiesz.
  Pocałowała mnie krótko w usta.
- Jedź i uważaj na siebie.
  Wróciła do kuchni, a ja zacząłem się ubierać, a kiedy to zrobiłem, wszedłem do kuchni i pożegnałem dzieci, tłumacząc, że muszę jechać. Remi chyba się uśmiechnął, a Chloe była bardzo smutna. Poczułem ból, widząc jego kwaśny wyraz twarzy. Niby się uśmiechał, częściowo jakby kpił, z pewnością nie dostrzegłem niezadowolenia na jego twarzy.
- Wybaczcie dzieci, muszę lecieć. George przyjedzie po was, piętnaście po siódmej.

Pięć minut później wyciskałem z mojego suv, wszystko co miał pod maską. Tym razem nie używałam niebieskiego światła.  
  Chmury ciężko wisiały nad miastem. Zbierało się na deszcz. Dotarłem pod wskazany adres. Stały dwa policyjne wozy. Kręciło się kilka osób, dostrzegłem dwóch cywili.  
Porucznik odkrył czarny brezent. Denat nie wyglądał zbyt pięknie. Po dziesięciu minutach przyjechał Hajze. Po jego minie widziałem, że jest równie zaskoczony jak ja.
- Dzwoniłem do centrali. Też nie wiedzą kto to mógł zrobić. Mamy problem.
- Dobrze, że przyjechałeś. Spotkamy się w biurze, bo muszę z tobą porozmawiać.
- Chyba wszystko wyjaśniłem...  
- Nie. Chodzi o Remiego.
- Mądry dzieciak...
- Porozmawiamy tam - powiedziałem mocniej.
  Uśmiechnął się dziwnie i pokręcił głową.

Po drodze myślałem jak przeprowadzić tę rozmowę. Byłem na niego zły, ale miałem też do niego uczucie. Kochałem go tak samo jak Dianę i dzieci, ale oczywiście inaczej.    
  Kiedy wjechałem na górę, zastałem tam tylko Betty.  
Moja, a poprzednio sekretarka ojca, liczyła czterdzieści dziewięć lat. Zaczęła pracować u Josepha Parkera, w wieku lat siedemnastu. W ostatniej woli zapisał, żeby nadal pracowała dla firmy. Betty Colman najpierw nie chciała, ale potem zmieniła zdanie. Początkowo Hajze sam prowadził ten rodzinny interes, a dopiero po moim powrocie z Japonii, zaczęliśmy ciągnąć to wspólnie.  
  Nasza sekretarka usiała być piękną kobietą i nadal nią pozostała. Jasna cera, jasne blond włosy i bladoniebieskie oczy, tworzyły obraz typowej, chociaż niezwykle urodziwej Angielki.  
- Dzień dobry, Betty.
- Dzień dobry, panie Parker.
  Miała lekki smutek w oczach. Zresztą to widziałem wielokrotnie. Czasem próbowałem coś się dowiedzieć o jej życiu prywatnym, ale w subtelny sposób unikała rozmów na jej temat. O ile wiedziałem, pozostawała samotna. Miała tylko sznaucera z tych mniejszych. Właśnie jego zdjęcie zdobiło biurko, za którym pracowała. Pies miał już dwanaście lat.
  Pojawił się mój brat.
- Dzień dobry, Betty - przywitał ją również.
- Dzień dobry, Hajze.
- Mamy coś do pogadania z bratem, gdyby ktoś dzwonił, nie łącz. Nawet jeżeli byś miała kogoś z zarządu - powiedział Hajze.
- Dobrze, Hajze.
  Nie zwróciłem uwagi, że tytułuje go po imieniu, a mnie, inaczej. Weszliśmy do mojego pokoju.
- To czego jeszcze ci nie wyjaśniłem? - zapytał brat.
- Chodzi mi o Remiego. Nie chcę, żebyś mu pokazywała w różowych barwach nasz interes. Wydawanie rozkazów do zabijania ludzi nie jest ani miłe ani dobre.
- Ale jemu się to podoba...
  Puściły mi nerwy. Błyskawicznie podskoczyłem do niego i złapałem za klapy idealnie skrojonej marynarki z doskonałej wełny.  
  Nadal się uśmiechał.
- Puść mnie - powiedział cicho.
  Rozluźniłem uścisk.
- To jeszcze dziecko. A dziećmi łatwo się manipuluję. Mam do ciebie uczucie, ale ostrzegam cię, żebyś przestał. To mój syn, a nie twój.
- Skąd wiesz - szepnął z uśmiechem.
  Nie powinien tego powiedzieć. Hajze był dobrze zbudowany i wysportowany, ale nie miał najmniejszych szans ze mną w jakimkolwiek starciu. A jego słowa uruchomiły adrenalinę w moim ciele i to w sposób wybuchowy. Rzuciłem nim w kierunku ściany. Zobaczyłem złość w jego oczach.
- Chcesz mnie pobić, proszę - zebrał się z podłogi.
- Przepraszam, ale jesteś bezczelnym skurwysynem.
- Co masz do naszej mamusi?
  Naprawdę przeginał. Stąpał po brzegu krateru z paląca się lawą.
- Hajze, miarkuj się. Odpierdol się od mojej rodziny. Jesteś stryjem dla Remiego i Chloe, ale nie masz prawa nim manipulować! Czy to jest jasne?
- Dobra, nie musisz szaleć. Oczywiście, że Remi jest twoim synem. Żartowałem.
- Bardzo głupi żart. Nie wiem jak ty, ale ja mam nienawiść do Josepha Parkera, za to co ze mnie zrobił.
- Każdy ma wybór, braciszku. Ja jestem zadowolony z faktu, że robię co robię. Chciałem ci tylko przekazać sugestie zarządu. Oni nie chcą byś odchodził. Wiesz co będzie jak to zrobisz, prawda?
- Co?! Zabiją mnie? A może ja polecę do Nowego Jorku, zabiję ich i spalę budynek Syndykatu aż do fundamentów?  
  Zrobił kwaśna minę i rzekł.
- Skoro tak, rób jak chcesz. Jak mówiłem wczoraj, nie chcę dla ciebie źle.  
- Jeszcze to przemyślę, a ty skończ z mieszaniem w głowie mojemu synowi.
- Dobra. Ty przemyślisz, a ja przestanę.
  Nie zabrzmiało to dobrze, ale nie chciałem zadrażniać i tak niezbyt miłej sytuacji.  
- Zgoda? - wyciągnąłem dłoń w jego kierunku.
  Ociągał się chwilkę, ale w końcu również podał dłoń. Chciałem go przytulić, bo poczułem się naprawdę źle, ale tego nie zrobił.
- Daruj sobie. Najpierw mi grozisz, a za chwilę chcesz tulić.  
  Pokręcił głową.  
- Porozmawiam z nimi. To moje życie. Nie podpisywałem umowy na życie, z zarządem.
  Tylko spojrzał. Nie za bardzo podobało mi się jego spojrzenie, ale spasowałem.
- W przyszłym tygodniu lecę do Singapuru, a potem do Tokio. Jesteś mile widziany w moim domu, tylko pamiętaj o co cię prosiłem.
- Wiesz, co bracie? Nie jestem głupi. I również czuję. Tylko Remi mnie lubi. Macie ochronę. Będę miał inne zajęcia.  
  Poczułem żal. Może niepotrzebnie się uniosłem, ale naprawdę przesadził. Z drugiej strony, chciałem go uderzyć i dobrze, że do tego nie doszło.  
- W takim razie, możesz gdzieś zabrać Remiego, pewnie się ucieszy. Ufam ci, że dotrzymasz słowa.
- Dobrze. Jestem z nim szczery. Jeżeli zapyta, odpowiem jak jest.  
- W porządku. Jak sądzisz, kto zabił tych ludzi.
  Momentalnie zmienił wyraz twarzy.
- Już ci mówiłem, że nie mam z tym nic wspólnego. Powiedziałem prawdę. Ramirez wydała polecenie, to się dostosowałem. Może to ta zdzira zrobiła, oczywiście nie swoimi rękami.
- Nie lubisz jej?
- Przecież to suka. Zimna, wyrafinowana. Brzydka i złośliwa lezba.
- Skąd wiesz?
- Nie udawaj, że ty nie wiesz. Zabiła więcej ludzi niż ty i ja, zanim wskoczyła do zarządu. Wiele razy więcej. To demon.
- My też nie jesteśmy aniołami.
- Ty jesteś, tylko jeszcze nie wiesz.
- Poczułem uderzenie gorąca. To samo powiedziała mi Diana. Wyobraziłem sobie na chwilę ją w jego objęciach. Nie! To niemożliwe. Ale teraz chodziło o drugą sprawę. Być może powiedział to z innego powodu. Lubiłem wyjaśniać wątpliwości od razu.
- Diana powiedziała mi wczoraj dokładnie to samo.
- Bo to prawda. Jesteś świetny w tym co robisz, ale środek twojej duszy, cierpi. Zrobię wszystko, by ci pomóc. Porozmawiam z nimi.
  Poczułem się lepiej. Może był i bezczelny, ale chyba również miał do mnie uczucie.
- Hajze, powiedz mi prawdę, odnośne Remiego. Obiecuję nie wybuchnąć. Chcę wiedzieć...
   Podszedł do mnie powoli.
- To cię zaboli. Naprawdę chcesz tego?
- Powiedz.  
- W moim odczuciu Remi jest jak nasz ojciec, to dlatego. I ty nie zmienisz tego. Niektórzy ludzie rodzą się źli. Ja jestem pomiędzy, ty jesteś aniołem.
- Chcesz powiedzieć, że Remi jest demonem?
- Ty to powiedziałeś, nie ja.
  Usiadłem ciężko i chwyciłem głowę w dłonie.
- Boże - szepnąłem.
  Hajze spojrzał na mnie i poszedł do swojego pokoju. Siedziałem tak kilka dobrych minut. Moje serce przeszywał ostry ból...

Następne dni minęły bez żadnych niespodzianek. Remi zachowywał się bez zarzutu. Grał w szachy z Georgem i dwa razy go ograł i raz zgodzili się na remis. Spędził sobotnie popołudnie ze stryjkiem. Niedzielę spędziliśmy wszyscy razem, to znaczy Diana, Remi i Chloe. Moja córka gościła prawie całą sobotę w domu Aishy.
  Chciałem poświęcić im wiele czasu, bo w następnym tygodniu, leciałem do Azji.
Odlot nastąpił we wtorek.

Singapur jest niezwykłym miastem. Czystym, bogatym. Ma jeden z najlepszych systemów komunikacyjnych na świecie. Zatrzymałem się w Mariocie. W czwartek spotkałem Wanga. Urządzono dla mnie małe przywitanie i obiad, to znaczy on i jego najważniejsi współpracownicy. Sala gdzie mnie goszczono aż kapała złotem. Marmury, dywany najlepszej jakości i meble z XXII wieku. Piękne, pewnie Tajlandki, tańczyły w egzotycznych strojach. Kawior, szampan dobrej klasy. Chcieli chyba zrobić dobre wrażenie.
- Wie pan dlaczego się spotykamy - zacząłem, kiedy zostaliśmy sami.
  Poprowadził mnie sam do swojego gabinetu. Tego również mogłem pozazdrościć, gdybym posiadał takie uczucie. Przez wielkie okno rozciągał się widok na miasto-państwo. Wang nosił garnitur z przedniej wełny, a o kanty jego spodni, mógłbym się skaleczyć.
- Oczywiście. Zarząd ma zastrzeżenia co do mojej lojalności. Taka jest oficjalna wersja. To jest interes. Zły, ale przynoszący zyski. A oni sądzą, że jestem głupcem. Jestem lojalny, ale nie dam się skubać. Proszę im to przekazać. Możemy nadal współpracować. A jak dalej będą próbować mnie wykorzystywać finansowo, to niech wiedzą, że nie przyszedłem na świat, wczoraj. A jeżeli wybiorą wojnę, to dam im ją. Nie jestem sam.
- Muszę zapoznać się z danymi. To mocne słowa. Nie wspomnę ostatniego zdania.
- Może pan mówić co pan chce. Mieliśmy maszyny bojowe, kiedy wy używaliście kamieni. Nie hodujemy róż. Proszę pozdrowić Hajze. On ma większe rozeznanie odnośnie zarządu, niż pan.  
- O czym nie wiem, a co dotyczy zarządu, panie Wang?
- Sądzi pan, że najwięcej ma tam do powiedzenia Colins. Tymczasem ta dziwka Ramirez, chce go wykończyć i albo jej się uda albo Morgan na tym skorzysta.  
- Wielu ludzi nie lubi panienki Ramirez - rzekłem wspominając słowa brata.
- Wielu? Wszyscy. To wcielony diabeł i urodę również po nim odziedziczyła. Wie pan co jest jej działką? Handel dziećmi.  
- Ja tym się nie zajmuję.
- To najlepszy interes, pana brat jest mądrzejszy od pana.
- Co mam przez to rozumieć?
- Że on wie na czym się zarabia.
  Poczułem jak krew odpływa mi z twarzy. Hajze macza w tym palce?
- To niemożliwe, mam wgląd w jego interesy.
  Wang się brzydko uśmiechnął.
- W te, które on chce, żeby pan miał. Nie mam całego dnia. Leci pan do Japonii? Proszę uważać na Hitaru. To szaleniec.  
- Mam interes do Miramoto.
- Tylko uprzedziłem. Do zobaczenia.
  Wyszedłem pospiesznie.  

Chciałem kupić kilka drobiazgów dla dzieci i żony. Koniecznie musiałem sprawdzić, czy Wang mówił prawdę o Hajze. Z drugiej strony mój brat już dawno skończył osiemnaście lat. Tylko to, o czym mnie poinformował Chińczyk, rzucało kolejny cień na mojego brata.  
  Pomyślałem chwilkę o ojcu. Miał wpływy. Spodziewano się, że to on stanie na czele zarządu w tamtym czasie. Mieli wypadek. Samochód uderzył w mur, z powodu wady układu kierowniczego. Zginął na miejscu, wraz z matką. Lubił ostrą jazdę i to go zgubiło. Trzy komisje badały wrak wozu i nie znaleźli ingerencji kogoś z zewnątrz. W takiej profesji ma się wrogów, a Joseph Parker nie należał do ludzi ugodowych.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i dramaty, użył 2828 słów i 15387 znaków, zaktualizował 10 lip o 16:54.

2 komentarze

 
  • Almach99

    Dobre opowiadanie. Bardzo smutne w tle.  
    Spodobalo mi sie to okreslenie. Ludzie rodza sie aniolami lub demonami. I nie ma pozniej znaczenia co robia w zyciu. Ramy otoczenia,  kulturowe czasem pomagaja trzymac zlego czlowieka w jako takich pozorach normalnosci. Czasem.

  • AlexAthame

    @Almach99 Pewnie cos w tym jest. Niektórzy upatrują to w genach. Jeżeli lubisz klasykę jest taki stary film Kot o dziewięciu ogonach. Woski, bardzo dobry. W końcówce już wiadomo dlaczego taki tytuł dałem. Być może ktoś dojdzie wcześniej. Będzie się sporo działo. Użyłem dużo później zwrotu z filmu Grobowy kamień. Western, klasyka. Jeden z bohaterów pyta dlaczego tamten był taki zły. A drugi odpowiada. On się mścił. Za co? Za to ,że się urodził. Ale nigdy tak nie jest. Zawsze jest jakiś powód. Dla innych błahy, a dla tego kogoś wilki jak cały wszechświat. Polecam ci Przemieszczające się obrazy. Krótkie, jedna cześć. Dzięki że jesteś nadal wiernym czytelnikiem.  :przytul:  :smile: Pozdrawiam.

  • Almach99

    @AlexAthame postaram sie kiedys obejrzec. W wolnej chwili :kiss:

  • Choc

    Świetne.
    Czekam z niecierpliwością na dalszy ciąg.

  • AlexAthame

    @Choc Bardzo dziękuję za odwiedziny i komentarz. :smile: