Ostry dziki zachód, cz II.

Wąsaty szeryf był na tyle przyzwoity, iż pozwolił obojgu ubrać się, zanim wyprowadził ich na zewnątrz drewnianej rudery. Nie kłamał - na zewnątrz w rzeczy samej stało i czekało czterech mężczyzn podśmiechującyh się i pożądliwie wlepiający gały w młodą kowbojkę. Bandycie nie podobało się to, miał złe przeczucia. Znał ten typ - młodzi i grubiańscy, pseudo praworządni oprawcy wykorzystujący swój status quo w służbie prawa. Prawdziwe świnie. Jeżeli tak ma wyglądać wymiar sprawiedliwości, to przy tych typach był aniołem. Niewiele ich różniło od przestępców, których tak zawzięcie ścigali. Bandyci z odznaką.  
  Spojrzał na kowbojkę, zauważył niesmak i obrzydzenie na jej twarzy. Myślała o nich dokładnie to samo. Zaczęło się w nim gotować, martwiąc się o przebieg ich aresztu. W głębi duszy wiedział, że prędzej czy później zostanie złapany lub zabity. Miał tylko nadzieję, iż łowcy będą na tyle przyzwoici by nie afiszowali się swoją przewagą. Był bandytą, mordercą, złodziejem - to prawda - niemniej nigdy nie znęcał się nad swoimi ofiarami. Jego celem nie było zamordowanie jak największej ilości niewinnych ludzi dla zabawy, tylko łatwa okazja do rabunku. Kowbojka również, nie należała do sadystów. Oboje wybrali ten styl życia dla przetrwania i nigdy nie myśleli o sobie jako złych ludziach.
  Szeryf z bujnym wąsem, z całej piątki wydawał się najbardziej przyzwoitym facetem, pełnym honoru. Zastanawiało go, czy szeryf, jest w stanie poskromić czterech napalonych młodych samców zanim zrobią coś głupiego, wbrew woli młodej uwięzionej kobiety.
- Wchodźcie - rozkazał bandytom otwierając żelazne drzwi wozu więziennego.
- Dokąd nas zabieracie? - spytał bandyta
- To nie ma znaczenia, gdziekolwiek dojedziemy będzie na was czekać cela i szubienica.
Jeden z młodszych pomocników podszedł od tyłu do kowbojki, klepiąc ją w tyłek i ściskając. Kowbojka obróciła się szybko, wymierzając solidny cios pięścią w nos odrzucając zboczeńca z odznaką w tył.
- Ostra jesteś, lubię takie - Śmiał się oblizując obrzydliwie swoje popękane usta, masując nos.
- Michael, odsuń się i na konia! - Skarcił szeryf młodego, jednocześnie wpychając kobietę do środka  - Szybko wsiadaj już do wozu i żadnych takich numerów!
    
  Żelazne drzwi odcięły ich od świata zewnętrznego. Jedynie niewielki prześwit w małym okienku, sączyło odrobinę światła słonecznego wewnątrz wozu. Było duszno, nagrzane od słońca żelazne ścianki szybko wymęczyły więźniów. Gdyby upał nie był wystarczającym dyskomfortem, przez wiele godzin odmawiano im wody i pożywienia, a wóz podskakiwał obijając uwięzionych po wszystkich kątach. Wieczorami było odrobinę znośniej, kiedy stróże prawa zatrzymywali się na noc by rozbić obóz na nocleg, a skwar ustępował chłodniejszemu nocnemu powietrzu. Podróżowali w ten sposób przez kilka dni. Nie potrafili zliczyć, wyczerpani do reszty. Często słyszeli przytłumione przez ściany, lecz głośne sprzeczki szeryfa z czterema młodymi pomocnikami, kiedy tylko ci chcąc przedrzeźnić więźniów stukali uporczywie w ścianki. Bandyci niewiele rozmawiali ze sobą w tych warunkach przez ostatni czas. Nie wiedzieli gdzie się znajdują, a ich nastroje wymarły wiedząc, że to jest już ich koniec. Przez małe okienko dostrzegli zmianę sceneri z pustynnej na stepową by w końcu wjechać, w coraz bardziej zagęszczający się las. Cień wysokich drzew dał im odrobinę ulgi, cela na kołach już się nie nagrzewała tak silnie. Byli jednak coraz słabsi bez wody, ani jedzenia. Szeryf ostatecznie nie był wcale takim pełnym honoru, jakim się wydawał. Bandyta traktował swoich zakładników z dużo większą opieką, w swojej przestępczej kairerze. Nocą nie mogli zasnąć, siedzieli w milczeniu wpatrując się w pustą przestrzeń.
- Las - powiedział.
- Co? - Podniosła głowę zmęczona.
- Tu możemy ich łatwo zgubić,  jeśli tylko choć na chwilę wypuszczą nas na zewnątrz - odpowiedział wpatrując się w dal przez małe okienko.
- Być może, ale nas nie wypuszczą... nie wypuścili przez ostatnie dni to i teraz nic takiego się nie stanie... - Opuściła głowę, jej głos się załamał , a po policzkach pociekły łzy.
- Hej, hej spokojnie... wszystko będzie dobrze mała - Próbował pocieszyć kobietę przytulając ją do siebie.
Objęła go, wtulając się w jego klatkę piersiową i płacząc.
- Ciii, spokojnie, uda nam się uciec, zobaczysz - Głaskał ją po głowie, próbując choć trochę ukoić jej nerwy - To jeszcze nie koniec naszych przygód. Jeszcze poczujesz wiatr we włosach w dzikim pędzie na koniu. I zmieniłem zdanie, nie wydam Cię nikomu.
Zaśmiała się przez łzy.
- Ale ja Ciebie tak - odpowiedziała.
- To mnie wydasz komu chcesz, ale najpierw Cię stąd wyciagnę - Pocałował ją w czoło i podszedł do drzwi rozbudzając w sobie gniew dla odrobiny energii. Był gotów zawalczyć o ich wolność.  
- Hej! - krzyknął kopiąc bosą stopą w drzwi - Co tam robicie w namiocie? Śpicie w piątkę, pieszcząc się po francusku?
- Michael! Już wylizałeś szeryfowi wąsa pod nosem i nad fiutem? - krzyczał waląc w drzwi coraz mocniej. Liczył, że uda mu się ich sprowokować - Wystrzelił już swoją personalną dubeltówką ze swoich spodni na Twoją twarz?
Zaparł się rękoma po obu stronach wozu próbując rozkołysać budę, okazjonalnie kopiąc w drzwi. Próbował narobić hałasu i uprzykrzyć im noc.
- Wiem, że nie śpicie, takie chłopaki jak wy tylko czekają na noc igraszek pod namiotem.
Nie mógł w to uwierzyć, ale podziałało. Wrażliwe ego zbyt pewnych siebie młodych chłopaków pociągnęło ich do działania. Usłyszał jak otwierają zamek żelaznych drzwi, które otworzyli na oścież. Stała ich cała czwórka, lecz bez szeryfa. Zastanowiło go gdzie się podział, choć czterech to zawsze łatwiej niż pięciu do zabicia.  
   Michael celował rewolwerem w bandytę, a trzej koledzy stali po bokach. Wszyscy z gniewnym grymasem na twarzy.  
- Wysiadaj! - rozkazał kiwając głową - wysiadaj kurwa!
Pomimo ciemności lasu i tylko bladego światła ogniska mógł dostrzec całą czerwoną, wręcz bordową od gniewu twarz Michael’a.
- Nie, nigdzie nie wysiadam śmieciu - Splunął na twarz młodego Michael’a.
Dwóch osiłków dosięgnęło bandytę wyszarpując go z wozu i rzucając na ziemię. Zaczęło się bicie. Kopali osłabionego bandytę we czwórkę, kazali mu uklęknąć i każdy na przemian oddawał silny cios pięścią w twarz. Liczył na taką zadymę, lecz był zbyt osłabiony na walkę, każdy cios otumaniał go coraz bardziej.
- Takiś dowcipny?! Mamy chwilę czasu, zanim szeryf wróci to się zabawimy z Twoją panną, ma świetną dupę - powiedział Michael przykładając lufę do skroni bandziora, trzymając go za włosy, by się przyglądał całemu zdarzeniu.
Pozostałych trzech , wyszarpało kobietę z wozu. Krzyczała, bała się i próbowała bronić, kopiąc i szarpiąc, bezskutecznie. Mężczyźni zaczęli rozrywać przepoconą koszulę kobiety. Stała pół naga, odkrywając nagie piersi i tym samym rozjuszając napastników bardziej swoimi wzdziękami. Michael podniecony sytuacją, wyjął ze spodni swojego członka masturbując się i wciąż celując w głowę więźnia. Za bardzo skupił się na oglądaniu całego wydarzenia, bandyta wykorzystał tę okazję będąc na granicy wybuchu z wściekłośc,i widząc jak brutalnie traktują młodą, bezbronną kobietę. Szybkim ruchem rąk chwycił Michael’a za ramię z rewolwerem i przerzucił przez bark do przodu. Młodzieniec upadł na plecy, a z jego dłoni został wyszarpany rewolwer. Rozległ się głośny huk.
   Michael wrzeszczał, wył i klnął, płacząc w bólu próbując zatamować silnie krwawiącą ranę po odstrzelonym fiucie. Po chwili, na zawsze zamilkł z dymiącą dziurą między oczami.
Trzej napastnicy - dwóch trzymających kobietę za ręce, trzeci próbujący siłą zerwać z niej spodnie - odwrócili głowy będąc w szoku widząc martwego kolegę i bandytę stojącego nad nim z rewolwerem w dłoni. Facet od spodni został kopnięty przez kobietę prosto w krocze, aż zawył, by po chwili upaść w tył kopnięty jeszcze raz zamaszystym kopnięciem piętą w szczękę, gdy się schylał z bólu. Napastnik po jej lewej padł martwy dostając kulką w łeb. Mężczyzna po prawej próbował szybko wyjąć swój pistolet z kabury, lecz kowbojka była szybsza wyciągając jego broń. Postrzeliła go cztery razy w klatkę piersiową, aż padł martwy. Uklękła przy zwijającym się z bólu jąder stróżu prawa, wsadzając mu lufę w usta i pociągając za spust. Dyszała ciężko, była brudna od ich krwi, która spływała po jej nagich piersiach.  
   Ta kobieta była bestią, potrafiła walczyć. Bandzior był podniecony widokiem kobiety w akcie zimnej zemsty, całej we krwi jej oprawców. Patrzyli na siebie przez chwilę i rzucili w objęcia całując się. Odczuli wielką ulgę, będąc ponownie na wolności.  
   Kowboj poczuł na potylicy zimną, grubą lufę dubeltówki, a kobieta zamarła widząc to. Szeryf wrócił z lasu.
- Zabiliście... ich... kurwa... - wysapał łamiącym się głosem, był przerażony - Zatłukę was...
-  Próbowali ją zgwałcić, chyba rozumiesz, że musieliśmy ich zabić - odpowiedział spokojnie, podnosząc powoli ręce do góry.
- BZDURY!!! Oni?! Nigdy by tego nie zrobili! - wrzeszczał szeryf.
- Jak myślisz, dlaczego jestem cały pobity, a ona stoi z piersiami na wierzchu, na zewnątrz wozu? - spytał - Wasza odznaka jest gówno warta.
Padł strzał...


   Szeryf upadł na ziemię bez życia, a z jego skroni obficie sączyła się krew.  
Kowboj i kowbojka stali jak wryci patrząc na siebie w szoku, nie dowierzając w zaistniałą sytuację. Odwrócili się w kierunku, z którego padł strzał z głębi lasu, między drzewami, celując w ciemność. Nie mogli dostrzec niczego w cieniu gęstego lasu.
- Kto tam! - krzyknął bandyta oczekując odpowiedzi - pokaż się!
- To odłóżcie broń! Uratowałem wam życie, czy to powód dla którego chcecie mnie zabić? - odpowiedział głos zza drzew - Gdzie wasza wdzięczność?!
Partnerzy w zbrodni spojrzeli na siebie i zgodnie opuścili broń, wciąż jednak będąc w gotowości do strzału. Kowbojka zebrała podartą koszulę z ziemi i zakryła nią piersi przed tajemniczym jegomościem wyłaniającym się z lasu.
   Mężczyzna w kapeluszu z karabinem opartym na ramieniu, przechodził nad martwymi ciałami, paląc papierosa i przyglądając się trupom.
- Bardzo brudna robota - Westchnął przyglądając się martwemu szeryfowi - Nieźle walczyliście, ale byliście głupi zapominając o szeryfie.
- Kim jesteś? Dlaczego nam pomogłeś? - spytała, a brodaty mężczyzna zwrócił się w jej stronę.
- A może to im chciałem pomóc i celowałem w jego głowę. I upss, źle trafiłem - Zaśmiał się.
- Jestem Arnold, łowca głów. Śledziłem wasz konwój przez kilka dni, byłem ciekawy kogo wieźli. Wkurza mnie, kiedy ktoś zabiera mi robotę i czekałem na okazję kiedy was odbić i wydać dla siebie, ale... - Obydwoje wycelowali w niego ponownie - ale zmienilem zdanie. Nie podobało mi się to co chcieli zrobić. Jeżeli to jest sprawiedliwość, to dobrze, że są martwi.
- I nagle nie chcesz nas wydać? Jakie mamy szczęście - odpowiedział bandyta z sarkazmem.
- Sarkazm Ci nie służy kolego. Macie szczęście. Tak, wciąż chcę was wydać, ale mam dzisiaj dobry dzień dla dobrych uczynków, dlatego dam wam propozycję nie do odrzucenia. Powtarzam, absolutnie nie do odrzucenia.
Patrzyli na niego z ciekawością.
- Wyjedziecie z tego stanu i nigdy tutaj nie wrócicie. Ba, nawet sam was eskortuję do granic. Jednak, kiedykolwiek tutaj zawitacie ponownie, a wiem, że prędzej czy później wrócicie, to wtedy was zabiję. Z drugiej strony, jestem ciekawy ludzi, więc z przyjemnością was ugoszczę na noc i posłucham waszej historii.
Propozycja była podejrzliwa, jednak wydawał się uczciwy i byli spragnieni wygodnego łóżka, dobrej strawy i kąpieli.  Zgodzili się, opuścili swoje bronie.
   Rozkradli wszystko co się dało z rzeczy po martwych stróżach. Odzyskali swoje bronie i cały dobytek, jednocześnie dorabiając na tym parę dolarów z kieszeni nieboszczyków i parę innych przydatnych przedmiotów. Wyruszyli w drogę w głąb lasu na koniach.


                                                                      ***


   Jechali przez kilka godzin w mroku. Dotarli do niewielkiej chaty myśliwskiej Arnolda w samym sercu dzikiego lasu późnym wieczorem. Dwójka uciekinierów skorzystała z gościnności łowcy, częstując się ciepłym gulaszem i korzystając z kąpieli w wielkiej okrągłej, drewnianej wannie. Wzięli kąpiel we dwojkę, czuli się bezpieczniej w swoim towarzystwie. Na przemian delikatnie obmywali sobie plecy, czyszcząc dokładnie swoje ciała i wędrując dłońmi, podziwiając dotykiem swoje rzeźby. Chcieli się kochać, jednak obecność łowcy w domu i doświadczenie niedawnych wydarzeń, pohamowało ich żądze. Wychodząc z kąpieli i przyglądając się swoim nagim, wilgotnym ciałom, brakowało pieszczot.  
   Wchodząc z powrotem do głównej izby, dostrzegli, iż Arnold zniknął. Skorzystali z okazji nieobecności łowcy. Chcąc nie chcąc, możliwość bycia przyłapanym podnieciła ich, czując się mimo wszytko całkiem bezpiecznie w towarzystwie Arnolda. Kowboj zbliżył się do kowbojki, zdejmując z niej ubrania by ponownie ujrzeć ją nagą po kąpieli. Kowbojka również pomogła rozebrać się obolałemu po biciu kowbojowi. Ściągając mu spodnie, klęcząc przed nim chwyciła jego członka i wsadziła sobie w usta, pieszcząc go językiem i ssąc. Było mu przyjemnie, wplótł dłoń w jej mokre włosy i delikatnie poruszał w podnieceniu swoimi biodrami , synchronizując się z ruchem głowy kobiety. Po chwili podniósł ją do góry i pchnął na sofę pod ścianą. Rozchylił jej nogi i językiem przystąpił do uczty, liżąc jej wargi sromowe, oraz łechtaczkę. Poczuł jak wilgotnieje, jak łechtaczka delikatnie nabrzmiewa, jak płytko oddycha z cichymi jękami. Kontynuował przez dłuższy czas, rozpalając partnerkę do białości, pieszcząc przy tym dłońmi jej piersi. Sutki stwardniały, którymi delikatnie się bawił i podszczypywał. Musieli odreagować poprzednie wydarzenia. Wszedł w nią, wyginając jej nogi ku jej głowie. Swoje kolana miała prawie przy uszach, tym samym odsłaniając się do głębokiej penetracji. Wchodził w nią, delektując się rozkoszną wilgocią i ciepłem, patrząc w jej oczy. Objęła go nogami w pasie i również poruszała biodrami, chcąc wcisnąć w siebie jak najwięcej jego ciała.  
   Zatrzymali się na chwilę usłyszawszy ciche dyszenie, które nie pochodziło od nich. Odwrócili się w kierunku dźwięku i ujrzeli Arnolda stojącego w progu drzwi do salonu, z dłonią wsuniętą w spodnie, pieszczącego swojego fiuta. Cały czas obserwując nagich kochanków z fiutem w mokrej cipce.
- Wybaczcie mi tą niezręczność, ale to jest po prostu przepiękny widok was obu w tym akcie, nie mogłem się powstrzymać... - Zawstydził się Arnold zwalniając ruch dłoni w spodniach.
Partnerzy parskęli śmiechem, zaskoczeni widokiem. Nie spodziewali się tego, spojrzeli na siebie próbują odczytać swoje myśli i zwrócili się do Arnolda.
- To może dołącz do nas w tym przepięknym akcie - Zachęcali.
Arnold zawachał się na chwilę, lecz oni czekali na jego ruch. Pośpiesznie ściągnął swoje buty, koszulę oraz spodnie rozbierając się do naga. Zeszli z sofy, kowbojka podeszła na czworaka do łowcy, a bandyta idąc za nią i trzymając za włosy niby prowadząc w jego kierunku. Zaczęła zabawiać językiem fiuta ich wybawiciela, w dłoni trzymając penisa bandyty stymulując go ręcznie. Na przemian zabawiała się obydwoma, podniecając ich do reszty. Zgodnie obydwoje podnieśli ją z podłogi pod ramię i oparli o stół, gdzie wypięła swój tyłek podniecona wizją bycia rżniętą przez dwa różne fiuty. Najpierw wszedł w nią łowca ściskając tyłek, a bandyta uklękł z rozkrokiem przed jej twarzą na stole. W jej mokrej cipce ślizgał się członek, a w ustach drugi. Łowca przyglądał się jak czule obsługuje się fiutem nowgo kolegi, podniecając się przy tym i wchodził w nią coraz szybciej, powoli dochodząc. Kobiecie również niewiele brakowało, nie mogła się już skupić na ssaniu i próbowała dokończyć dłonią ściskając ją coraz mocniej z niekontrolowanego podniecenia. Doszedł w niej i jeszcze przez chwilę starał się poruszać, próbując zaspokoić kobietę. Pomógł mu bandyta zastępując jego miejsce, wchodząc w nią głęboko i rytmicznie. Arnold pozwolił sobie wepchnąć swojego fiuta w jej usta by dopieściła go jeszcze trochę. Doszła z fiutem w ustach i mokrej cipce wbijając się paznokciami w uda łowcy. Bandyta skończył chwilę po niej. Panowie nie mieli jednak dosyć i na przemian posuwali ją jeszcze po dwa razy, serwując sobie i kowbojce po jeszcze dwa intensywne orgazmy. W chatce zrobiło się duszno i wszyscy zrobili się wiglotni delikatnie się pocąc.  
   Przenieśli się na podłogę, gdzie obaj dżentelmeni leżeli na plecach, a kowbojka ujeżdżała ich na przemian niczym jeździec na dzikm rumaku, podskakując na jednym i drugim penisie pełna ekstazy. Ostani orgazm był bardzo intensywny na fiucie bandyty. Wbiła się paznokciami w jego klatkę piersiową, drapiąc głęboko do krwi w dół ciała, a pochwa silnie zacisnęła się na członku, tak jak i uda coraz silniej ściskając jego biodra. W spazmie ekstazy, jej biodra poruszały się bardzo szybko, trzęsąc nią całą, a z jej ust wydobył się głośny okrzyk szczytowania. Po chwili opadła zmęczona na klatkę bandyty i powoli zasypiała. Bandyta delikatnie gładził ją po plecach, a Arnold po jej nogach. Położyła się pomiędzy nimi, a panowie wtulili się w nią obaj z obu stron, obejmując ją i zasypiając w dzikim trójkącie na dzikim zachodzie.

JacekPski

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i kryminalne, użył 3288 słów i 18225 znaków, zaktualizował 5 kwi o 1:44. Tagi: #kowboje #dzikizachód #western #rewolwer #seks #trójkąt

2 komentarze

 
  • Zyzy

    Sofa na dzikim zachodzie? Nie zwykłe wyro czy posłanie?

  • JacekPski

    @Zyzy Zgadza się, sofa to już stary wynalazek. Sama nazwa pojawiła się w europie, już pod koniec XVII wieku. Nazwa wywodzi się z języka francuskiego i owe kanapy, nazywano "ottomane" oraz "sofa", a sama moda na kanapy wywodzi się z orientu.

  • Nikt1

    Serwując i serfując to nie to samo.

  • JacekPski

    @Nikt1 Zgadza się  :sciana: Dziękuję za uwagę.