Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Dziedzic: Rozdział III

Dziedzic: Rozdział IIIPark opustoszał, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Grupa stała w kręgu pod jedną z fontann, papieros Sary wciąż tlił się w jej palcach, dym unosił się leniwie w powietrzu jak tajemnice, które właśnie wyszły na jaw. Plakaty z Zoe leżały na ławce, jej twarz na zdjęciu wyglądała teraz jak oskarżenie - niebieskie oczy patrzyły prosto w nich, jakby pytały: „Dlaczego nie zrobiliście nic wcześniej?”
Alex spojrzał na telefon. Miał kontakt do kogoś z firmy ojca - prywatnego detektywa, który czasem sprawdzał konkurentów biznesowych. Ale zanim zadzwonił, pomyślał o czymś lepszym. Wyciągnął drugi telefon - ten, z którego dzwonił tylko w sytuacjach, gdy nie chciał, żeby ktoś śledził. Numer należał do Jacoba, hakera, którego ojciec zatrudniał do „czyszczenia danych” w firmie. Jacob był o dwa lata starszy, pracował w piwnicy w Brooklyn, ale za odpowiednią kasę mógł wszystko.
Alex wybrał numer.
- Jacob, potrzebuję informacji. Szybko i dyskretnie.
- Alex Harrington we własnej osobie - rozległ się leniwy głos po drugiej stronie. - Co cię gryzie, dziedzicu?
- Damian Voss. Inwestor z Midtown. Penthouse z widokiem na Hudson River. Potrzebuję adresu. Teraz.
Cisza po drugiej stronie, tylko stukanie klawiatury.
- Voss... znam typa. Ciemne interesy, ale dyskretne. Czekaj... tak, mam go. Budynek przy Central Park South, penthouse na ostatnim piętrze, numer 42. Bramkarz na wejściu bierze łapówki, ale kod do windy to 1997. I uważaj - ma monitoring, ale ja go właśnie wyłączam na pół godziny. Masz okno.
- Dzięki. Przelej ci kasę.
- Już wiem, ile. Miłego wieczoru, szefie.
Alex odłożył telefon. Grupa patrzyła na niego.
- Mam adres - powiedział. - Jedziemy.
Sara zgasiła papierosa butem.
- Jak? Pieszo?
Alex uśmiechnął się krzywo.
- Nie. Limuzyną.
Wyciągnął telefon i wybrał numer szofera.
- Mike, podjedź pod szkołę. Szybko. Bierzemy piątkę pasażerów.
- Już jadę, Paniczu - odpowiedział szofer spokojnie, jakby to była codzienność.
Limuzyna pojawiła się po dziesięciu minutach - czarna, lśniąca, z przyciemnianymi szybami. Wsiedli wszyscy: Alex i Lena z tyłu, Sara i Emily obok, Mark naprzeciwko. Skórzane fotele były miękkie, powietrze pachniało nowością i lekkim zapachem perfum Leny. Szklanka z whisky stała w barku, ale nikt nie sięgnął.
Limuzyna ruszyła gładko przez Manhattan. Przez chwilę panowała cisza, tylko szum silnika i bicie serc.
Lena oparła głowę o ramię Alexa.
- Boję się - wyszeptała. - A jeśli on naprawdę coś jej zrobił?
Alex objął ją ramieniem.
- Nie zrobił. Znajdziemy ją.
Sara patrzyła przez okno na mijające wieżowce.
- A jeśli Voss nas wyśmieje? Albo gorzej - wezwie ochronę?
Emily nerwowo bawiła się bransoletką.
- Albo jeśli ma tam kogoś... niebezpiecznego.
Mark wzruszył ramionami.
- Wtedy walczymy. Albo uciekamy. Ale nie wracamy z niczym.
Limuzyna sunęła przez miasto, mijając żółte taksówki i neony Times Square. Alex czuł, jak adrenalina buzuje w żyłach. To nie była już zabawa w poszukiwania - to było coś poważnego. Coś, co mogło ich wszystkich zmienić.
W końcu dotarli pod budynek - marmurowy hol, ochrona w czarnych garniturach, winda z lustrami. Bramkarz - wysoki facet z blizną na policzku - skinął głową Markowi i wpuścił ich bez słowa. Winda jechała w ciszy, tylko przyspieszone oddechy.
Gdy drzwi otworzyły się na ostatnim piętrze, uderzył ich zapach - drogie drewno, whisky i coś cięższego, jakby dym z cygar pomieszany z perfumami. Korytarz był krótki: tylko jedne drzwi, czarne, z mosiężnym numerem 42. Mark podszedł pierwszy, zapukał mocno.
Drzwi otworzyły się po chwili. Damian Voss stał w progu - wysoki, około trzydziestu pięciu lat, w rozpiętej koszuli odsłaniającej opaloną klatkę piersiową, spodnie garniturowe, bose stopy na parkiecie. Ciemne włosy zaczesane do tyłu, lekki zarost, oczy zimne jak stal. Uśmiechnął się kącikiem ust, jakby ich wizyta go bawiła.
- O, jaka miła niespodzianka. Dzieciaki z liceum w mundurkach. Wejdźcie, nie gryzę... na razie.
Wpuścił ich do środka. Apartament był ogromny: otwarte przestrzenie, panoramiczne okna na Hudson River i skyline Manhattan, czarne sofy z weluru, barek z butelkami drogich trunków. Na stoliku leżała otwarta paczka papierosów i popielniczka z niedopałkiem. Voss zamknął drzwi za nimi, opierając się o framugę.
- Czego chcecie? - zapytał spokojnie, ale w jego głosie czaiła się groźba.
Alex zrobił krok do przodu.
- Szukamy Zoe Harlan. Wiesz, gdzie jest?
Voss uniósł brew, potem zaśmiał się cicho.
- Zoe? Ach, ta mała psotnica. Tak, znam ją. Bardzo dobrze znam. A wy co, jej koledzy z klasy? Przyjaciele? Czy może... jej mali szpiedzy?
Lena zacisnęła pięści.
- Powiedz nam, gdzie jest. Nie przyszliśmy tu na pogaduszki.
Voss podszedł bliżej, jego wzrok przesunął się po niej powoli - od oczu, przez biust, po nogi w zakolanówkach. Uśmiechnął się szerzej.
- Spokojnie, ślicznotko. Zoe jest bezpieczna. U mnie była... ostatnio. Ale wyjechała. Sama chciała.
Sara prychnęła.
- Kłamiesz. Widziano ją tu dwa dni temu.
Voss wzruszył ramionami.
- Widziano. I co z tego? Była tu, piła, paliła, bawiła się. Potem powiedziała, że ma dość. Że chce uciec od wszystkiego - od rodziców, od szkoły, od was. Dałem jej pieniądze na bilet. I tyle.
Emily zrobiła krok naprzód.
- Dałeś jej pieniądze? Za co? Za to, że brała twoje dragi? Za to, że sypiała z tobą?
Voss spojrzał na nią, jego uśmiech zgasł.
- Uważaj, mała. Nie wiesz, o czym mówisz. Zoe przyszła do mnie sama. Chciała uciec od presji. Od ojca, który cisnął ją o studia. Od matki, która udawała, że wszystko jest idealnie. Ja jej dałem to, czego potrzebowała - wolność. I tak, sypiała ze mną. Bo chciała. Bo lubiło jej się czuć pożądaną, nie kontrolowaną.
Mark zacisnął pięści.
- Gdzie jest teraz?
Voss westchnął, podszedł do baru, nalał sobie whisky.
- Nie wiem. Naprawdę. Wzięła kasę, bilet do Berlina, powiedziała, że chce zacząć od nowa. Ostatni raz widziałem ją dwa dni temu. Wyprowadziła się rano. Nie odbiera telefonu. Może naprawdę uciekła. A może... ktoś ją znalazł wcześniej.
Alex poczuł chłód na karku.
- Kto?
Voss spojrzał na niego uważnie.
- Jej ojciec ma wrogów. Biznesowych. I nie tylko. Jeśli ktoś się dowiedział, że Zoe mieszała się w rzeczy, których nie powinna... cóż. Może nie żyje. A może siedzi w jakimś hotelu i pali jointy, śmiejąc się z was.
Lena podeszła bliżej, jej głos drżał.
- Kłamiesz. Widziałam wiadomości od niej. Pisała, że boi się. Że ktoś ją śledzi.
Voss uniósł szklankę.
- Może. Ale jeśli chcecie prawdy, to nie ode mnie ją dostaniecie. Idźcie do jej starego. On wie więcej niż myśli.
Alex spojrzał na Lenę. Jej oczy były pełne łez, ale też gniewu.
- Dziękujemy za... pomoc - powiedział chłodno. - Jeśli kłamiesz, wrócimy.
Voss uśmiechnął się znowu.
- Wróćcie. Tylko następnym razem... bez mundurków. Może wtedy porozmawiamy naprawdę.
Wyszli. Winda w dół jechała w milczeniu. Alex czuł, jak krew pulsuje mu w skroniach. Voss kłamał - czuł to w kościach. Ale co ukrywał? I dlaczego Zoe naprawdę uciekła?
Na dole, w limuzynie, Lena oparła głowę o jego ramię. Jej dłoń znalazła jego, palce splotły się mocno.
- Co teraz? - wyszeptała.
Alex spojrzał w okno, na migoczące miasto.
- Teraz idziemy do jej ojca. I dowiadujemy się, co naprawdę się dzieje.
Mark kiwnął głową.
- A jeśli on jest w to zamieszany?
Alex zacisnął szczękę.
- Wtedy... to będzie wojna.
Limuzyna ruszyła w noc. Miasto pulsowało światłami, a oni - grupą nastolatków w mundurkach - nagle poczuli się starsi o lata. Zoe gdzieś tam była. Żywa czy martwa. Ale oni nie zamierzali przestać szukać.
Nie teraz.
Nie po tym wszystkim.
Limuzyna sunęła przez nocny Manhattan, światła wieżowców odbijały się w przyciemnianych szybach jak gwiazdy w czarnej tafli wody. W środku panowała ciężka cisza - mieszanka gniewu, strachu i czegoś jeszcze, czego nikt nie chciał nazwać. Lena wciąż opierała głowę o ramię Alexa, jej oddech ciepły na jego szyi, palce splecione z jego dłonią tak mocno, jakby bała się puścić. Sara patrzyła w okno, ruda czupryna opadająca na twarz, Emily nerwowo obracała bransoletką, a Mark siedział naprzeciwko, zaciśnięte pięści na kolanach.
Alex przerwał milczenie pierwszy.
- Nie możemy tak po prostu jechać do ojca Zoe o tej porze - powiedział cicho, ale stanowczo. - Jest za późno, a my wyglądamy jak banda wariatów po konfrontacji z dealerem. Potrzebujemy chwili, żeby ochłonąć, pomyśleć. I... bezpiecznego miejsca.
Lena podniosła głowę, jej oczy błyszczące w półmroku.
- Gdzie?
Alex spojrzał na nich wszystkich po kolei - na Lenę, której biust unosił się szybko pod mundurkiem, na Sarę z tatuażem wijącym się po przedramieniu, na Emily z falującym biustem i kolczykami brzęczącymi cicho, na Marka, który wciąż wyglądał na gotowego do bicia.
- Do mnie - powiedział. - Do domu. Rezydencja Harringtonów jest na Upper East Side. Duża, bezpieczna, z ochroną. Nikt nas nie znajdzie, nikt nie podsłucha. Możemy tam zostać na noc, jeśli trzeba. Omówić plan. Zobaczyć, co dalej.
Sara uniosła brew.
- Do twojego pałacu? Z limuzyną i służbą?
Alex kiwnął głową.
- Tak. I nie ma dyskusji. Mike - zwrócił się do szofera przez interkom - zmiana trasy. Jedziemy do domu.
- Tak jest, panie Alex - odpowiedział Mike bez wahania.
Limuzyna skręciła w lewo na 5th Avenue, mijając Central Park po lewej. Nikt nie protestował. Nikt nie miał siły.
Po krótkie podróży wszyscy wysiedli. Alex otworzył drzwi wejściowe.
- Witajcie - powiedział Alex, zdejmując marynarkę i rzucając ją na oparcie krzesła. - Rozgośćcie się. Jest bar, kuchnia, pokoje gościnne na górze. Służba nie będzie przeszkadzać - wiedzą, że nie wolno pytać.
Lena rozejrzała się, jej zakolanówki szeleszczące cicho na marmurze.
- To jest... ogromne - wyszeptała.
Sara podeszła do baru w salonie, nalała sobie whisky.
- No to co, dziedzicu? Planujemy wojnę czy orgię?
Alex zaśmiał się krótko, ale w jego oczach było coś mrocznego.
- Najpierw planujemy. Potem... zobaczymy.
Emily usiadła na sofie, jej obfity biust uniósł się z westchnieniem.
- Musimy porozmawiać z ojcem Zoe jutro. Ale nie możemy iść z niczym. Potrzebujemy dowodów.
Mark kiwnął głową.
- Voss coś ukrywa. Widziałem to w jego oczach. Ta scena ... to nie była przypadkowa demonstracja. To ostrzeżenie.
Lena podeszła do Alexa, stanęła blisko - tak blisko, że czuł ciepło jej ciała.
- Dziękuję, że nas tu zaprosiłeś - wyszeptała. - Nie wiem, co bym zrobiła sama.
Alex położył dłoń na jej talii, palce lekko zacisnęły się na materiale spódniczki.
- Nie jesteś sama. Żadne z nas nie jest.
Sara uniosła szklankę.
- Za Zoe. I za to, że nie damy się złamać.
Wszyscy stuknęli szklankami - whisky paliła w gardłach, ale rozgrzewała też coś innego. Napięcie wisiało w powietrzu jak gęsta mgła. Dom Harringtonów, z całym swoim przepychem, stał się nagle schronieniem - i areną.
Noc była długa. Rozmowy trwały do rana, plany się rodziły, spojrzenia się spotykały. A w tle - cicha obietnica, że to, co zaczęło się jako poszukiwania, mogło skończyć się czymś znacznie bardziej intymnym.
Ale to już inna historia.
Na razie wystarczyło, że byli razem.
Rano rezydencja Harringtonów budziła się powoli. Słońce wpadało przez wysokie okna, rzucając złote smugi na marmurowe podłogi i skórzane sofy w salonie, gdzie grupa spędziła noc - rozmawiając, pijąc whisky, planując kolejne kroki w sprawie Zoe. Lena spała na kanapie obok Alexa, jej głowa na jego ramieniu, spódniczka podciągnięta lekko, zakolanówki wciąż na nogach. Sara i Emily zajęły pokój gościnny na górze, Mark zasnął w fotelu z telefonem w ręku. Dom był cichy, służba krzątała się dyskretnie, nie pytając o nic.
Alex obudził się pierwszy. Czuł ciężar ciała Leny, jej ciepło, zapach włosów - słodki, owocowy, mieszający się z resztkami whisky. Penis drgnął lekko w spodniach na samo wspomnienie wczorajszego napięcia, ale odsunął myśli. Musieli działać.
Wstał ostrożnie, żeby jej nie obudzić. Zszedł do kuchni - zapach świeżej kawy i tostów. Służąca podała mu kubek bez słowa. Wziął łyk, patrząc przez okno na podjazd. Brama otworzyła się automatycznie - czarna limuzyna z przyciemnianymi szybami wjechała powoli. Wysiadła z niej dziewczyna.
Anastazja.
Alex poczuł, jak serce uderza mu mocniej. Nie widział jej od dwóch lat - odkąd jej ojciec, Siergiej Volkov, partner biznesowy jego starego, przeniósł się z rodziną do Moskwy. Ale znał ją od dziecka: wspólne wakacje w Hamptons, tajne pocałunki za garażem, noce spędzone na rozmowach o wszystkim i o niczym. Była Rosjanką z krwi i kości - wysoka, metr siedemdziesiąt osiem, szczupła, ale z krągłościami w odpowiednich miejscach: pełne piersi, wąska talia, długie nogi, które zawsze przyciągały wzrok. Włosy czarne jak smoła, opadające falami do połowy pleców, oczy zielone, ostre jak sztylety, usta pełne, zawsze lekko pomalowane na ciemną czerwień. Poruszała się z taką pewnością siebie, jakby świat należał do niej - i w pewnym sensie tak było.
Anastazja Volkov, córka jednego z najpotężniejszych oligarchów w Rosji, teraz w USA, w mundurku tej samej prestiżowej szkoły co Alex. Jej ojciec i ojciec Alexa prowadzili razem interesy - oprogramowanie zabezpieczające dla rosyjskich banków, kontrakty rządowe, rzeczy, o których lepiej nie mówić głośno. Volkov kupił willę na Upper East Side, dwie ulice od Harringtonów - „żeby dzieciaki mogły się spotykać”, jak żartował kiedyś Siergiej.
Weszła do holu, obcasy stukając o marmur. Miała na sobie mundurek - spódniczka plisowana, biała bluzka opinająca pełne piersi, krawat zawiązany luźno, zakolanówki czarne, opinające długie nogi. Na szyi cienki złoty łańcuszek z małym krzyżykiem, na nadgarstku bransoletka z diamentami - prezent od ojca na osiemnaste urodziny.
Alex wyszedł jej naprzeciw.
- Nastya - powiedział cicho, głos ochrypły od braku snu i emocji.
Uśmiechnęła się - tym swoim uśmiechem, który zawsze sprawiał, że czuł się jak dzieciak znowu.
- Alexei - odparła z lekkim rosyjskim akcentem, który brzmiał jak melodyjna groźba. - Słyszałam, że masz tu imprezę bez mnie.
Objęła go ramionami, przycisnęła się mocno - jej piersi naparły na jego klatkę, zapach perfum (coś ciężkiego, orientalnego, z nutą wanilii i piżma) uderzył w nozdrza. Pocałowała go w policzek - blisko ust, zbyt blisko.
- Przyjechałam wczoraj w nocy - wyszeptała mu do ucha. - Ojciec powiedział, żebym zaczęła szkołę od dziś. I żebym się z tobą... dogadała. Wiesz, jak to jest z naszymi ojcami. Biznes to rodzina.
Alex poczuł, jak jego penis drgnął w spodniach - wspomnienia z dzieciństwa wróciły falą: jej ręce pod kocem podczas wakacji, szepty w ciemności, pierwsze dotyki.
- Witaj w domu - powiedział, odsuwając się lekko. - Mamy tu... gości.
Anastazja uniosła brew, spojrzała w głąb salonu. Lena właśnie się budziła, przecierała oczy. Sara i Emily schodziły po schodach, Mark wyglądał przez okno.
- Przyjaciele? - zapytała Anastazja, jej głos słodki, ale z nutą ciekawości. - Czy... konkurencja?
Alex uśmiechnął się krzywo.
- Przyjaciele. Szukamy kogoś. To skomplikowane.
Anastazja kiwnęła głową, jej zielone oczy błysnęły.
- Wiem. Słyszałam plotki w szkole dziś rano. Zoe Harlan, tak? Zaginęła. A wy... gracie w detektywów.
Alex uniósł brew.
- Skąd wiesz?
- Bo jestem w tej samej szkole co ty, głupku - zaśmiała się cicho. - I bo znam cię lepiej niż myślisz. Zawsze lubisz komplikacje.
Podeszła do grupy, jej obcasy stukając rytmicznie.
- Cześć - powiedziała do wszystkich, głos melodyjny, z lekkim akcentem. - Jestem Anastazja. Przyjaciółka Alexa z dzieciństwa. I nowa uczennica.
Lena wstała, jej oczy zmrużone.
- Przyjaciółka z dzieciństwa?
Anastazja uśmiechnęła się słodko.
- Najlepsza. I teraz mieszkam dwie ulice stąd. W willi Volkov. Ojciec mówi, że to dla biznesu. Ja mówię, że dla zabawy.
Sara podała jej rękę.
- Sara. Miło poznać. Wyglądasz... rosyjsko.
Anastazja zaśmiała się.
- To komplement?
Emily kiwnęła głową.
- Bardzo.
Mark tylko skinął głową.
Alex patrzył na Anastazję - na jej pełne usta, na piersi opinające bluzkę, na długie nogi w zakolanówkach. Coś w nim drgnęło - stare uczucie, które nigdy nie zgasło.
- Zostaniesz na śniadanie? - zapytał.
Anastazja spojrzała na niego długo.
- Zostanę cokolwiek będziesz potrzebował dam Ci to.
Jej oczy błysnęły - obietnicą, wyzwaniem, czymś więcej.
Grupa usiadła przy stole w jadalni. Służba przyniosła kawę, owoce, jajka. Anastazja siedziała obok Alexa, jej udo ocierało się o jego pod stołem. Lena patrzyła na to z boku, jej oczy były zmrużone.
Rozmowa wróciła do Zoe. Do Vossa. Do ojca Zoe. Ale teraz w tle była nowa postać - Anastazja Volkov, z Rosji, z willi obok, z przeszłości Alexa.
I z przyszłości, która nagle stała się znacznie bardziej skomplikowana.
Anastazja Volkov urodziła się 18 lat temu w Moskwie, w rodzinie, która nigdy nie znała słowa „brak”. Jej ojciec, Siergiej Volkov, był jednym z tych oligarchów, którzy w latach 90. zrobili fortunę na ropie, gazie i chaosie postsowieckim. Potem przeniósł się w legalny biznes - cyberbezpieczeństwo, oprogramowanie dla banków, kontrakty z rządem rosyjskim i zachodnimi korporacjami. Partnerstwo z ojcem Alexa, magnatem IT z USA, zaczęło się ponad 15 lat temu: wspólne projekty zabezpieczające dane dla międzynarodowych korporacji, umowy, które warte były miliardy. Siergiej zawsze mówił, że „rodzina to nie tylko krew - to interesy”.
Matka Anastazji zmarła, gdy miała 8 lat - rak, szybko i brutalnie. Siergiej nigdy się z tym nie uporał, zamknął się w pracy i w córce. Anastazja wychowywała się w luksusie, ale w samotności: prywatne szkoły w Moskwie, potem w Londynie, wakacje w Monaco, Dubaju i na jachtach na Morzu Czarny. Od dziecka była wychowywana jak następczyni imperium - uczyła się języków (rosyjski, angielski, francuski, chiński), finansów, negocjacji, a także tego, jak ukrywać emocje za uśmiechem. Siergiej powtarzał: „Jesteś moją najcenniejszą inwestycją. Nigdy nie pokazuj słabości”.
Z Alexem poznała się w wieku 10 lat, podczas pierwszego wspólnego biznesowego wyjazdu rodziców do Nowego Jorku. Siergiej i Harrington senior zabrali dzieci na wakacje do Hamptons. Anastazja - drobna, czarnowłosa dziewczynka z zielonymi oczami i już wtedy niebezpiecznie długimi nogami - od razu poczuła do Alexa pociąg. On był blond, amerykański, bogaty i trochę nieśmiały. Ona - rosyjska, pewna siebie, z akcentem, który brzmiał jak zaklęcie. Spędzali razem całe dnie: pływanie w oceanie, ukrywanie się w garażu, pierwsze pocałunki za stodołą, szepty w nocy pod kocem. To była dziecięca miłość - czysta, intensywna, pełna sekretów.
Ale życie ich rozdzieliło. Siergiej wrócił do Rosji, zabierając Anastazję. Kontakty się urwały - listy, potem maile, potem nic. Anastazja dorastała w Moskwie: imprezy w klubach dla elit, chłopaki z dobrych rodzin, których ojciec akceptował, ale nigdy nie kochała. Uczyła się, jak być zimną, jak manipulować, jak ukrywać ból po śmierci matki. Ojciec mówił: „Mężczyźni przychodzą i odchodzą. Biznes zostaje”. Ale w głębi duszy wciąż pamiętała Alexa - jego śmiech, jego dotyk, jego zapach.
Dwa lata temu Siergiej zdecydował o powrocie do USA - „bezpieczniej, czystsze powietrze, lepsze szkoły”. Kupił willę na Upper East Side, dwie ulice od Harringtonów. Anastazja miała zacząć szkołę w tej samej prestiżowej akademii co Alex - decyzja ojca, który powiedział: „Będziesz miała towarzystwo. I przypomnisz sobie stare czasy”.
Gdy Anastazja weszła do rezydencji Harringtonów tego ranka, nie była już tą dziewczynką z wakacji. Była kobietą: 178 cm wzrostu, 58 kg czystej pewności siebie, ciało wyćwiczone na siłowni i tańcu, piersi pełne, biodra zaokrąglone, nogi długie jak marzenie. Włosy czarne, falujące, oczy zielone, usta zawsze lekko czerwone. Nosiła mundurek jak broń - spódniczka opinająca biodra, bluzka naprężona na piersiach, zakolanówki podkreślające łydki.
Wróciła nie tylko do szkoły. Wróciła do Alexa.
I wiedziała, że to, co zaczęło się w dzieciństwie, teraz może skończyć się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym - i znacznie bardziej przyjemnym.

Dodaj komentarz