Przygody Rogue 9 - ostatni

- Dzień dobry – uśmiechnęła się szeroko, gdy zaspany Pyro wszedł do kuchni.
- Hej – szepnął, przecierając twarz dłońmi. – Dawno wstałaś? – pocałował ją czule, obejmując w pasie.
- Dwie godziny temu – odparła, przytulając się do niego. Tak bardzo brakowało jej jego ramion!
- Nie słyszałem – mruknął, całując ją po szyi.
- Pyro… - jęknęła.
- No wiem, James może zaraz wstać. Cieszę się jednak, że wróciliście… To wszystko. Bałem się, że to już nigdy nie nastąpi…
- Ja również. Poza tym to tak strasznie bolało, gdy myślałam o Scotcie… O tym, że umrze, tak strasznie się męcząc…
- Już wszystko w porządku, już nic nikomu z nas nie grozi, skarbie… I obiecuję, że zabiję Logana, jeśli znów się pojawi w pobliżu ciebie lub naszych dzieci!
- Kocham cię, John!
W sekundę później do kuchni wbiegł w podskokach James z radosnym okrzykiem „Tata!” i rzucił się Pyro na szyję.

Rok później.
- Nie, Rogue! Nie zgadzam się – warknął rozzłoszczony. – Masz zostać w domu i opiekować się naszymi dziećmi!
- Nic mi nie będzie – zaoponowała łagodnie.
- Jesteś w ciąży, nie mogę cię tam puścić…
- Obiecuję, że nie będę się niepotrzebnie narażać… W ten sposób przynajmniej będę mieć cię na oku – złapała jego twarz w dłonie i pocałowała go czule. – Obiecuję!
- Jesteś strasznie uparta – jęknął, czując, że w tej sprzeczce i tak nie wygra.
- Ale właśnie dlatego tak mocno mnie kochasz!
- Niewykluczone – mruknął. – Nie waż się tam zginąć!
- Obiecuję… I ty również…

- Logan! – syknęła, przystając jego nagłym pojawieniem się na polu walki.
- Witaj, Rogue – powiedział, wysuwając szpony. – Tym razem mi już nie uciekniesz!
- Nie mam zamiaru uciekać, Wolverine!...

- Znów się spotykamy – powiedział głośno Pyro, patrząc spod przymrużonych powiek na swojego dawnego kolegę. Bobby w odpowiedzi jedynie zacisnął pięść, która natychmiast pokryła mu się lodem. – Ciekawy jestem, jak wysoką temperaturę jesteś w stanie znieść… Pstryknął palcami, pomiędzy którymi przeskoczyła iskra i na jego dłoni pojawił się płomień. Z furią zaatakował Ice-Mana, który tylko dzięki refleksowi zdołał kryształkami lodu odbić płomień. Pyro, przekrzywił lekko głowę i zrobił krok w przód. Potem następny. A potem kolejny i jeszcze jeden, aż w końcu znalazł się tuż przy starym koledze, który od rzeki huczących płomieni odgradzał się tylko grubym lodem, który nagle pokrył jego ciało. Temperatura musiała być jednak dla niego zbyt wysoka, bo naraz krzyknął z bólu. Zemdlał i w tym samym momencie, Pyro zlikwidował płomień. Sapnął ciężko i przekroczył nieprzytomne ciało Bobby’ego i rozejrzał się. Zdrętwiał gwałtownie, widząc Rogue walczącą z Loganem! Krew ponownie w nim zawrzała. Ruszył w jej stronę, lecz nagle tuż przed nim w ziemię uderzyła błyskawica. Przystanął, zadzierając głowę.
- Storm! – syknął. – Zejdź mi z drogi, kobieto!
- John, zakończcie z Marie tę walkę, póki macie jeszcze możliwość! – powiedziała spokojnie czarnoskóra kobieta, opadając lekko na ziemię. – Jeśli teraz się poddacie, czeka was sprawiedliwy proces.
- Czemu ja ci nie wierzę? – prychnął, a na jego dłoniach po raz kolejny tego wieczoru pojawiły się płomienie.
- John, przemyśl to jeszcze… Nie chcę cię skrzywdzić, chłopcze…
- Nie jestem już twoim uczniem, Ororo! I nie nazywam się już John!

Tymczasem Rogue wciąż dzielnie powstrzymywała Logana przed zabiciem jej, dzięki przejętej od jakiegoś mutanta zdolności natychmiastowego zmieniania stałego podłoża w grząski grunt o różnej, zmiennej intensywności konsystencji i lepkości. Była jednak osłabiona przez ciążę i szybciej się męczyła, a Logan wyglądał na naprawdę zdeterminowanego, by ją dopaść. I ukarać. Tylko za co? Za to, że wtedy pozwolił jej wreszcie odejść? Że obiecał zostawić ja w spokoju? Ale Rogue poznała go już na tyle dobrze, że wiedziała, by mu nie wierzyć. Logan był bowiem znakomitym kłamcą. Swoje przyrzeczenia interpretował bowiem, jak chciał. Jeśli coś mu w nich przestawało pasować, to po prostu ich nie dotrzymywał, za co niejednokrotnie zbierał już bury od Xaviera. Tylko czy on kiedykolwiek przyjmował jakąkolwiek krytykę?...
Teraz jednak był naprawdę wściekły i śmiertelnie niebezpieczny. Rogue doskonale wiedziała, że jeden jej nieostrożny ruch i Logan z łatwością zakończy jej żywot.
- Męczysz się… - zauważył beznamiętnie, zbliżając się do niej zwinnym, kocim ruchem, pomimo lepkiej brei, która mocno hamowała jego ruchy. – Magneto coś was źle przygotował do tego starcia…
- Męczę się, bo jestem w ciąży, jełopie! – warknęła, patrząc mu hardo w oczy i wciąż się przed nim cofając. Przystanął cokolwiek zaskoczony.
- Co, proszę? – zapytał takim tonem, jakby się przesłyszał.
- Jestem w ciąży! – powtórzyła zimno.
- Rogue… Wynoś się stąd! – wrzasnął nagle, chowając ostrza. – Spieprzaj i nie narażaj się więcej!
- Nie masz już ochoty mnie zabić? – zapytała nieco zaskoczona jego nagłą zmianą.
- Ja nie zabijam ciężarnych kobiet tylko po to, by się odegrać na innych – warknął, a przez jego twarz przemknął cień bólu. – No już! – huknął na nią i odszedł. Patrzyła za nim chwilę w totalnym otępieniu, z którego wyrwał ją dopiero Pyro.
- Rogue! – dopadł do niej, patrząc na nią z przejęciem.
- John… - uśmiechnęła się lekko, jakby całkowicie zapominając o toczącej się wokół nich walce.
- Chodź stąd, no już! – wrzasnął przejęty. – Magneto padł, wkroczyło wojsko, no ruszże się!
Rozejrzała się mało przytomnie, zauważając w końcu, jak mutanci z Bractwa uciekają w popłochu.
- Rogue! – ryknął na nią, by się skupiła. – Musimy uciekać!
Kiwnęła wreszcie głową i ruszyła wraz z nim, by umknąć jak najdalej. Niestety wkrótce zostali złapani…
Dwa dni później, gdy wreszcie zniesiono wszystkich poległych, rozpoczął się proces tych, którzy należeli do Bractwa i wzięli udział w konflikcie. Przez niemal tydzień oboje nie widzieli się z dziećmi i dopiero po usilnych prośbach zezwolono na ich odwiedziny.
Tydzień później wśród niewielu innych, zostali uniewinnieni. No, może nie aż tak do końca, bo nałożono na nich nadzór ze strony X-menów, ale przynajmniej byli wolni.
Po powrocie do domu Marie zniknęła na bite dwie godziny w łazience, zmywając z siebie brud i zapach celi, w której ją przetrzymywano, jak również całe napięcie, które siedziało w niej od momentu rozpoczęcia bitwy. Spod prysznica wyszła z uczuciem, jakby się narodziła na nowo.

- Wyjdź za mnie, Marie – powiedział niespodziewanie Pyro, gdy wieczorem leżeli w łóżku. Spojrzała na niego ciut zdumiona i pisnęła, rzucając mu się na szyję. – Uznam to za „tak” – zaśmiał się i przytulił ją mocno. – Kocham cię i przepraszam, że musiałaś tyle czekać.
- Nic się nie stało, John – mruknęła mu w szyję.

Nieco zmęczona Marie opadła na krzesło, przyglądając się nielicznym gościom weselnym. Z jej policzków nie schodził uroczy rumieniec i uśmiechała się cały czas szczęśliwa. Pyro, nareszcie był jej. Pogładziła się po zaokrąglonym brzuchu, odwracając do stolika, by coś zjeść i zauważyła przed sobą niewielki pakuneczek zaadresowany do niej. Zmarszczyła lekko brwi, bo przecież prezenty dostali na samym początku! Mimo wszystko rozerwała papier i z pudełeczka wyciągnęła przepiękną, srebrną kolię! Zaniemówiła.
- Co tam masz, kochanie? – zapytał Pyro, siadając obok.
- Prezent – powiedziała cicho, pokazując mu naszyjnik.
- Piękny… Od kogo?
- Podejrzewam tylko jedną osobę.
- Logana, tak?
Przytaknęła.
- Myślę, że to swoiste pożegnanie, John… Wątpię, byśmy jeszcze o nim usłyszeli.
Później okazało się, że Rogue miała rację. Logan zaszył się skutecznie i zdaje się, że tylko Profesor wiedział, gdzie ten się znajduje, lecz nigdy nie wyjawił tej tajemnicy. A Wolverine już nigdy więcej nie próbował skontaktować się ani z Marie, ani ze swoim synem.
Rogue była wreszcie w pełni szczęśliwa, tworząc z Johnem cudowną rodzinę i ich synkami oraz córeczką, która przyszła na świat w pięć miesięcy po ślubie.

393 czyt.
100%3
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1487 słów i 8516 znaków.

Dodaj komentarz