Przygody Rogue 6

- Nienawidzę tych twoich zagadek! – syknął Logan i wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi z taką siłą, że w gabinecie Xaviera spadł obrazek ze ściany. Wściekły niepowodzeniem akcji Wolverine ruszył na jeden z tarasów, gdzie z rzadka ktoś przesiadywał. Usiadł na jednym z wygodnych fotelików i zamyślił się. Przed oczami zaczęły przepływać mu obrazy z jego długiego życia. Przypomniał sobie dzień, w którym odkrył, że jest mutantem, a z dłoni wyrastają mu kościane szpony. Przypomniał sobie własne przerażenie, gdy zrozumiał, że nie jest taki, jak jego rówieśnicy… W pamięci powróciły lata spędzone w wojsku, gdy walczył w czasie I Wojny Światowej razem z niejakim Kapitanem Ameryką i jego towarzyszem Barnes’em. Naraz jego twarz wykrzywił grymas wściekłości, gdy powróciło jedno z gorszych wspomnień. Śmierć jego ukochanej Itsu. Ten skurwysyn, Zimowy Żołnierz zabił ją, gdy była w ostatnich tygodniach ciąży. Nigdy też nie dowiedział się, co stało się z ich dzieckiem, bowiem, gdy dotarł do ich kryjówki, Itsu była już martwa, a jej łono rozcięte. Podejrzewał, że ktoś musiał uwolnić dziecko i zabrać je ze sobą. Do tej pory miał tylko nadzieję, że nie był to Barnes… Od tamtej pory nigdy nie kochał żadnej kobiety tak naprawdę… Jane była dla niego wielce pociągająca i darzył ją szczerym uczuciem, ale te związane było bardziej z pożądaniem… Z Rogue była zupełnie inna sytuacja. Nie miał zamiaru się w niej zakochiwać, pociągała go i tyle. Niestety nie przewidział, że jego stare serce spłata mu takiego figla… Nie mniej jednak ni miał zamiaru przyznawać się przed nikim do tego uczucia. Wściekał się jednak, gdy dotarło do niego, że Rogue związała się z innym. Choć zaginęła, wciąż miał nadzieję, że ją odnajdzie, choćby siłą doprowadzi z powrotem do Instytutu i zawłaszczy ją sobie. Tak, był zaborczy, gwałtowny i nieokiełznany. Jego niemal zwierzęce instynkty uczyniły go właśnie takim. I nie miał zamiaru tego zmieniać! Aczkolwiek zmienić miał zamiar aktualny stan rzeczy. Mianowicie zwrócić sobie Rogue. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, tak właśnie w tej chwili myślał. Wiedział jednakże, że musi odczekać jeszcze jakiś czas, by uśpić czujność wszystkich zainteresowanych. Społeczność mutantów zaatakowana przez rząd musiała się teraz także uspokoić. Postanowił także chronić swoje myśli przed Xavierem. A najlepiej na to robiła odległość. Wstał prędko i ruszył w kierunku podziemnych garaży. W głowie miał już plan…

Osiem miesięcy później.
- Kochanie, wytrzymaj jeszcze trochę – powiedział łagodnie Pyro, ściskając Rogue za obydwie dłonie. – Wystarczy jeszcze jeden wysiłek i dziecko będzie wreszcie z nami!... Zobaczysz…
Piętnaście minut później Marie trzymała już na rękach różowe, śpiące niemowlę.
- Jest śliczny – wyszeptała, spoglądając na chłopczyka z wyraźnym rozczuleniem.
- Tak – przyznał John, głaszcząc łysy łebek dziecka. – Nasz synek.
Rogue obdarzyła go słabym uśmiechem, po czym opadła bez sił na poduszki. Ten poród wielce ją osłabił i w obecnej chwili marzyła tylko, by móc iść spać. Ale jeszcze nie mogła.

Chwilowa, jak sądził początkowo Pyro niemoc Rogue po urodzeniu dziecka przerodziła się wkrótce w pełni napięcia dni, w których młoda mutantka praktycznie nie podnosiła się z łóżka. Co prawda ciągle utrzymywała, że już lepiej się czuje i za momencik wstanie, ale fakt pozostawał faktem. Marie wprost niknęła w oczach zrozpaczonego Pyro.
- Kochanie, może coś zjesz? – zagadnął ją jakieś dwa tygodnie po porodzie, podsuwając jej talerz z pachnącymi upojnie kanapami własnego autorstwa. Niestety Marie pokręciła tylko przecząco głową i przymknęła oczy. Była nienaturalnie blada, jadła tak mało, że John zaczął obawiać się, czy starczy jej pokarmu dla dziecka, a karmienie malucha wyczerpywało ją tak, że później nieomal przez godzinę leżała jak bez życia. – Skarbie, musisz coś zjeść! – zaoponował z lekkimi nerwami, siadając obok niej na łóżku. – Jesteś słaba i…
- Nic mi nie jest! – zdenerwowała się natychmiast, patrząc na niego z wyrzutem.
- Rogue, posłuchaj mnie… - zaczął, ale tylko zaniosła się histerycznym płaczem. – Nie płacz, maleńka, proszę! – jęknął, biorąc ją w objęcia. – Wybacz, wszystko się ułoży, zobaczysz! Wyzdrowiejesz!
- A co, jeśli nie? – zapytała beznadziejnie. – Jestem słaba. Nie rozumiem dlaczego! Przecież to ja odbieram innym siły! Boję się, że…
- Nie umrzesz! – przerwał jej stanowczo, nieomal krzycząc. – Nie pozwolę na to! Zrobię wszystko, byś wyzdrowiała, rozumiesz? Wszystko!
- Pyro – jęknęła mu w przód koszulki. – Tak bardzo się boję!

- Magneto, musimy porozmawiać! – powiedział stanowczo Pyro, wchodząc nazajutrz do gabinetu Erika.
- Nikt nie nauczył cię dobrego wychowania? – warknął Lensherr, patrząc z dezaprobatą na młodego mutanta. – Ale skoro już tu jesteś to mów. W czym rzecz?
- Chodzi o Rogue – zaczął John, opadając na fotel przed biurkiem Magneto. – Dwa tygodnie temu urodziła mi syna…
- Wiem o tym. Już wam winszowałem, więc…
- Mógłbyś mi nie przerywać? – zirytował się blondyn. – Chodzi o to, że ona najwyraźniej umiera!
- Hmmm, to przykre, ale co ja mam z tym wspólnego? – zapytał Erik cierpko.
- Sądziłem, że…
- Że ją uratuję, tak? – prychnął Lensherr, kręcąc głową z politowaniem. – Posłuchaj mnie, chłopcze. To, że ją tu przyjąłem i powstrzymałem swoich ludzi przed zrobieniem jej krzywdy, a na dodatek przydzieliłem jej opiekuna, to już wystarczający akt miłosierdzia z mojej strony! Nie uważasz?
- Sam mówiłeś, że troszczysz się o swoich ludzi! – ryknął wzburzony Pyro.
- Dobrze wiesz, że ona nigdy prawdziwie nie należała do naszego Bractwa…
- Jak możesz tak mówić? Po tym, jak odparła atak X-menów? A mogła przecież spokojnie do nich wrócić… Logan na pewno ucieszyłby się z jej powrotu! Poza tym uratowała mnie wtedy…
- Bo jest wobec ciebie lojalna! A nie wobec mnie…
- A więc to cię tak boli, tak? – wykrzyknął John. – Fakt, że Marie nigdy nie złożyła ci żadnej przysięgi?
- Twoja Marie jest niebezpieczną mutantką!
- Której nawet ty się boisz! Tak samo, jak Profesora!
Magneto wstał i zmierzył go spokojnym wzrokiem.
- Nigdy nie lękałem się Charles’a, lecz tak, lękam się Rogu i zakresu jej mocy. Tak samo, jak lękałem się Jean, gdy kontrolę nad nią przejęła Dark Pheonix…
- Wspaniale! – prychnął Pyro, również się podnosząc i sterując w stronę drzwi. – Jeśli ty jej nie chcesz pomóc, będę musiał udać się do Xaviera…
- Stój! – warknął Magneto. – Jeśli to uczynisz, zostaniecie oboje usunięci z Bractwa, a wątpię, by X-Meni przyjęli was z otwartymi ramionami… Jesteś jeszcze bardziej krnąbrny, niż kiedy zgodziłem się, byś do nas dołączył… Pomogę Rogue, ale będziesz musiał coś dla mnie w zamian zrobić!
- Zgoda! – powiedział natychmiast, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę.
- Dobrze więc… Za parę dni przyślę ci lekarstwo – powiedział Magneto i zajął się ponownie swoimi sprawami. Pyro, odwrócił się i wkrótce zniknął za drzwiami.
Po powrocie do domu odkrył, że Marie głęboko i spokojnie śpi. Podobnie jak ich synek.
Gdy w ciągu tygodnia Magneto nie przysłał nikogo z zapowiedzianym lekarstwem dla Marie, John zaczął się niecierpliwić i coraz wyraźniej martwić. Co prawda stan jego ukochanej zaczął się leciuteńko poprawiać, ale przecież wciąż potrzebowała tej pomocy! W końcu, gdy minęły już dwa tygodnie od wizyty u Magneto, zdenerwowany zachowaniem lidera Pyro, wybrał się ponownie do niego.
- Gdzie jest to lekarstwo?! – zapytał ze złością, wchodząc do gabinetu mutanta.
- Nie mam go – odparł spokojnie Erik, nawet nie patrząc na swojego człowieka.
- Jak to nie masz?! – zbulwersował się natychmiast John, postępując groźnie ku Erikowi, a na jego dłoniach pojawiły się naraz płomienie. Magneto spojrzał na niego ciekawie i mruknął:
- No proszę… Złość wyzwoliła w tobie silniejsze moce. Ładnie…
- Gadaj, czemu nie masz lekarstwa? Obiecałeś!
- Z tego, co wiem, twoja Marie czuje się już lepiej, więc nie jest jej potrzebna moja pomoc… A teraz wyjdź!

366 czyt.
100%91
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1472 słów i 8549 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 23 wrz 2018

    Tradycyjnie zestaw na tak. No prosze Kapitan Ameryka...ciekawe czy inni bohaterowie komiksów.  się  tez pojawìą. Pozdrawiam