Przygody Rogue 7

Samotna gałązka pozostawiona nieopatrznie na wymuskanym trawniku lub przygnana tam przez wiatr, trzasnęła pod jego stopą, gdy pewnym krokiem zmierzał w stronę drzwi wejściowych. Szedł spokojnie, ale zarazem czujnie, rozglądając się wkoło. Zachowywał się tak, jakby się skradał. Wiedział doskonale, że poza nią nie ma w domu nikogo innego, a pomimo tego i tak się lekko denerwował, co w jego przypadku było dość nietypowe. Nie chciał, by ktokolwiek go zaskoczył, a już zwłaszcza ona... Znał jej sztuczki aż zanadto dobrze.
Cichaczem wszedł na ganek i stanął tyłem do drzwi. Rozejrzał się raz jeszcze i ręką wymacał gałkę. Przekręcił ją ostrożnie i wślizgnął się do środka, uważając, by nie skrzypnęły drzwi. Przystanął w ciemnym korytarzyku. Wiedział, gdzie ona teraz jest. W głębi domu... Ruszył więc, starając się niczego nie potrącić w ciemnościach. Praktycznie nie oddychał, zbliżając się do jasno oświetlonej kuchni, w której siedziała samotna kobieta. Stanął w drzwiach, patrząc na jej plecy. Uśmiechnął się przebiegle i wyciągnął z kieszeni szmatkę nasączoną chloroformem i sznur. Zrobił krok w jej stronę. Skrzypnęła drewniana podłoga...
Rogue wzdrygnęła się mimowolnie, gdy młoda kobieta upadła na podłogę zemdlona. Pokręciła głową i wyłączyła film, który do tej pory oglądała. Wstała powoli z kanapy, wciąż jeszcze osłabiona wyniszczającą ją jakiś czas temu chorobą, którą chyba tylko cudem udało się jej przezwyciężyć i ruszyła do kuchni. Naraz przystanęła, widząc na jasnym dywanie ślady butów.
- Pyro? – zdziwiła się szeptem. Była w domu tylko z dziećmi, bo jej ukochany wciąż jeszcze nie wrócił z misji, na jaką wysłał go Magneto. Obróciła się z zamiarem zajrzenia do pokoju kilkutygodniowego synka i nagle upadła zemdlona. Ostatnim, co jeszcze zdążyła w ostatniej chwili zauważyć, były tak dobrze znane sobie oczy... Z uśmiechem zadowolenia chwycił ją w ramiona, zanim upadła na podłogę i wyniósł ją tylnym wyjściem do zaparkowanego w lesie samochodu. Wracając do domu, by zatrzeć ślady swej bytności w nim, natknął się niespodziewanie na Pyro, który wrócił właśnie do domu. Młody mężczyzna wyglądał na mocno zmęczonego. James uśmiechnął się wrednie, widząc zaskoczenie przeciwnika. Błysnęły adamantowe szpony w tym samym momencie, w którym na dłoniach drugiego pojawiły się płomienie. Logan był jednak doskonale zaprawiony w tego rodzaju walkach. Zręcznie uniknął śmiertelnego zagrożenia w postaci huczącego ognia i skoczył ku John’owi. Szpony weszły w brzuch Pyro jak w masło. Płomienie natychmiast zniknęły. Zemdlony John upadł na podłogę, brocząc dywan krwią. Wolverine skrzywił się, słysząc hałas, jaki tym wywołał, lecz nie przejął się nim zbytnio. Kopniakiem odwrócił młodszego kolegę na plecy. I wtedy go usłyszał. Dziecięcy, piskliwy głosik, który nakazywał mu wynosić się z domu. Zaskoczony odwrócił się w stronę schodów i ujrzał stojącego na nich małego chłopca w piżamce i z misiem w ręku.
- Idź stąd! – powtórzył malec, patrząc na niego ze złością. Patrząc w jego oczy, Logan doznał niemiłego wrażenia, że przecież gdzieś już je kiedyś widział... Nie potrafił sobie jednak uzmysłowić, gdzie, do cholery! Postanowił jednak nie zaprzątać sobie tym głowy, skory ten pędrak mógł w każdej chwili ściągnąć mu na głowę mutantów z Bractwa. Podszedł więc szybko do chłopca i ścisnął go za kark. Malec padł nieprzytomny wprost w jego ramiona. Przerzucił go sobie jak worek ziemniaków przez ramię i wybiegł do pozostawionego samochodu. Wrzucił go do bagażnika tuż obok nieprzytomnej Rogue... Ruszył z piskiem opon, tak głośnym, że ocucił rannego Pyro. Młodego mutanta natychmiast zalała fala obezwładniającego bólu. Jęknął, czując jak z rany płynie krew. Zagryzł wargi, starając się nie wrzeszczeć z bólu, który przecież mógł obudzić dzieci...
Dzieci! Rogue! Podniósł się gwałtownie i prawie znów odpłynął, gdy rana zaprotestowała gwałtownie. Stęknął, przywołując niewielki rozedrgany płomień i krzycząc z bólu przyłożył go do rany. Wypalił ją...
Wstał chwiejnie, trzymając się czego bądź i ruszył prawie na czworakach po schodach. Wiedział już, że musiało stać się coś złego, skoro w ich domu był Logan! Praktycznie doczołgał się do pokoju synka i cicho otworzył drzwi. Maluch spał w najlepsze w swoim łóżeczku. Postękując z wysiłku i bólu ruszył do pokoju James’a. Jego jednak w nim nie było!
- James! – krzyknął, aż zakręciło mu się w głowie. Zero odzewu. – Marie!
Trzymając się ścian, dotarł do ich sypialni. Pusto.
- Nie... Nie!!! – wrzasnął, zdając sobie sprawę, że logan najpewniej porwał jego ukochaną, a wraz z nią i ich syna... – Zabiję cię za to... – syknął, starając się nie zemdleć z bólu. Przycisną dłoń do brzucha, zagryzając wargi. – Apteczka! – przypomniał sobie. Ale do łazienki było tak cholernie daleko, a jemu znów kręciło się w głowie... Obraz zaczął się zamazywać. Zemdlał.

Tymczasem Logan położył Rogue na niezbyt czystym łóżku w jakimś zapomnianym przez ludzkość obskurnym moteliku, zakneblował ją i związał, by nie uciekła, gdy już się ocknie oraz by nie mogła go dotknąć. Wrócił po chłopca i rzucił go koło niej, cały czas zastanawiając się, skąd zna te oczy... Usiadł w wyświechtanym fotelu i czekał. Obudziła się godzinę później. Najpierw stęknęła głośno i otwarła półprzytomne oczy. Przez chwilę rozglądała się uważnie w swoim polu widzenia, aż w końcu zauważyła Logana. Gniew zawrzał w niej. Szarpnęła się, chcąc wstać i dotarło do niej, że jest związana. Wierzgnęła jeszcze mocniej i natrafiła nogą na coś miękkiego, co również jęknęło. Dostrzegła syna i zbladła. Strach zakradł się do jej serca... Logan, ty skurwielu!

78 czyt.
100%41
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1084 słów i 6082 znaków

Komentarze (1)

 
  • AnonimS

    AnonimS 11 paź 10:50

    Dobry odcinek ale jal dla mnie krotki. Zestaw na tak. Pozdrawiam