Przygody Rogue 5

Przygody Rogue 5Cztery lata później.
- James, wracaj już do domu! – krzyknęła Marie, wychylając się z okna. Mały chłopczyk przestał kopać zapamiętale piłkę na podwórku i pobiegł w stronę werandy w podskokach. Rogue zaśmiała się, gdy zjawił się w kuchni w postaci wesołego i rozmerdanego Setera Irlandzkiego. Chłopiec-pies spojrzał na swoje odbicie w drzwiach lodówki i szczeknął radośnie, po czym wrócił do swojej normalnej postaci. – Umyj ręce, czas siadać do stołu…
- A gdzie tata? – zapytał malec, idąc w stronę łazienki.
- Jestem już – odezwał się naraz Pyro, wychodząc z salonu do holu. James rzucił się w jego stronę z wrzaskiem radości, który szybko zamienił się w poszczekiwanie i już po chwili wokół nóg John’a hasał wesoło czekoladowy Seter. Pyro, parsknął niepowstrzymanym śmiechem i pogłaskał, łaszącego się psa po puszystej głowie.
- Umyj ręce – polecił synkowi, gdy ten przybrał wreszcie normalną postać. – Tęskniłaś za mną? – zapytał ukochaną, podchodząc do niej i całując ją namiętnie na powitanie.
- Oczywiście! Oboje tęskniliśmy, Pyro – powiedziała, przytulając się do niego. – Mam dla ciebie pewną niespodziankę…
- Jaką? – zainteresował się, siadając przy kuchennym stole.
- Później – mruknęła mu tylko do ucha, gdy ich synek wbiegł do kuchni.

Wieczorem, gdy mały usnął już snem sprawiedliwego i oboje mieli pewność, że nie obudzi się przez najbliższe kilka godzin, John przypomniał sobie o słowach Marie.
- I cóż to za niespodzianka? – zapytał łagodnie.
- Poczekaj jeszcze chwilę – poprosiła go. – Zaraz przyjdę.
Położył się więc grzecznie na ich małżeńskim łóżku, oczekując powrotu ukochanej. Wyszła po niezbyt długiej chwili i zbliżyła się do niego, kręcąc uwodzicielsko biodrami.
- Mam ci coś ważnego do powiedzenia – wyszeptała, zatrzymując się przed nim. Spojrzał na nią z coraz większym pożądaniem, jako że miała na sobie zwiewny i dość przeźroczysty szlafroczek, ale widząc jej zaciętą minę, postanowił jej najpierw wysłuchać. – Przy James’ie nie miałam możliwości ci tego powiedzieć, ale teraz mogę już to zrobić – chwyciła go za rękę i spojrzała mu głęboko w oczy. – Pyro, jestem w ciąży!
Przez moment trwał w totalnym bezruchu i szoku, lecz kiedy położyła mu dłoń na swoim brzuchu, dotarło do niego, o czym mówi Marie.
- Jesteś w ciąży? – zapytał dla upewnienia się, choć przed chwilą dokładnie to powiedziała.
- Jestem – przytaknęła z szerokim uśmiechem. – I ty będziesz ojcem, John!
Zaśmiał się i przyciągnął ją sobie na kolana.
- To najwspanialsza wiadomość tego dnia! – powiedział, obejmując ją czule. – Nie mogłem nawet spodziewać się takiej rewelacji! To naprawdę wspaniale, Marie. James już wie?
- Nie, ty jesteś pierwszy – powiedziała, śmiejąc się. Pocałował ją namiętnie, ale odepchnęła go niespodziewanie, schodząc mu z kolan. Zaskoczony jej zachowaniem, uniósł się na łokciach i z lubością spojrzał na swoją piękną ukochaną akurat w momencie, gdy ta postanowiła się pozbyć swego wdzianka, odsłaniając najpierw nieduże piersi skryte pod koronkowym biustonoszem. W miarę odsuwania połów szlafroka, na światło dzienne wyjrzał jej płaski, umięśniony brzuch, w którym rozwijało się nowe życie oraz najsłodszą z niespodzianek, skrytą pod delikatnym materiałem majteczek z wysokim stanem, które apetycznie odsłaniały jej wąskie biodra i długie nogi.
- Weź mnie! – poprosiła, a jej głos dźwięczał pożądaniem.

Ich szczęście nie trwało jednak długo i zostało brutalnie przerwane już następnego dnia w południe – Magneto przysłał po nich, każąc im się natychmiast zjawić w kwaterze głównej Bractwa.
- Co się stało? – zapytał zaniepokojony Pyro, wchodząc do gabinetu Erik’a.
- Wypowiedziano nam wojnę…
- Co? Co ty bredzisz? – zdenerwowała się Marie.
- Xavier przysłał mi ten list – mruknął Magneto, podając im papier. – Ponadto w wiadomościach ogłosili, że Bractwo jest zagrożeniem dla społeczeństwa i ma zostać natychmiast zlikwidowane. Dali nam co prawda dwadzieścia cztery godziny na ewentualne poddanie się, gdyby ktoś zechciał, ale od jutra zacznie się jatka.
- Kogo to decyzja? – zainteresował się John, przekazując list Rogue.
- Rządu. Nie widzieliście porannych wiadomości? – zdumiał się Magneto. – Xavier wszedł w jakieś porozumienie z prezydentem…
- Byliśmy ździebko zajęci czym innym. Ważniejszym – powiedziała Marie, rumieniąc się lekko.
- Co może być ważniejsze? – zirytował się stary mutant. – Grozi nam eksterminacja…
- Rogue jest w ciąży – przerwał mu Pyro z dumą. Magneto spojrzał na niego zaskoczony. – Będziemy mieć dziecko.
- Gratuluję. Sami widzicie więc, jak ważne jest pokazać im, że mamy takie samo prawo do spokojnego życia, jak oni i zwykli ludzie!
- Wiem – przyznał Pyro. – Będą chcieli as zabić, tak?
- Niewykluczone – mruknął Magneto. – Choć przypuszczam, że część X-menów będzie wolała wziąć was żywcem. Ale ich możecie też zabić. Kto nie jest z nami, z definicji jest przeciwko nam!

- Boję się, John – powiedziała jakiś czas później Marie, gdy siedzieli znów w swoim domu. – Co będzie z naszym synem, gdy zginiemy?
- Nie myśl o tym, kochanie. Obiecuję, że zrobię wszystko, by was ochronić. Nie zrobią wam krzywdy – wyszeptał i przytulił ją. – Kocham cię.
- A ja ciebie.

Nazajutrz rano obudziły ich dziwne odgłosy dobiegające z dworu.
- Co się dzieje? – zapytała zdenerwowana Marie, wyskakując z łóżka.
- Nie mam pojęcia – przyznał John. – Sprawdzę to, a ty idź do małego i zostań tam z nim, dobrze?
- Nie puszczę cię samego! – oburzyła się. – Idę z tobą! James jest inteligentnym chłopcem i potrafi się maskować.
- Chodź! – zdecydował, wychodząc z sypialni. Na korytarzu natknęli się na zaspanego i przestraszonego malca.
- James powiedziała łagodnie Marie, klękając przed chłopcem. – Pobawimy się teraz, dobrze? Musisz się schować! Bardzo dokładnie. Ważne jest, żebyś się nie odzywał, rozumiesz?
Maluch kiwnął głową i pocałował szybko mamę, a potem tatę i umknął do swojego pokoju.
Tymczasem Rogue i Pyro zbiegli schodami na parter domu. Wypadli na werandę, gotowi do walki i zamarli, widząc, że wokół ich domku został utworzony kordon policji. Funkcjonariusze unieśli natychmiast broń, gdy młodzi wybiegli na zewnątrz.
- "Poddajcie się, a nikomu nic się nie stanie!” – krzyknął do nich któryś z policjantów, lecz Rogue nie mogła dostrzec, który.
- A jeśli tego nie zrobimy? – zapytał głośno Pyro, sięgając ręką do kieszeni spodni. Marie zerknęła na niego krótko.
- "Jesteście niebezpiecznymi mutantami! Poddajcie się!”
- Niebezpiecznymi mutantami – mruknął Pyro ponuro, powtarzając z bladym uśmiechem słowa funkcjonariusza. Rozejrzał się, otwierając zapalniczkę i zapalając ogień. – Macie rację – powiedział już o wiele głośniej. – Z tym że ja jestem najgorszy!
Ogień błyskawicznie buchnął potężnym płomieniem, który zmiótł jednego z policjantów z werandy. Za sobą usłyszał odgłos tłuczonego szkła. Obrócił się, momentalnie przerzucając płomień na drugą rękę i dosłownie zdmuchując nim policjantów z podłogi salonu. Odwrócił się znów, słysząc pisk Rogue. Wściekły podniósł płomienie na wysokość swojej głowy, po czym otoczył nimi ukochaną, tym samym chroniąc ją przed gliną, który próbował zakuć ją w kajdanki elektryczne. Policjant wrzasnął, gdy ogień nieco go przysmażył.
- Rogue! – wyciągnął do niej dłoń. Płomienie opadły gwałtownie, a kompletnie nieuszkodzona dziewczyna, przylgnęła do Pyro.
- Nie krzywdź ich – poprosiła szeptem. – Oni się boją.
- Wracaj do domu! – nakazał jej stanowczo.
- Ale…
- Idź! – warknął, tworząc ogniową barierę przed nimi, która uniemożliwiła policji dostrzeżenie manewru. – Wracaj do James’a. Przegonię ich stąd i wrócę do ciebie. Rozumiesz?
- Nie zabij ich, proszę…
- Obiecuję – mruknął i powoli opuścił płomienie, by dojrzeć, co dzieje się na placu. Marie zniknęła w domu. Tymczasem on zszedł po schodkach, rozglądając się wokół. Płomienie szalały na jego rękach, a policjanci uciekali popłochu.
- Nie przychodźcie tu więcej! – wrzasnął, nieomal zdzierając sobie gardło. Odwrócił się, by wrócić do domu i otrzymał silny cios w brzuch. Jęknął, opadając na kolana.
- "Nie sądziłem nigdy, że będziesz tak wielkim idiotą, John” – usłyszał tak dobrze znany sobie i ostatnimi czasy znienawidzony głos.
- Logan! – warknął, podnosząc się z klęczek. – Zjeżdżaj stąd albo cię przysmażę! – ostrzegł, a na jego dłoni znów zalśniły czerwienią i złotem płomienie.
- Nie możesz mnie zabić – powiedział dość spokojnie Wolverine, skupiony na młodym mutancie i zupełnie niezdający sobie sprawy, że w domu za nim znajduje się jego dawna miłość i syn, o którym nie ma bladego pojęcia.
- Może się o tym przekonamy?!
Płomienie niezwłocznie otoczyły Logana. Mutant wrzasnął, palony żywcem, lecz jego zdolność regeneracji sprawiła, że nie był tak łatwym przeciwnikiem, jak życzyłby sobie tego Pyro. W końcu szpony Logana przecięły powietrze ze złowieszczym świstem. Pyro syknął z bólu, gdy adamantium przecięło mu skórę na ramieniu. To jednocześnie sprawiło, ż ogień przygasł. John cofnął się, by choć chwilowo nie narażać się na ostrza Wolverne’a, przyciskając dłoń do zranionego ramienia. Logan upadł na ziemię. Dyszał ciężko, a jego wygląd mógł przyprawić o niekontrolowane torsje nawet największego twardziela. Jego skóra była zwęglona, włosów nie było, a gdzieniegdzie na sczerniałym ciele dziwnie błyszczącymi kolorami odznaczały się stopione fragmenty jego ubrania. Lecz to w końcu zaczęło znikać, gdy regeneracja zaczęła robić swoje. Po kilku chwilach odnowiony i niemal nagi, bo ubrany tylko w slipki, mutant stanął pewnie na nogi.
- Kurwa! – zaklął przerażony Pyro, robiąc jeszcze jeden krok w tył.
- Za to cię zabiję! – syknął Wolverine, rzucając się niespodziewanie w stronę swojego byłego ucznia. Adamantowe szpony mignęły w powietrzu, lecz jakimś cudem blondyn zdołał uniknąć śmiertelnego ciosu. Obrócił się na pięcie o dziewięćdziesiąt stopni i potknął o kępę trawy rosnącą na nierównym gruncie. Zachwiał się mocno i właśnie ten moment wykorzystał Logan. Doskoczył do dawnego kolegi i wbił mu ostrza prawej dłoni w bark. Pyro zawył z niewymownego bólu, a tymczasem impet uderzenia powalił go na ziemię. Czuł, że jego życie za chwilę się skończy, bo Wolverine szykował się właśnie do zadania ostatecznego ciosu. Nagle James poczuł, jak słabnie gwałtownie i opadł na kolana obok John’a. W jego polu widzenia pojawiła się najmniej oczekiwana osoba – Rogue! Dopadła do ukochanego i osłoniła go własnym ciałem.
- Marie! – wystękał Logan, patrząc na nią w szoku. Przez niemal pięć lat myślał, że stracił ją już na zawsze. – Co ty tutaj robisz?
- Mieszkam! Zaatakowaliście mój dom! – warknęła. Chyba po raz pierwszy widział ją aż tak wściekłą!
- Nie wiedziałem – przyznał, z niemałym trudem wstając z klęczek. Już dawno nie był aż tak słaby… - Dlaczego nie wróciłaś? – zapytał z wyrzutem.
- Do czego?! Ty i tak nigdy mnie nie chciałeś! Więc ja nie chcę już ciebie! Wynoś się stąd! – wrzasnęła. Logan spojrzał na nią krótko i warknął przez zaciśnięte zęby:
- Ta rozmowa nie jest jeszcze skończona! – ostrzegł ją i odszedł. Gdy zniknął z ich pola widzenia i mieli pewność, że już nikt ich nie zaatakuje, Marie zerknęła zaniepokojona na John’a. Stęknął, próbując wstać, ale ranne ramię i duża utrata krwi sprawiły, że ponownie opadł na trawę.
- Pomogę ci – wyszeptała i pomogła mu stać. – Bardzo boli? – zapytała z troską, prowadząc go ostrożnie do domu.
- Nie jest źle – jęknął przez mocno zaciśnięte zęby. W salonie czekał na nich mocno przestraszony James. Co chwilę zmieniał kolory swojej skóry, a jego oczy płonęły jakimś niezdrowym blaskiem. – Hej, mały, już wszystko w porządku… Poszli sobie – powiedział Pyro, siadając obok syna na sofie.
- Jesteś ranny – zauważył chłopiec.
- To tylko draśnięcie. – John próbował zbagatelizować sprawę, by nie straszyć chłopca jeszcze bardziej, ale okropny grymas bólu na jego twarzy, mówił co innego.
- Zdejmij bluzę – poleciła Rogue, przynosząc z łazienki podręczną apteczkę. Z jej wyraźną pomocą pozbył się przesiąkniętego krwią ubrania. Wyczerpało go to jednak na tyle, że osunął się po kanapie, zostawiając na niej czerwone ślady. – Muszę przemyć tę ranę. I przydałoby się założyć kilka szwów. Niestety środka ci nie zeszyję… - mruknęła młoda kobieta, przyglądając się z uwagą ranie.
- Może ja pomogę? – zaoferował się chłopiec. Oboje spojrzeli na niego zdumieni. Tymczasem on położył swoje małe rączki na ramieniu ojca i skupił się wyraźnie. Po chwili jego dłonie rozbłysły oślepiająco błękitnym blaskiem, a rany po adamantowych szponach Wolverine’a zaczęły strasznie piec. John zacisnął mocno zęby, by nie zacząć krzyczeć. Wkrótce jednak pieczenie ustało, a po ranach nie pozostał nawet ślad.
- Jak to zrobiłeś, synku? – zapytała zaskoczona Marie, patrząc na wyleczone ramię ukochanego.
- Po prostu – odparł malec, wdrapując się na kolana Pyro.
- Niesamowite! – przyznał młody mężczyzna, obejmując chłopca.

Przez cały dzień usuwali skutki ataku policjantów i obrony John’a, więc dopiero wieczorem dowiedzieli się, że wojsko i rząd wycofały się ze swojego planu, a X-Meni w obliczu przeważającej liczby mutantów Bractwa, uciekli z podkulonymi ogonami.
- Boją się nas – ucieszył się Pyro, gdy w trójkę siedzieli przy kuchennym stole.
- Nie jestem przekonana, czy jest to, aby powód do świętowania – mruknęła. John spojrzał na nią zaskoczony. – Przypuszczam, że Profesor nam nie odpuści, więc za jakiś czas znów się z nimi zmierzymy… A wielu z nich było przecież kiedyś naszymi przyjaciółmi…
- Dokładnie, Rogue, było – przytaknął. – Zauważ, że nawet Logan nie miał oporów przed zaatakowaniem nas…
- Więc co? Powinnam ich spisać na straty?
- Tak. Wszystkich i bez wyjątku.
- Ty tak zrobiłeś? – zapytała nieco zła.
- Już kilka lat temu, gdy przyłączyłem się do Magneto – powiedział. – Oni mnie nie interesują, kochanie. Teraz razem z James’em jesteście dla mnie najważniejsi. Nikt więcej!
- Nikt? – zapytała z przekornym uśmiechem.
- Pewnie jeszcze się ktoś znajdzie – mruknął i pogładził po policzku, po czym zwrócił się do zajętego pałaszowaniem kolacji syna. – Chcemy ci z mamą coś powiedzieć.
- Co takiego? – zapytał, patrząc na nich swoimi dużymi oczyma.
- Zostaniesz starszym bratem – oznajmiła Rogue z szerokim uśmiechem.

Tymczasem w Instytucie Xaviera.
- Wiedziałeś? – ryknął rozwścieczony Wolverine, bez pukania wchodząc do gabinetu Xaviera.
- Dobre wychowanie wymaga, by…
- Nie jestem dobrze wychowany i ty dobrze o tym wiesz! Więc nie chrzań mi tutaj, jasne? Wiedziałeś, że Rogue żyje? – huknął Logan, łapiąc Profesora za poły jego marynarki.
- Uspokój się natychmiast albo będę musiał cię uszkodzić – ostrzegł go Charles surowo. Logan puścił go i podszedł do biurka.
- Wiedziałeś? – zapytał po raz kolejny, ale tym razem już całkowicie spokojnie.
- Wiedziałem – przyznał Profesor. – I ty również byś to wiedział, gdybyś nie przestał jej szukać.
- Nigdy nie przestałem! – oburzył się James.
- Ale szukałeś jej coraz dalej, podczas gdy ona była niemal tuż pod twoim nosem!
- Dlaczego Marie odeszła?
- Nie wyjaśniła ci tego dzisiaj? – zdumiał się. Logan odwrócił się do niego zaskoczony. – Przecież doskonale wiedziałeś, co do ciebie czuła. Nie dałeś waszemu uczuciu żadnych szans, których ona tak bardzo wtedy pragnęła. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo wtedy potrzebowała twojej pomocy wsparcia i miłości. Nie wiń mnie więc za swoje niepowodzenia…
- Mogłeś mi jednak powiedzieć, gdzie jest! Odbiłbym ją z łap Magneto! – zdenerwował się na nowo.
- Rogue nigdy nie była więźniem w Bractwie. Przyjęli ją tam i zaopiekowali się w potrzebie.
- Jakiej potrzebie? – zainteresował się natychmiast.
- Tego musisz się sam dowiedzieć, przyjacielu – powiedział łagodnie Profesor.

589 czyt.
100%111
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2897 słów i 16979 znaków, zaktualizowała 8 wrz 2018.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 23 wrz 2018

    Jaka urocza scena spotkania byłych kochanków . No i te nadnaturalne mozliwosci mutantów. Ciekawie to piszesz.  Pozdrawiam