Przygody Rogue 4

Dwa miesiące później.
- Robię się gruba – mruknęła nieszczęśliwie Rogue, wchodząc do kuchni. Jej ciążowy brzuch było już naprawdę wyraźnie widać. Pyro zerknął na nią znad gazety, którą właśnie czytał i uśmiechnął się delikatnie.
- Wyglądasz wciąż tak samo pięknie – powiedział, podsuwając jej talerz z kanapkami.
- Powtarzasz to codziennie – zaśmiała się, sięgając po przygotowane przez niego jedzenie.
- Bo to prawda. Ciąża dodaje ci uroku. Dziwię się, że sama tego nie widzisz…
- Widzę – przytaknęła. – Ty jednak mówisz tak tylko dlatego, by nie denerwować ciężarnej kobiety.
- Tak sądzisz? – zapytał jakoś smutno.
- Tak… Poza tym twoja opinia się nie liczy! – prychnęła.
- Dlaczego? – zdumiał się szczerze.
- Bo ty jakoś inaczej na mnie patrzysz…
- Bo cię lubię – odparł, znikając na chwilę za gazetą, by opanować emocje. – I to akurat nie wpływa na moją ocenę, Marie. Każdy facet powie ci, że wyglądasz wspaniale. Zwłaszcza z tym brzuszkiem.
Znów się roześmiała, a to było dla niego jak pieśń i balsam dla jego udręczonej duszy i serca. Miał nadzieję, że gdy razem pomieszkają, to to jego szczeniackie uczucie pójdzie w siną dal, ale niestety dla niego, jeszcze bardziej się pogłębiło. Zakochiwał się w niej z dnia na dzień coraz mocniej.
- Hej? Co się dzieje? – zapytała, delikatnie dotykając jego dłoni. To go natychmiast otrzeźwiło, choć jednocześnie sprawiło mu ogromną radość i ból. Drgnął gwałtownie, jakby ktoś wymierzył mu siarczysty policzek. – Wystraszyłam cię?... Przepraszam.
- Nie, nic się nie stało. To ja przepraszam. Zamyśliłem się – mruknął, żałując, że zabrała dłoń.
- Co się dzieje? Pyro, mnie możesz powiedzieć…
- Nie mogę – mruknął. – Uznasz to za przejaw kretynizmu.
- Dlaczego? – zdziwiła się, wbijając w niego poważne spojrzenie.
- Rogue, przestań, proszę… Co mam ci powiedzieć?
- Prawdę – wyszeptała. – Coś jest nie tak?
- Prawdę! – jęknął, ignorując jej pytanie. Wstał szybko ze swego miejsca i zaczął spacerować po kuchni. Śledziła go uważnym, zaniepokojonym wzrokiem. Wreszcie się zatrzymał i ukrył twarz w dłoniach. Już chciała do niego podbiec, gdy zdecydował się przemówić, a jego słowa wbiły ją w krzesło.
- Prawda jest taka, Rogue, że zakochałem się w tobie, gdy jeszcze oboje byliśmy w Instytucie – powiedział powoli, opuszczając dłonie i patrząc na nią smutno. – Tu nie chodziło tylko o to, że mi się podobałaś. Po prostu cholernie cię kochałem… Nadal kocham – wyznał nieco ciszej i wrócił na swoje miejsce przy stole.
- John… - wyszeptała.
- Co mam ci powiedzieć?! – warknął, być może ostrzej, niż zamierzał. – Że chcę, abyś była tylko moja? To niewykonalne, bo w twojej głowie wciąż jest Logan! Że chcę być twoim mężem i ojcem naszych dzieci, bo nie wyobrażam sobie życia bez ciebie? To właśnie chcesz usłyszeć?!... Więc usłyszałaś, a ja jestem totalnym kretynem! Cholera!
Zerwał się gwałtownie ze swojego miejsca i wybiegł z pomieszczenia, zostawiając ją samą, skołowaną przy stole z napoczętym śniadaniem.
Nie wiedziała… Nie podejrzewała nawet, że John może żywić do niej tak głęboko skrywane uczucia! Tak silne uczucia. Teraz nagle stało się dla niej jasne, dlaczego zgodził się nią zaopiekować i czemu był aż tak wściekły na Logana… No właśnie. Logan. Czy kochała go jeszcze? Sama zastanawiała się nad tym już od jakiegoś czasu. Fakt, że nawet nie próbował jej odnaleźć, pokazał jej, jak niewiele dla niego znaczyła. Nie. Nie kochała go już…
- Czekaj! – krzyknęła i potruchtała za Pyro. – Złapała go w drodze do jego sypialni. – Pyro, stój! – zażądała, łapiąc go za nadgarstek.
- Nie wracajmy do tego – mruknął mocno zachrypniętym głosem. Nie cofnął jednak ręki z jej uścisku. Postanowił sobie, że choć przez moment poczuje namiastkę tego, co byłoby między nimi, gdyby faktycznie byli parą tak jak niejednokrotnie w jego myślach. Cieszył się, że Marie nie jest telepatką. Nie chciał, aby zobaczyła jego myśli.
- Nie odchodź – poprosiła łagodnie. Spojrzał na nią znękanym wzrokiem. – Nie zrobiłeś z siebie głupka, John i nie uważam tego wszystkiego za przejaw kretynizmu – uśmiechnęła się półgębkiem. – Uważam, że to, co mi przed chwilą wyznałeś, jest… miłe.
- Co? – zdumiał się.
- Powiedziałam, że to miłe – powtórzyła nieco głośniej i pewniej. – Przebolałam już odejście Logana, Pyro i nie mam zamiaru więcej cierpieć z jego powodu. James okazał się podłym bydlakiem i tyle.
- Mądrze powiedziane…
- Nie przerywaj mi, proszę… Zdałam sobie sprawę, że w moim sercu pojawił się ktoś nowy, ale nie wiedziałam, czy mnie zechce…
- To wspaniale – próbował się uśmiechnąć, lecz wyszło to bardziej, jak grymas bólu i łagodnie wyswobodził rękę z jej uścisku. – Życzę wam szczęścia.
- O tobie mówię! – syknęła zirytowana, gdy ruszył znów do swojej sypialni. Zamarł w pół kroku i odwrócił się w jej stronę z szokiem wymalowanym na twarzy.
- Ty tak na poważnie? – zapytał, robiąc krok w jej stronę.
- Chodź i sam się przekonaj – odparła, uśmiechając się do niego łagodnie. W sekundę później znalazł się przy niej i nareszcie legalnie wziął ją w ramiona. Spojrzał jej głęboko w oczy, po czym pocałował ją namiętnie…

- Kocham cię – to były pierwsze słowa, jakie usłyszała jakiś czas później po krótkiej drzemce. Uśmiechnęła się szeroko i ostrożnie odwróciła w stronę John’a. Wciąż był nagi.
- Ja ciebie też – wyszeptała, gładząc go po policzku.
- Cieszę się – mruknął, całując ją delikatnie. – Jak się czujesz?
- Dobrze – przyznała.
- Jesteś pewna, że nic ci nie zrobiłem? – zapytał z troską.
- Oczywiście! – zaśmiała się. – Nie jestem ze szkła.
- Ty nie, ale ten maluch jest bardzo delikatny – przyznał i położył dłoń na jej brzuchu. – Nie chciałbym mu zaszkodzić.
- Spokojnie. Byłeś super delikatny.
- To dobrze… Ty sobie tu jeszcze poleż, a ja skoczę do kuchni po coś do jedzenia, bo śniadanie to zjadłaś bardzo marniutkie. Zaraz wrócę – powiedział i wyszedł z pokoju, wciąż się nie ubierając. Marie okryła się satynowym prześcieradłem, które służyło Pyro za kołdrę i usiadła, czekając na kochanka.
Tymczasem Pyro jak wicher wpadł do kuchni i zaczął szykować pożywny lunch dla ukochanej. Był szczęśliwy. Cieszył się również z tego, że jakimś niewiadomym sposobem Rogue nie odebrała mu jego mocy i sił witalnych, z czym po cichu oboje się liczyli. Rozmyślając o dziewczynie, zastawił tacę pokaźną ilością jedzenia. Doszedł też do wniosku, że poczucie odpowiedzialności za nią i jej nienarodzone jeszcze dziecko jest bardzo przyjemne. No i najwyraźniej zaczynał również kochać tego brzdąca…
- boże, John, ale wpadłeś! – zaśmiał się cicho, wychodząc z kuchni. – Wróciłem… Głodna?
- I to jeszcze jak! – przyznała ze śmiechem.

Kilka miesięcy później.
- Jest już tak blisko porodu, że może wreszcie pomyślałabyś nad imieniem dla dziecka? – zagadnął ją, gdy siedzieli wspólnie na kanapie, oglądając w telewizji jakiś durny talk-show.
- Masz rację – odparła, zastanawiając się w duchu, jak też Pyro zareaguje na wybrane przez nią imię dla chłopca. – Jeśli będzie to dziewczynka – odezwała się. – to chciałabym, żeby nosiła imię Samanta. Jest ładne i myślę, że pasuje do osoby, która będzie pewnie posiadać jakieś niezwykłe zdolności.
- W pełni się z tobą zgadzam – powiedział, nachylając się, żeby ją pocałować. – A jeśli będzie to chłopiec? – zaciekawił się. Przełknęła ślinę. A więc nie było już odwrotu…
- James – powiedziała stanowczo. – Chcę, żeby miał na imię James.
- Po nim, prawda? – zapytał cicho, a jego oczy pociemniały.
- Nie – skłamała szybko. – Po moim dziadku. Bardzo go kochałam, a zmarł, zanim poszłam do Instytutu.
Spojrzał na nią poważnie. Doskonale zdawał sobie sprawę, że Marie kłamie, ale zbyt mocno ją kochał, by kłócić się z nią o to imię. Przymknął na moment powieki. Moment, który jej wydawał się wiecznością.
- Dobrze. Chłopca nazwiemy James – powiedział i uśmiechnął się do niej czule, całując wnętrze jej dłoni.
- Dziękuję – wyszeptała. W następnej chwili przez jej twarz przebiegł grymas bólu. – John, zaczęło się…

Cztery godziny później.
- Ja już nie mogę! – załkała, ściskając Pyro za obydwie dłonie.
- Jeszcze chwila – wyszeptał jej do ucha, starając się mężnie przetrzymać fakt, że właśnie łamała mu palce. – Wytrzymaj!

- Jest śliczny – powiedziała cichutko zmęczonym głosem, trzymając niemowlę na rękach.
- To prawda – przytaknął, obejmując ją delikatnie. – Mały James…
- Dziękuję, John.

541 czyt.
100%121
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1604 słów i 9130 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 23 wrz 2018

    Hmm. Facet robi dla niej wszystko a ona go.okłamuje w kwestii wyboru imienia dziecka. I oboje wiedzą    ze to kłamstwo.  Pozdrawiam