Przeklęta - 27 | Finał

Czułam się jak skazaniec czekający na śmierć. Choć wokół nas było spokojnie, otoczenie nie pozwalało mi się zrelaksować ani odrobinę. Pałac wydawał się stwarzać zagrożenie samym swoim wyglądem. Wszystko wokół nas było… martwe. Może to dziwne, bo przecież ostatnie tygodnie non stop byłam otoczona przez martwych ludzi, ale przy Adamie i Jonathanie już tak tego nie odczuwałam. Przyzwyczaiłam się do nich, bo byli dobrzy, bo mi pomagali i w jakiś sposób stali się moimi przyjaciółmi, obrońcami. Gdy przybierali ludzką postać i nie emanowali światłem jak dopiero co wkręcona żarówka, było mi łatwo zapomnieć, kim tak naprawdę byli. Tutaj czułam się cholernie nieswojo. Nie było wokół żadnej żywej przyrody, zwierząt, o ludziach nawet nie wspominając. Wolałam nie pytać, gdzie dokładnie byliśmy, ale czułam się jak przerzucona do innej rzeczywistości, do innego świata. Nie było to przyjemne uczucie, zwłaszcza że po tej dziwnej miksturze, którą musiałam wypić, czułam się, jakby ktoś rzucił mną o ścianę. Bardzo twardą.  
Nie mogłam znieść czekania i tej martwej ciszy wokół nas, więc postanowiłam zadać Adamowi pytanie, które chodziło mi po głowie od dłuższego czasu:
- Jak umarłeś? – zapytałam, czując, jak bardzo mam ściśnięte gardło. Mój głos zabrzmiał głucho w przerażającej ciszy, ale mimo wszystko cieszyłam się, że ją przerwałam. Bałam się tylko, że Adam uzna moje pytanie za niestosowne. Sama nie wiedziałam, jak je postrzegać. W końcu nigdy nie powiadałam takich słów. Bo niby w jakiej sytuacji miałabym to zrobić?
Adam zerknął na mnie z boku i uśmiechnął się kwaśno.  
- Chyba nigdy nie sądziłaś, że zadasz komuś takie pytanie, co?  
- Nigdy – przyznałam.
Adam przez chwilę się wahał, jakby nie był pewien, czy mi odpowiadać.
- Wygląd ducha zależy od tego, w jakim stanie pochowa się ciało – zaczął, zbaczając z tematu. Słuchałam go uważnie. – Nie w momencie śmierci. To grób definiuje wygląd. Przypieczętowuje go i zostajesz taki na resztę… życia. – Ostatnie słowo niemal wypluł. – To dlatego nie wszystkie duchy wyglądają tak ładnie, jak by się chciało. Jeśli ciało jest już w stanie rozkładu i właśnie takie zostanie złożone do grobu, już nie będzie wyglądało inaczej.
- Ale ty wyglądasz normalnie – wydukałam, próbując wydedukować, dlaczego mi to mówi. – Więc twoje ciało nie mogło być w żaden sposób pokiereszowane, uszkodzone czy…
- Pochowali mnie szybko – przytaknął mi Adam.
- Więc co ci się stało? – Byłam coraz bardziej zniecierpliwiona. – Jesteś młody. Nie masz żadnych obrażeń. Więc jak…
Uniósł rękę, żeby mnie uciszyć.
- Powiesiłem się – powiedział tak spokojnie, jakbym spytała go o godzinę. Jego słowa mnie zszokowały. Adam szarpnął za kołnierz swojego ubrania, odsłaniając szyję. Natychmiast na nią spojrzałam, zastanawiając się jednocześnie, jak do tej pory mogłam nie zauważyć grubych, purpurowych szram w okolicy jego gardła. Nagle pożałowałam, że poruszyłam ten temat.
- Ale… - zaczęłam i urwałam. O co właściwie miałam zapytać? O co się pyta kogoś, kto nie miał jedynie zamiaru się powiesić, ale to przeżył, tylko kogoś, kto naprawdę to zrobił? Kto wybrał jeden z najgorszych sposobów na śmierć, kto z premedytacją odciął sobie dopływ powietrza… Nie wiedziałam. Dlatego zadałam najbardziej banalne pytanie, jakie tylko mogłam: - Dlaczego?
Adam wzruszył ramionami, tak jakby kwestia jego śmierci obchodziła go najmniej na świecie.  
- Stare dzieje. Po co o tym mówić?
- Bo to ważne! – powiedziałam głośnym szeptem. W głowie mi się nie mieściło, że Adam dobrowolnie odebrał sobie życie w tak młodym wieku. – Dlaczego to zrobiłeś? Miałeś całe życie przed sobą…
- Zakochałem się – przerwał mi. – Na zabój. Dosłownie – uśmiechnął się markotnie. – Co mam ci powiedzieć? Ludzie podejmują głupie decyzje. – Z powrotem zasłonił szyję. – Nie miałem łatwego życia. Tata wiecznie pracował, a pieniędzy i tak było mało. Mama chorowała. Nie starczało nam na leki. Mnie w dodatku opętało uczucie do dziewczyny, która mną gardziła. Byłem tylko problemem. A problemy trzeba usuwać. – Ponownie wzruszył ramionami.  
Miałam łzy w oczach. Nagle zrozumiałam, dlaczego Adam był wiecznie markotny, sarkastyczny i non stop się z nim kłóciłam. Jak mógłby mieć inne podejście do życia, skoro – jak sam mówił – zabił się, żeby nie sprawiać rodzicom więcej kłopotów? Nie mogłam tego pojąć. Zanim się spostrzegłam, łzy zaczęły spływać mi po policzkach.
- Nie sądziłem, że zaczniesz płakać, jak ci to opowiem – usłyszałam jego głos. – Przestań. To było dziesięć lat temu. Nie warto nawet o tym wspominać.
- Żartujesz sobie? – jęknęłam, pociągając nosem. – Jak możesz w ogóle tak mówić? Problemów się nie usuwa. Problemy się rozwiązuje. A twoi rodzice cię kochali i na pewno nie byłeś dla nich ciężarem!
Nie zareagował na moje słowa, jedynie wstał i wyprostował się.
- Zaraz musimy iść.  
Gorączkowo myślałam nad czymś, czym mogłabym go wesprzeć. Nie wiedziałam, czy miało to jakiś sens, ale te informacje wstrząsnęły mną na tyle, że byłam przepełniona współczuciem. Przypomniało mi się, jak reagował na Jasona, jak powiedział, że go nie znosi, bo jest ze mną… a ja poniekąd go odrzuciłam. Bo co miałam zrobić? Kochałam Jasona, ale… przecież Adam też nie był mi obojętny. Przy nim się zmieniałam. I też go potrzebowałam.
Adam zaczął iść powolnym krokiem w stronę pałacu. Podniosłam się chwiejnie i zawołałam:
- Poczekaj!
Odwrócił się i spojrzał na mnie pytająco. Zawahałam się, zastanawiając się, czy to, co powiem, nie będzie zdradą Jasona. W końcu jednak wydusiłam z siebie:
- Ja też coś do ciebie czułam. Czuję. Sama nie wiem. Ale wiem, że nie byłeś mi obojętny, chociaż ciągle się kłóciliśmy. Chciałam, żebyś to wiedział.
Uśmiechnął się gorzko i z pewnym zrezygnowaniem. Nie takiej reakcji się spodziewałam.
- Wiem o tym – powiedział, świdrując mnie wzrokiem. – Ale to nie ma znaczenia.
- Dlaczego nie ma? – prawie się obruszyłam. Podeszłam do niego, uważając, żeby się nie przewrócić. – Mówię ci, że coś do ciebie czuję, a ty mówisz, że to nieważne? Ty tak serio?
Spojrzał na mnie smutno, jak człowiek, który przeżył już bardzo dużo, ale i tak wciąż bolały go wszelkie porażki, których doświadczał. Przebiegł mnie nieprzyjemny dreszcz.
- To nieważne… - potwierdził. – Bo to było normalne. Wybrano mnie na twojego opiekuna. Łączyła nas głęboka więź, więź łącząca człowieka z duchem, który go chroni. To było normalne, że czułaś do mnie przywiązanie – spuścił wzrok. – Ja się w tobie zakochałem… ale twoje uczucia to jedynie iluzja, siła wyższa. Nie miałaś na to wpływu. Tak naprawdę nic do mnie nie czułaś. – Uśmiechnął się blado. – Ale ja już przyzwyczaiłem się do tej myśli.
Milczałam, przetwarzając te informacje, kiedy Adam przybrał ostry ton i skutecznie rozproszył moje myśli:
- Już czas. Idziemy.
***
Sama nie wiem, czego oczekiwałam, ale na pewno nie tego. Setki postaci, niektóre przezroczyste, inne wyglądające niemalże jak ludzie. Niektórzy wyglądający normalnie, niektórzy jak zombie, które właśnie wstały z grobu. Biegali, w jednej chwili pojawiali się, a za chwilę znikali. Niektórzy leżeli na podłodze z wbitymi w pierś nożami – zastygnięci, dokładnie tak, jak tłumaczył mi to Adam. Przywarliśmy do ciemnego zakamarka w tunelu.
- Co robimy? – spytałam przerażonym szeptem, zdając sobie nagle sprawę z tego, że nie wiem, co mam robić, gdzie iść.
- Musimy zatrzymać jak największą ilość duchów, znaleźć twojego tatę i przede wszystkim odszukać głównego dowodzącego – odszepnął mi Adam. – Jakiś musiał się znaleźć, kiedy zniknął Gordon.
Na sam dźwięk tego imienia zadrżałam. Coś się we mnie obudziło. Tak jakbym chowała w sobie dzikie zwierzę, które wyczuło krew. Nagle spojrzałam na wszystko innymi oczami. Nie widziałam zwycięstwa, tylko przegraną. Moi ludzie byli pokonywani. Padali jak muchy spryskane środkiem przeciw owadom. Wróg wchodził w nasze progi, a mnie nie było, by temu zapobiec. Poczułam wściekłość. Ogromną. Rozrywała mnie od środka. Ryknęłam głośno i podbiegłam do najbliższego ducha, który zastygł na podłodze.
- Leslie, co ty robisz?! – usłyszałam krzyk Adama. Paskudny gnojek. Nie zwracałam na niego uwagi. Uklękłam przy duchu i chwyciłam za rękojeść noża, gotowa wyciągnąć go z jego ciała.  
- Nie! – Adam nagle chwycił mnie za rękę i przytrzymał. Spojrzałam na niego dziko. Chciałam go zabić. Zabić, choć był już martwy. Chciałam usunąć go z tej ziemi.  
Nagle ten dziwny stan skończył się, równie szybko, jak się zaczął. Czym prędzej odskoczyłam od ducha, puszczając nóż. Dalej pozostał nieruchomy, jedynie jego oczy spoczęły na mnie i patrzyły z nienawiścią.
- Gordon – wydyszałam, patrząc na Adama. – To znowu on.  
- Niedobrze – mruknął Adam. – Jeśli zbyt często będzie przejmował nad tobą kontrolę, możesz zrobić coś wedle jego woli.
- Tym razem trwało to krótko – zauważyłam.
- Był wściekły. Energia szybko mu się skończyła. Co nie znaczy, że nie może wrócić – zastrzegł Adam ostrym tonem. – Musisz uważać.
Uważać. No pewnie. Ale jak mam uważać na coś, co siedziało we mnie i było ode mnie silniejsze? Nie powiedziałam tego na głos, choć miałam wielką ochotę. Musieliśmy usunąć się z terenów najgroźniejszych walk. Adam zaczął coś do mnie mówić, ale nie słuchałam go. Przypomniały mi się słowa taty o gablocie. Musiałam dostać się do centrum, cokolwiek to oznaczało. Był tylko jeden problem… jak miałam odejść od Adama? Nie chciałam mówić mu, że mam coś do załatwienia. Wiedziałam jednak, że on nie pozwoli mi na żadne nieracjonalne kroki. Nie oddali się ode mnie nawet na chwilę. Ale przecież nie mogłam zignorować tego, co mówił mi tata. Kalkulowałam, gdy nagle Adam ryknął:
- Uważaj! – Odepchnął mnie na bok. Uderzyłam o ścianę. Zabolało, ale natychmiast zrozumiałam dlaczego to zrobił. W moją stronę poleciał nóż – krótki, ale ostry. Dobry rzut i byłoby po mnie. Najgorsze, że nie było widać, kto go rzucił. Duchy wyraźnie uwielbiały korzystać z możliwości stawania się niewidzialnym.
Adam przez chwilę wyglądał, jakby nie wiedział, co robić. Nagle duch zmaterializował się przed nami, szczerząc zęby w okropnym uśmiechu.
- Zwróć nam naszego pana – powiedział powoli, patrząc na mnie. – Albo pożegnaj się ze swoim życiem.
- Uciekaj! – ryknął Adam, dalej mnie odpychając. Bardzo chciałam to zrobić, ale czułam się jak sparaliżowana. Duch wpatrywał się we mnie z jadowitym uśmiechem. Korzystając z tego, Adam rzucił w niego nożem. Zanim duch oderwał ode mnie wzrok i to zauważył, było już za późno. Zastygł, z nie do końca uformowanym uśmiechem na ustach. Zadrżałam i czym prędzej skierowałam wzrok na Adama.
- Posłuchaj – powiedziałam szybko, porzucając wszelkie tajemnice. – Muszę coś tu zrobić. Muszę dostać się do centrum i odnaleźć gablotę.  
- O czym ty mówisz? – rzucił Adam głosem sugerującym, że miał serdecznie dość moich pomysłów.
- Muszę znaleźć gablotę! – zawołałam w desperacji. – Tata mi to powiedział. To na pewno jest ważne!
- Leslie, nie mamy czasu na jakieś cholerne gabloty! – warknął Adam. Wiedziałam, że możemy się tu kłócić do końca świata, a ja i tak nie wygram z Adamem i jego zakazami. Wtedy do głowy przyszedł mi pewien pomysł – samolubny, okrutny i z całą pewnością nierozsądny. Przypomniałam sobie o nożu, który Adam dał mi do ochrony. Bez namysłu wyjęłam go i wbiłam w Adama, czując łzy w oczach. Udało mi się. Nagle znieruchomiał. Jedynie jego oczy patrzyły na mnie w bezbrzeżnym szoku. Zobaczyłam w nich jednocześnie złość, rozczarowanie i zdradę.
- Przepraszam – wyszeptałam. – Ale ty nigdy się na to nie zgodzisz, a ja po prostu muszę to zrobić. Wrócę tu – dodałam, zastanawiając się, czy to nie kłamstwo. – Odczaruję cię. Ale muszę to zrobić. Zrozum.  
Nie mogłam dłużej znieść widoku pełnych rozczarowania oczu Adama, więc wyminęłam go i pobiegłam przed siebie, myśląc, czy nie popełniam właśnie najgorszego błędu. Bez Adama zaraz na pewno mnie złapią i zabiją. Ale nie mogłam przestać myśleć o tej gablocie.
Szłam jak żołnierz: przykurczona, przy ścianach, co chwila kucając. Czułam się okropnie. Nie miałam przy sobie żadnej broni – mój jedyny nóż wbiłam w Adama. Nie miałam innych, a nie mogłam wyjmować ich z ciał. Mijałam po drodze dziesiątki. Gdy nad nimi przechodziłam, duchom obracały się za mną oczy. Potem już zaciskałam powieki, byle tylko na to nie patrzeć. Szłam i szłam, choć nie miałam pojęcia dokąd. Nagle zobaczyłam coś, co sprawiło, że żołądek podszedł mi do gardła. Zmaterializował się przede mną duch, a widząc moją przerażoną minę, zacmokał z zadowoleniem. To była ta sama kobieta, która podrzuciła mi niegdyś podrobiony sztylet. Zachichotała złośliwie.
- Kogo my tu mamy – powiedziała spokojnie. – Znów się spotykamy, Leslie.
- Zostaw mnie – pisnęłam, tak jakby miała się mnie posłuchać.
Z jej twarzy zniknął uśmiech. Zastąpił go morderczy wzrok.
- Koniec tej zabawy – warknęła. – Czas odzyskać naszego pana i władcę. Pójdziesz teraz ze mną, a może przeżyjesz.
- Kłamiesz – powiedziałam, prostując się. Nie miałam pojęcia, skąd taki nagły przypływ odwagi. Nie mogłam jej nic zrobić. Nie miałam broni. Może wzburzyło mnie to, że bezczelnie kłamała mi prosto w twarz… a może to, że przez nich i ich upór straciłam mamę, chłopaka, racjonalne myślenie… w dodatku przed chwilą byłam zmuszona wbić nóż w przyjaciela, w kogoś, kto mnie chronił. Miałam dosyć. – Kłamiesz, głupia suko – dodałam. Na jej twarz wstąpiło zdumienie. Widocznie nie spodziewała się z mojej strony takiego odwetu. – Wiesz, że czasem wasz pan się odzywa w moim ciele? – ciągnęłam. – Ale nadal jest uwięziony i mogę zrobić z nim co tylko zechcę – powiedziałam twardo, zdając sobie sprawę, że i ja nie mówiłam całej prawdy. Mimo wszystko kobieta cofnęła się o krok.
- Powinniśmy zabić cię już dawno temu – syknęła.
- Spróbuj – powiedziałam, patrząc jej hardo w oczy. – Mam teraz moc waszego dowódcy. Jak myślisz, czy z jego mocą tak łatwo dam się zabić?
Patrzyła na mnie ze zdumieniem, po czym nagle zniknęła. Odetchnęłam z ulgą i puściłam się biegiem przed siebie. Nie obchodziło mnie, dlaczego zniknęła – raczej jej nie przestraszyłam. Widocznie uznała, że potrzebuje więcej posiłków, by mnie zabić. Uwierzyła mi? Nie wiedziałam. Plotłam cokolwiek, byle tylko zyskać cenne minuty.
O dziwo, później już nikt mi nie przeszkadzał. Krążyłam po korytarzach, zmieniałam kierunki, biegłam, i gdy już sądziłam, że nie znajdę ani gabloty, ani Adama, ani wyjścia… nagle ją zobaczyłam. Na wysokim podeście, za grubym szkłem, unosił się, jakby w powietrzu… sztylet. Ten prawdziwy. Musiał być prawdziwy, bo na jego widok przeszły mnie dziwne dreszcze. Zresztą dlaczego mieliby aż tak ukrywać kolejną podróbkę? Tym razem czułam, że był prawdziwy. Teraz musiałam tylko go wydostać.  
Tym razem już wiedziałam, co robić – to samo, co zrobiłam w szpitalu psychiatrycznym. Skupiłam się na grubej warstwie szkła i wyobraziłam sobie, jak ją rozbijam. Jak szkło pęka na tysiąc kawałeczków, dając mi to, czego chcę. Od razu poczułam, że Gordon stawiał opór. Męczyłam się. Na czoło wstąpiły mi kropelki potu, poczułam, jak robi mi się gorąco. Toczyłam walkę sama ze sobą. Nagle w mojej głowie pojawiła się myśl:
- Nie dostaniesz go! – Poczułam się tak, jakby ktoś wysyczał mi te słowa do ucha. Wiedziałam, kto. Oddychając głęboko, wydyszałam:
- Chrzań się, pieprzony królu. To ja tu wygram.
Automatycznie poczułam wściekłość. Nie moją – jego. To jednak wystarczyło. Nagle szkło pękło z ogromnym hukiem. Wszystkie jego kawałki spadły na mnie. Nie zdążyłam się zakryć, dlatego jedno z nich rozcięło mi policzek, inne nadgarstek. Ale to było nieważne. Spadł też sztylet. Czym prędzej go chwyciłam. Wyczuwałam w nim lekkie drgania. To musiał być ten. A skoro był prawdziwy… mogłam wreszcie zrobić to, co powinnam zrobić już dawno temu – wysłać te duchy głęboko do piekła.  
Puściłam się biegiem w stronę powrotną. Zamierzałam dotrzeć do Adama, ale zapomniałam drogę, którą szłam. Zmieniałam ją co kawałek. Przede mną zaczęły pojawiać się duchy, najwyraźniej wezwane przez tamtą kobietę. Nagle już się nie bałam. Gdy zatopiłam nóż w pierwszym duchu, który mi się nawinął, nagle ogarnął go ogień. Wytrzeszczył oczy i prawie że spłonął na moich oczach. Zanim inne duchy zdążyły uciec, wykazałam się niesamowitą jak na mnie zręcznością i wbiłam sztylet w dwóch kolejnych. Cała trójka nagle zniknęła. Miałam nadzieję, że na dobre.
Po chwili już wcale nie było tak kolorowo. Poczułam, jak Gordon zaczął przejmować inicjatywę. Gdy zbliżałam rękę ze sztyletem do jakiegokolwiek ducha, walczył. Traciłam władzę nad własnymi mięśniami. Walczyłam resztką sił o to, by nie wytrącił mi sztyletu z dłoni, ale był zbyt silny. Wokół mnie zebrało się kilka duchów, które obserwowały mnie jak show w telewizji. Szczególnie jeden wzrok wzbudził we mnie niepokój – ten duch obserwował mnie jak jastrząb swoją ofiarę. Tylko dlaczego?  
Nagle chwycił mnie za gardło. Dopływ powietrza został natychmiast odcięty. Próbowałam utrzymać sztylet i jednocześnie uwolnić się z tego okropnego uścisku, ale nie dawałam rady. Przez głowę przemknęła mi absurdalna myśl – że tak się musiał czuć Adam, chwilę przed swoją śmiercią… nagle duch uniósł się w powietrze, dalej mnie trzymając. Wierzgałam nogami jak szalona, ale nie mogłam go kopnąć – nie był przecież materialny. Nagle znalazłam się na dworze. Uścisk na mojej szyi zelżał, a ja sama opadłam na ziemię jak worek ziemniaków. Zabolało. Cholernie. Poczułam, że na chwilę tracę przytomność. Gdy się podniosłam, zobaczyłam, że przede mną stał cały galion duchów. Ściemniało się, a one świeciły jak lampy. Serce galopowało mi jak szalone. Stali przede mną jak stado wilków, czekających, aż będą mogli rozszarpać swoją ofiarę. Boże. Co miałam teraz zrobić?  
- Leslie! – usłyszałam krzyk i odruchowo spojrzałam w bok. Zobaczyłam biegnących w moją stronę Adama i Jonathana. Natychmiast zostali złapani przez innych duchów. Zaczęli się szarpać. Miałam w oczach łzy. Nie wiedziałam, co robić. Nadal trzymałam w ręce sztylet, ale duchów było za dużo. Nie miałam szans.  
Nagle tuż przede mną pojawił się jeden z nich – ten, który mnie dusił. Chciałam się cofnąć, ale nie zdążyłam. Jego wzrok powędrował na moją klatkę piersiową. Zanim zdążyłam się zorientować, co robi, zerwał ze mnie kryształ, który naprawił moje rany. Uśmiechnął się szyderczo, a ja poczułam ogromny ból w całym moim ciele. Drżąc, spojrzałam w dół. Wszystkie rany, które zadałam sobie, uciekając ze szpitala, powróciły. Z powrotem pojawiły się na moim ciele. Opadłam na kolana, a duch cofnął się, podziwiając swoje dzieło. Bolało mnie tak, że nie byłam w stanie myśleć. Słyszałam krzyki Adama. W głowie rozbrzmiewał dziki śmiech Gordona. Ze mnie sączyła się krew i łzy porażki. To koniec. Ale przecież próbowałam. Starałam się. Naprawdę. Chciałam to zakończyć. Chciałam wreszcie normalnie żyć. Tyle chciałam, ale teraz… od śmierci dzieliły mnie chwile. Wykrwawiałam się. Jonathan mówił, że jeśli zerwą ze mnie kryształ, już nic nie uchroni mnie od śmierci. Umierałam na oczach setek duchów, którzy cieszyli się każdą sekundą mojego cierpienia. Pomyślałam o Jasonie. Już nigdy go nie zobaczę. Już nigdy nie zobaczę nikogo.
Ostatkiem sił spojrzałam na sztylet. Leżał w trawie, migocząc i błyszcząc się lekko. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Przez moją obolałą głowę przebiła się nagle myśl, która na pewno była moja. Skoro i tak umierałam… ale miałam do dyspozycji sztylet… mogłam usunąć z siebie Gordona raz na zawsze. Wciąż mogłam położyć temu kres i sprawić, by duchy nie miały już o co walczyć. Drżącą ręką podniosłam sztylet i skierowałam go ostrzem na siebie. Podniosłam głowę i spojrzałam na duchy, które stały przede mną. Choćby miało mnie to kosztować ostatni oddech, miałam zamiar ukrócić ich satysfakcję.
- Nie wygracie – wyszeptałam cicho, ale wiedziałam, że i tak mnie słyszą. – Choćby nie wiem co.
Zanim ktokolwiek zdążył mnie powstrzymać, zanim Adam zdążył na mnie krzyknąć, zanim zdążyli wyrwać mi z ręki sztylet… ostatnim, szybkim, zdecydowanym ruchem wbiłam go głęboko w siebie.



Edit: standardowo jakaś wiadomość o mym życiu xd powiem Wam że jestem teraz meeega szczęśliwa, bo udało mi się zdać ten egzamin, który mi ostatnio zabierał spokój, sen, życie towarzyskie i czas... Tak więc oto świętuję i dlatego powstał rozdział. Powoli się zbliżamy do końca tej historii. Mam już trochę pomysłów na nową, ale to już będzie typowe romansidło, znaczy to, co Candy lubi najbardziej. Co Wy na to? Będzie ktoś to czytał? :D ściskam Was mocno <3

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 4008 słów i 22154 znaków, zaktualizowała 10 mar 2017.

7 komentarzy

 
  • POKUSER

    Kolejna rewelacyjna część :) Napięcie sięga zenitu - i tu nagle cięcie... Super opowiadanie - czekamy na wielki finał

  • candy

    @POKUSER prawie dosłownie cięcie... cięcie skóry. Buhaha. Może dziś coś napiszę, okazało się, że mogę zostać w mieszkaniu i nie wychodzę na zajęcia :)

  • Saszka2208

    Oczywiscie ze bedziemy to czytac !!!! A ty dodaj szybciutko nowa część !!!!

  • candy

    @Saszka2208 jak tylko napiszę to dodam :D

  • Fan

    Przyjemnie się to czyta.  Gratuluję zdanego egzaminu

  • candy

    @Fan dzięki wielkie :)

  • Adanos

    Nie takiego zakończenia się spodziewałem. :(
    Oby jednak to nie był koniec, proszę!

  • candy

    @Adanos teoretycznie to jeszcze nie koniec...no ale prawie :(

  • Karolina12

    Ja chcę więcej  :yahoo:  :yahoo:  <3

  • candy

    @KontoUsunięteina12 rozkaz! <3

  • Black

    Kolejny raz uderzyło mnie to, co napisałaś, bo patrzę na to przez pryzmat własnych doświadczeń, a to znaczy, że masz wielki talent kobieto  :) Jak to kto będzie czytał? Oczywiście ja :D Zawsze warto czekać na ciebie i twoje opowiadania  :kiss:

  • candy

    @Black kochana! co ja bym zrobiła bez Ciebie :D <3

  • Black

    @candy Podpowiem ci.. To, co robisz teraz. Pisałabyś i wzbudzała zachwyt  :)

  • candy

    @Black oj nieee. Potrzebuję motywacji, bo ostatnio było z nią krucho, a wy mi ją dajecie najlepiej <3

  • Czytelnik2

    Nie będzie happy endu?

  • candy

    @Czytelnik2 nie zdradzę :)