Przeklęta - 26 | Taktyka

To było niepojęte. O ile wcześniej Adam robił wszystko, bym nie była narażona na widok większej ilości duchów niż było to konieczne – teraz już nie dało się tego uniknąć. Nagle w bazie zaroiło się jak na koncercie. Niektóre duchy przybierały ludzką postać, niektóre nie, ale i tak wszystkie zerkały na mnie ciekawsko. Mimo wszystko nie byłam przyzwyczajona do tylu spojrzeń… nie, poprawka. Byłam. Gdy umarł tata, byłam non stop pod ostrzałem wielu par oczu. Była tylko jedna, subtelna różnica – tamte spojrzenia  wychodziły z gałek ocznych żywych ludzi. Martwe spojrzenia znosiło się dużo gorzej.
Wszyscy za czymś biegali, czegoś szukali, zbierali sprzęt, tak jakby robili to codziennie. Ja miałam ochotę położyć się w jakimś opuszczonym grobie i wąchać kwiatki od spodu. Byłam zmęczona, tak zmęczona, jak jeszcze nigdy w moim życiu. Podejrzewałam, że w pozycji pionowej utrzymywała mnie jedynie podejrzana moc Gordona oraz ten dziwny kryształ, który miałam teraz zawieszony na szyi. Chciałam zwyczajnie iść spać. Napić się kawy. Przytulić się do mamy, a potem zjeść śniadanie i wziąć prysznic. Cokolwiek ludzkiego. Już od dłuższego czasu nie czułam się jak człowiek.
Miotały mną mieszane uczucia. Z jednej strony kamień spadł mi serca, że Jason był już wolny. Kiedy ścisnął moją rękę – świadomie – myślałam, że to sen. Poniekąd przyzwyczaiłam się do ducha, który w nim był. Przywykłam do myśli, że miłość Jasona do mnie była tak tłumiona, że niemal zanikła. Wzruszyło mnie też, że Adam to dla mnie zrobił, choć przecież nie znosił Jasona. Nawet nie miałam okazji należycie mu podziękować. Mimo wszystko wciąż się martwiłam. Moja mama dalej pozostawała pod wpływem złych duchów, a nie chciałam prosić Adama, by teraz uwalniał i ją – zwłaszcza że po udanej próbie wyzwolenia Jasona wyraźnie osłabł. Martwiłam się, bo nie miałam pojęcia, jak duchy słabną i jak się regenerują, to wszystko wciąż pozostawało dla mnie abstrakcją. Martwiłam się tym, co miało nadejść. Jaką miałam mieć w tym rolę? Co mam robić? A jeśli się nie uda? A jeśli Gordon, który rzeczywiście był teraz silniejszy, w pewnym momencie przejmie nade mną kontrolę i stracę świadomość? Stanę się równie opętana, jak Jason, moja mama i Bóg wie kto jeszcze? Nagle, w tym całym zgiełku, przypomniała mi się Diana i jej szybka śmierć na moich oczach. Czy mogłam jej zapobiec? Miałam wrażenie, że to wszystko stało się bardzo dawno temu. Głowa mi pękała wzdłuż i wszerz, a przecież to był dopiero początek.
Starałam się unikać wszelkich spojrzeń, ale było tak, jakbym znalazła się w tłumie na rynku i kompletnie nie potrafiła znaleźć wyjścia. Gdy tylko jakiś duch ocierał się o mnie, momentalnie się wzdrygałam. Byłam już przyzwyczajona do Adama i Jonathana, ale to… to było stanowczo za dużo. Wokół mnie rozbrzmiewały dyskusje – niektóre prawie że radosne – czym najlepiej osłabić przeciwnika, omawianie technik ataku i inne tematy, o których nie miałam pojęcia. Byłam przerażona. Zdołałam jakimś cudem odnaleźć Jonathana. Szarpnęłam go za ramię.
- To jest chore – wyszeptałam, cedząc słowa. – Nie możemy załatwić tego inaczej?
Jonathan spojrzał na mnie ze zrozumieniem i poklepał po dłoni.
- Kochane dziecko, ty najlepiej powinnaś wiedzieć, dlaczego właśnie ten sposób jest najlepszy. To już trwa za długo.
Miał rację, więc skinęłam głową i już nic nie powiedziałam, choć pytań miałam tysiące. Z nerwów miałam tak ściśnięte gardło, że ledwo byłam w stanie artykułować wyrazy. Nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, gdy nagle poczułam, że obok mnie stanął Adam.
- Niezłe zbiegowisko, co? – skomentował. Zerknęłam na niego i zobaczyłam, że się lekko uśmiecha.
- Lepiej ci? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Mi tak, ale tobie chyba nie – odparł. – Powinnaś się przespać. Nam się jeszcze trochę zejdzie.
Na myśl o tak prozaicznej czynności prawie się uśmiechnęłam, ale nie miałam na to siły. Poszłam we wskazanym mi przez Adama kierunku i wkrótce natknęłam się na łóżko, na którym leżałam ostatnio, choć szczerze mówiąc, teraz pewnie zasnęłabym nawet na skale. Oczy zamknęły mi się, gdy tylko moja głowa dotknęła poduszki.
***
Przyśnił mi się tata – po raz pierwszy nie sam jego głos, ale tata. Ciało, które było zamknięte w symbolicznej klatce. Stałam oddalona od niego o jakiś metr, ale nie byłam w stanie podejść bliżej. Serce mi się krajało, gdy patrzyłam, jak siedział zamknięty w ogromnej klatce niczym zwierzę.
- Schwytali mnie – powiedział nagle, patrząc na mnie z lekkim uśmiechem.  
- Dlaczego się uśmiechasz? – wyszeptałam, próbując do niego podejść, ale oczywiście nie byłam w stanie ruszyć nogą. – Co w tym zabawnego?
- Bo myślą, że wygrają, ale jeszcze nie wiedzą, kim jest moja córka – odpowiedział, a w jego głosie słyszałam dumę.  
- Tato, jestem zwykłym, zmęczonym człowiekiem – mruknęłam, spuszczając głowę. – Tak bardzo nie chcę tam iść. Boję się. Co oni ci zrobią?
- Nic mi nie zrobią – odparł tata, a ja ponownie na niego spojrzałam. Patrzył na mnie zdecydowanie. – Mi już nic nie mogą zrobić. Musisz zadbać o to, żeby nie zrobili nic tobie. Leslie, posłuchaj mnie uważnie. Musisz znaleźć gablotę.
Na chwilę osłupiałam.
- Gablotę?
- Tak… gablotę… - tata nagle ściszył głos. – Nie mogę powiedzieć za wiele. Kontrolują mnie. Szukaj gabloty w centrum.
- Jakim znowu centrum? – zapytałam, ale nagle klatka, w której uwięziony był tata, zaczęła się oddalać. Próbowałam biec, ale dalej nie mogłam się poruszyć. Parę sekund później obudziłam się, cała zlana potem.  
- Gablota – zamamrotałam do siebie. – Gablota w centrum. Świetnie. Ależ to rozjaśniło sytuację, tato.
Zdążyłam uspokoić oddech, gdy nagle przede mną pojawił się Adam. Po jego oczach poznałam już, co chciał mi powiedzieć.
- Już czas – powiedział krótko.
***
- Właściwie gdzie złe duchy mają swoją siedzibę? – spytałam, gdy przemykaliśmy się korytarzami, by wydostać się z bazy.
- Nie da się tego jednoznacznie określić – odparł Adam, pakując sobie po kieszeniach noże, na co wolałam nie patrzeć. – Nie jest gdzieś na widoku. Dostanie się tam wymaga specjalnego zaklęcia.
- Proszę, powiedz, że je znamy i jesteśmy w stanie się tam dostać – rzuciłam.
- Gdybyśmy nie byli, to raczej byśmy się nie szykowali, no nie? – burknął.
- Czegoś tu nie rozumiem – powiedziałam powoli. – Dlaczego my możemy się dostać do nich, a oni do nas nie?
- Dostali się do poprzedniej bazy. Do tej jeszcze nie znaleźli wejścia, ale niechybnie za jakiś czas się to stanie – Adam zerknął na mnie dziwnie. – Czemu mówisz „my”? Tak się ze mną zżyłaś czy może już planujesz umierać?
Postanowiłam zbyć jego pytanie milczeniem, a on wyciągnął w moją stronę ostro zakończony nóż. Odruchowo się cofnęłam.
- Po co mi to dajesz?
- A chcesz przeżyć? – spytał krótko. To mnie przekonało, by wziąć ten nóż i wcisnąć do kieszeni.  
- Jak się tam dostaniemy? – ponowiłam pytanie. W odpowiedzi Adam wyciągnął w moją stronę małą fiolkę z jakimś przezroczystym płynem.
- Wypij to.
- Wódka na rozluźnienie? – spytałam ironicznie. – Mam sobie chlapnąć na odwagę przed walką?
Zgromił mnie spojrzeniem.  
- Człowiek nie dostanie się do kryjówki złych duchów. Po wypiciu tego przez jakiś czas upodobnisz się do nas.
- Słucham? – warknęłam, odpychając rękę Adama. – Do was? Do duchów? Czyli co, wypiję to i umrę na dziesięć minut?
Adam westchnął, wyraźnie zirytowany moim gadaniem.
- Tak, daję ci płyn, który cię zabije, bo przecież właśnie po to przez ostatnie tygodnie chroniliśmy cię przed ciemnymi mocami – powiedział znudzonym tonem. – To cię nie zabije, jedynie zmieni twój stan. Stracisz przytomność, bo nie możesz być świadoma przy transporcie. Przejście wyczuje żywą duszę i się zamknie. Dzięki tej miksturze twój stan świadomości, stan twojego ciała, będzie zbliżony do naszego. Więc proszę, zamknij się wreszcie i wypij to.
Nie miałam już nic do gadania. Posłusznie wzięłam od Adama fiolkę i duszkiem wypiłam zawartość. Płyn smakował ohydnie. Miałam wrażenie, że wypalił mi dziurę w gardle.
- To na pewno nie była wódka? – mruknęłam. Zaczęłam robić się senna, choć dopiero co spałam. Poczułam, że za chwilę upadnę. Zdążyłam zobaczyć tylko uśmiech Adama i jego przyciszony głos:
- No to zaczynamy.
***
Nie czułam nic. Czułam się, jakbym spała… aż do momentu, kiedy moje ciało przeniknęło przez coś bardzo zimnego, coś, co odczułam jako ogromną ośmiornicę. Obłapiało mnie z każdej strony, jakby próbowało wyczuć, kim jestem… czym jestem. Chwilę później wypluło mnie jak dziecko niesmaczny obiad. Upadłam na zimną trawę i od razu otrzeźwiałam. Zamrugałam, a ktoś szarpnął mnie za ramię i pomógł wstać.
- To już? – spytałam głupio, przecierając oczy. Obok mnie stał Jonathan, Adam i całe zgromadzenie duchów, na które wolałam nie patrzeć. Spojrzałam przed siebie i widok kompletnie mnie poraził.
Staliśmy przed wzgórzem. Naprzeciwko nas była stroma góra, na której znajdował się ogromny pałac, który w niczym nie przypominał bazy. Nie był jednak piękny. Majestatyczny, owszem, ale budził grozę. Szczyt był stromy, mógłby śmiało nadawać się na wyzwanie dla ludzi kochających wspinaczkę. Obejrzałam się za siebie. Czymkolwiek się tu przedostaliśmy, zniknęło. Wokół była tylko zamarznięta trawa i zero żywej duszy. W sumie, czego ja się spodziewałam?
Wokół mnie na nowo rozbrzmiały dyskusje, co robić, powtarzanie taktyki, której wolałam nie słuchać. Patrzyłam z niepokojem na stromą górę. Już samo wejście tutaj mogło skończyć się śmiercią. Co za paskudna ironia losu.
- Adam, zostaniesz tu z Leslie przez dwadzieścia minut. Tyle powinno nam wystarczyć, by przygotować front. Później wy wchodzicie tylnym wejściem, tym, które odkryliśmy tu ostatnio. Jasne?
Przypomniał mi się mój sen i słowa taty, że mam odnaleźć gablotę w centrum. Już nabierałam powietrza, by powiedzieć o tym Jonathanowi, ale nagle się rozmyśliłam. Nie wiedzieć czemu, nie miałam ochoty nikomu o tym mówić.
- Jasne – potwierdził Adam. Z niemałym przerażeniem patrzyłam, jak setki duchów kierują się w stronę pałacu. Miałam ochotę uciec.
- Nie mamy wyjścia – usłyszałam Adama, który najwyraźniej dobrze wiedział, co chodziło mi po głowie. – Musimy czekać.
- Czekać – powtórzyłam głucho. Ciekawe tylko na co – na wygraną… czy na śmierć.  



Wiem, że urywam w najgorszym momencie ever, ale musicie mi wybaczyć, na razie tylko na tyle mnie stać. Więcej z siebie nie wycisnę, bo nauka zerka na mnie z boku oskarżycielsko, więc zaraz idę wypić dużo kaw, jak na prawdziwego italianistę przystało, i przytulam do siebie historię Włoch, bo znowu czuje się samotna. Obecny status: sesja prawie zdana, a Candy zakochana. Ale powoli wracam do żywych... chyba :)

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2035 słów i 11439 znaków.

5 komentarzy

 
  • Black

    Część świetna, wszyscy tęsknili za tobą i twoimi arcydziełami :kiss: Ale żądam informacji co z egzaminem  :D

  • candy

    @Black ja też tęskniłam! <3 egzamin zaliczony, chyba tylko cudem Bożym, ale w końcu mam więcej czasu na rozdziały, na włoski, na wszystko :) taaak się cieszę, że sobie nie wyobrażacie :D

  • Black

    @candy Gratulacje kochana  :kiss: <3

  • candy

    @Black dziękuję kochana <3 z tej okazji pracuję nad rozdziałem, żeby nie było :)

  • POKUSER

    Dzięki za tę magiczną chwilę z Twojej wyobraźni :) Jak egzamin?

  • candy

    @POKUSER dzięki za pamięć <3 z a l i c z o n y ! Jak to zobaczyłam, to aż dwa razy sprawdzałam w odstępie czasowym, czy to nie pomyłka jakaś xD

  • POKUSER

    @candy gratulacje :)

  • Wiktor

    Witaj.  Częśc fajnie się czytało. Czekam na next. Ciekawy kierunek wybrałaś. Powodzenia na w egzaminach. Pozdrawiam Wiktor

  • candy

    @Wiktor witam witam! Dziękuję za komentarz ;) jutro o 17 ostatni egzamin :D

  • Wiktor

    @candy Trzymam kciuki za egzamin. Pozdrawiam Wiktor

  • Czytelnik2

    Dziękuje i doceniam że znalazlaś czas dla nas..

  • candy

    @Czytelnik2 ja też tęsknię <3

  • Fan

    Znów super. Opowiadanie. Powodzenia w nauce

  • candy

    @Fan dziękuję, przyda się! :D