Loki - szesnasty rozdział

Loki - szesnasty rozdział- Loki — usłyszał cichy, czuły szept, od którego natychmiast zjeżyły mu się wszystkie włosy. Szept, którego nie słyszał już tak boleśnie długo. Usiadł gwałtownie na łóżku.
- Sygin? - chrypnął, rozglądając się niepewnie po komnacie. Po chwili ją zauważył. Siedziała w jego ulubionym fotelu. Miała na sobie długą niebieską suknię, przetykaną srebrną nicią. Nie wiedział, czym była dokładnie. Duchem, materią, wspomnieniem? Niczym starzec wstał z łóżka i ruszył w jej stronę. Wyglądała tak pięknie. Nigdy dotąd jej takiej nie widział. Po chwili stanął tuż przed nią, a w jego oczach błyszczały łzy.
- Wróciłaś — wyksztusił, wyciągając do niej drżącą rękę. Uśmiechnęła się lekko, zbliżając swoją dłoń do jego, lecz nie dotykając go.
- W końcu cię odnalazłam, by powiedzieć ci, że jestem z ciebie taka dumna, kochany — jej głos był jak zawsze słodki, lecz brzmiał jakby z oddali.
- Dumna? Z czego? - zapytał z niedowierzaniem. - Przecież tylu skrzywdziłem.
- Lecz dałeś również życie. Pokochałeś tego malucha — wskazała dłonią na kołyskę.
- Nie jesteś zła? - nawet nie spojrzał w tamtym kierunku. Liczyła się przecież tylko ona.
- Dlaczego miałabym być, Loki? Dzięki niemu znów jesteś szczęśliwy.
- Tęsknię za wami, moja słodka. Każdego dnia.
- Wiem o tym, Loki. Zawsze będziesz mi miły, skarbie, lecz czas, byś wreszcie zaczął w pełni cieszyć się życiem. Tyle go jeszcze przed tobą...
- Chciałbym żyć u waszego boku — mruknął. - Sygin — padł przed nią na kolana, łkając niczym dziecko. Uklękła przy nim i dopiero wtedy poczuł jej dotyk. Położyła mu dłoń na głowie.
- Loki, posłuchaj mnie. Tęsknisz, ale nie musisz. Masz teraz rodzinę. Pokochałeś zarówno swego syna, jak i tę kobietę. Nie jestem o to zła, rozumiesz? Nie mogłabym. Mnie już nie ma i nie powrócę do tego świata.
Westchnął ciężko. Jego rozszalałe serce zaczęło zwalniać do normalnego rytmu.
- Co robisz? - wychrypiał, zaczynając się trząść.
- Koję twój ból, mój miły. Dosyć już wycierpiałeś, kochany. Nigdy nas nie zapomnisz, ale czas, byś zapomniał o zemście i rozpaczy. Teraz masz nową rodzinę, z czego naprawdę się cieszę — pochyliła się, składając na jego czole delikatny pocałunek. Przymknął oczy, po raz ostatni rozkoszując się jej dotykiem. Podniósł głowę, patrząc na nią poważnie.
- Spotkamy się jeszcze? - zapytał cicho, delikatnie ściskając jej dłoń.
- Tego nie wiem, Loki. Wątpię — odparła z uśmiechem. - Nie potrzebujesz mnie już. Teraz jest inna i to ją będziesz kochać...
- Ale... - próbował zaprotestować, ale przyłożyła mu drobną dłoń do ust.
- Nie — powiedziała miękko. - Przestań wreszcie walczyć. Jest dobrze, Loki... A teraz śpij, mój miły. To był tylko sen...

- Gdzie Izyda i Vali?! - warknął czarnowłosy, wpadając niczym huragan do sali jadalnej następnego ranka. Zaskoczony Thor uniósł głowę, spoglądając na niego ze zmarszczonym czołem.
- Sądziłem, że śpią razem z tobą w komnacie — powiedział spokojnie.
- Gdyby tak było, raczej bym o nich nie pytał, czyż nie?!
- Sprawdzałeś w łaźni i w ogrodzie?
- Przeczesałem cały pałac, młotku! - syknął zirytowany bóg oszustwa. - Nie ma jej!
- Izyda odeszła — odezwała się niespodziewanie Sif.
Obaj mężczyźni spojrzeli na nią w ciszy.
- A to niby dlaczego? - Loki zmarszczył groźnie brwi. - Przecież niczego je tu nie brakowało. I gdzie niby odeszła?!
- Nie musisz krzyczeć, Loki — upomniała go kobieta łagodnie, patrząc na niego poważnie. - Tylko lepiej się zastanów, czy ta kobieta naprawdę była jedyną w twym sercu?
Zamarł, słysząc jej słowa. Thor przenosił spojrzenie z niej na "brata" i z powrotem, chyba nie bardzo rozumiejąc, o czym ta dwójka rozmawia.
- Ja ją chyba zamorduję — jęknął Loki, przeczesując dłońmi swe lśniące włosy. - Gdzie więc się udała?
- A jak sądzisz?...

- Gdzie Izyda?! - zapytał głośno, wchodząc do komnaty tronowej w Egipcie w eskorcie postępującej za nim w oddaleniu kilku kroków straży pałacowej. Ozyrys i Seth spojrzeli na niego mało przychylnie.
- Są bezpieczni — warknął Ozyrys. - Odejdź stąd, Loki... To nie jest odpowiedni czas na twe niezapowiedziane wizyty. Moja siostra wszystko mi opowiedziała i proszę cię, byś opuścił pałac, dając jej spokój.
- Zaprowadź mnie do niej natychmiast! - warknął, podchodząc tak blisko do władcy, że niemal stykali się nosami. Ozyrys spokojnie pokręcił głową.
- Nie ty tu rządzisz — powiedział Seth, mierząc przybysza ostrym spojrzeniem.
- Jak i ty, dlatego to nie z tobą teraz rozmawiam — odciął się Loki.
- Izyda przybyła do nas krótko przed wschodem słońca i była zapłakana, lecz odmówiła nam szczegółów, twierdząc, że nie może dłużej już mieszkać w Asgardzie. Zanim uciekła do komnaty, powiedziała jeszcze, że pękło jej serce. Dziecku nic nie jest, więc to twoja wina! - powiedział Ozyrys.
- Kiedy ja naprawdę nic nie zrobiłem...
- Takiś tego pewien, mój panie? - zapytała naraz Izyda, podchodząc do nich z ich synkiem na rękach. - Twierdziłeś, że twe serce należy w całości do mnie...
- Przecież tak właśnie jest.
- Nie — pokręciła przecząco głową, a w jej oczach zalśniły łzy. - Ty nigdy mnie nie kochałeś, Loki. Dla ciebie wciąż liczy się tylko twoja zmarła żona i nienarodzone dziecko. Rozumiem to, lecz nie chcę, byś więcej mnie okłamywał. Zostanę tutaj. Tak będzie lepiej dla wszystkich...
- Nie! - warknął. - Nie, nie będzie lepiej. I nie tęsknię już za Sygin.
- Jak to możliwe, skoro w nocy wołałeś kilkakrotnie jej imię, płacząc? - zapytała sceptycznie. - Loki, dość mam już tych kłamstw i oszustw.
- Kiedy to nie jest kłamstwo — zirytował się. - Nie wiem, co dokładnie działo się w nocy, ale miałem sen. Śniła mi się Sygin. Rozmawialiśmy. Powiedziała mi, że nie chce, bym dalej cierpiał. Odnalazła mnie, by ukoić mój ból. I to zrobiła. Nie tęsknię już za tą kobietą, bo teraz w moim życiu mam inną — powiedział łagodnie, patrząc jej poważnie w oczy. Westchnęła, przełykając ślinę. W jej pięknych oczach wciąż lśniły łzy. Zrobił kilka kroków, zbliżając się do niej i wziął ją za rękę. - Izydo, nie chcę, byś odchodziła, rozumiesz? Tylko ty się dla mnie liczysz...
- On kłamie, siostro — powiedział naraz Seth. - Znów cię skrzywdzi.
- Czy mógłbyś się wreszcie zamknąć?! - wrzasnął wściekły Loki, odwracając się do Egipcjanina szybko. - Dość mam twych docinków! Nie szydzę i nie oszukuję Izydy. Kocham ją i naszego syna i pragnę, by byli ze mną szczęśliwi! Wiem, że popełniłem w swoim życiu wiele błędów, ale ta dwójka sprawiła, że chcę je naprawić. Chcę się zmienić! Izydo — spojrzał na nią ponownie. - Proszę, zaufaj mi, moja miła.
- Boję się — wyszeptała, spuszczając wzrok.
- Przysięgam, że nigdy więcej cię nie skrzywdzę, Izydo. Stałaś się przecież mą ślubną, jakżebym mógł? - chłodnymi palcami dotknął jej policzka, po czym zsunął je na jej brodę, delikatnie ją unosząc, tak by na niego spojrzała. W jej oczach czaił się niepokój. Nachylił się, złączając ich usta w delikatnym, pełnym obietnic pocałunku. Westchnęła cicho, drżąc niego, gdy objął ją w talii. W końcu oderwał się od niej, opierając czoło o jej. - Proszę... Wróćmy do Asgardu... Do tego prawdziwego.
- Chcesz tam wrócić? - zapytała zaskoczona.
- Tak — kiwnął stanowczo głową. - Jeszcze nie teraz, ale wkrótce.
Przeniosła spojrzenie na swoich braci. Stali sztywno, obserwując ich uważnie.
- Ja już tu nie wrócę, prawda?
- Znajdziemy sposób, byś mogła odwiedzać rodzinę i opiekować się brzemiennymi kobietami — powiedział, patrząc na nią błagalnie.
Nie odpowiedziała, wtuliła się tylko w niego mocno. Pocałował ją w głowę, a kiedy podniósł wzrok, znów ujrzał Sygin. Tym razem stała kilka metrów dalej, uśmiechając się lekko do niego. Tuż obok niej, trzymając ją za rękę, stał kilkuletni chłopiec, tak bardzo podobny do niego. Nieznacznie kiwnął głową. Nad ich głowami rozbłysło słabe światło. Zniknęli. Ale już nie żałował...
- Wracajmy, proszę — chrypnął, całując ją znów we włosy.
Oczywiście. Pójdę tylko po naszego syna.

Tydzień później.
- Jesteś pewny, że chcesz to zrobić? - zapytał Thor poważnie. - Przecież jesteś tu w końcu szczęśliwy. Możecie zostać...
- Tak, ale chcę wreszcie wrócić do swego prawdziwego domu — powiedział Loki, popijając wino. - Możesz się śmiać, lecz i ja tęsknię. Poza tym nie byłoby raczej wskazane, by w tym Asgardzie mieszkało w tym samym czasie dwóch Lokich. Czuję powrót twego brata, nie jest zbyt daleko. Podejrzewam, że zostało mu kilka, może kilkanaście dni. Jak wtedy wytłumaczysz mój pobyt tutaj? Poza tym mój syn rośnie, a nie chcę, by za jakiś czas pomylił ojców. To nie byłoby miłe. Musimy odejść, Thorze...
- Rozumiem — Asgardczyk kiwnął poważnie głową. - Szkoda. Zdążyłem się już do ciebie przyzwyczaić...
- Ja też, ale naprawdę chcę wracać.
- Pomimo tego, co wiesz, że może cię tam czekać?
- Tak — mruknął. - Izyda zgodziła się z moją decyzją.
- Dobrze, nie będę cię zatrzymywać, Loki. Ważne, że jesteś szczęśliwy...
- Jestem — kiwnął poważnie głową.

- Będziemy za wami tęsknić — powiedziała Sif, tuląc do siebie zapłakaną Izydę.
- My za wami również. Dziękuję za wszystko. Za całą pomoc i opiekę. Byliście dla mnie, jak druga rodzina — jęknęła młoda bogini, ścierając ze swych policzków łzy.
- Gdybyście chcieli nas odwiedzić, nie krępujcie się — powiedział poważnie Thor, poklepując czarnowłosego po plecach. - Zawsze będziecie tu mile widziani.
- Dziękujemy — Loki uśmiechnął się niepewnie, po czym objął mocno swą żonę. - Gotowa?
- Oczywiście — skinęła głową, tuląc do piersi ich synka.
- Więc trzymaj się mocno — powiedział, ściskając w dłoniach Tesseract. - Żegnajcie — kiwnął im jeszcze głową. Po chwili cała trójka zniknęła w niewielkim portalu, a gdy tylko to się stało, wokół nich rozbrzmiało echo końskich kopyt. Najwyraźniej ktoś galopował przez Bifrost. Thor spojrzał w tamtym kierunku, lekko mrużąc oczy przed rażącym słońcem. Jeździec wstrzymał gwałtownie rozhukanego ogiera tuż przed parą władców i zgrabnie zeskoczył z siodła.
- Jak miło, że czekaliście — powiedział Loki, biorąc brata w mocne objęcia. - Ah, cóż to była za podróż! Koniecznie muszę wam o wszystkim opowiedzieć!
Thor uśmiechnął się lekko.
- Witaj, bracie...

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 2025 słów i 10904 znaków.

Dodaj komentarz