Loki - ósmy rozdział

Loki - ósmy rozdziałWestchnęła przeciągle, patrząc na niego z ukosa.
- Jesteś strasznie uparty, Loki – syknęła, kręcąc z rezygnacją głową.
- Po prostu nie chcę już nigdy więcej cierpieć…
- Wątpię, by ponownie spotkała cię aż taka tragedia… A cierpisz i tak, bo odrzucasz od siebie to, co najmilsze w życiu.
- Zamknij się! – wrzasnął, niemal tracąc nad sobą panowanie. – Niczego nie rozumiesz! Nigdy nie uznam tego dziecka! Nie chcę go i nie potrzebuję szczęścia, które chcecie mi na siłę wcisnąć!

Miesiąc później.
Niechętnie wstał z łóżka, na którym leżał, właściwie nic nie robiąc i podszedł do drzwi. Otworzył je zamaszystym ruchem i uniósł brwi, widząc stojącą na progu Izydę.
- Czego chcesz? – zapytał ostro, patrząc na nią spod przymrużonych powiek. – Nie przypominam sobie, bym po ciebie posyłał.
- Nie jestem na twoje posyłki, Loki – powiedziała cicho, lecz stanowczo.
- Doprawdy? – zaśmiał się kpiąco. – No cóż, w takim razie powiedz mi, czego tu chcesz?
- Ja… - zająknęła się nagle, przygryzając wargę z niepewności.
- No? – warknął, patrząc na nią zniecierpliwiony. – Nie mam całego dnia na twoje zastanawianie się, kobieto, a także ochoty na przebywanie w twoim towarzystwie.
- Chciałam, tylko żebyś to poczuł – powiedziała, łapiąc go za rękę i zanim zdążył ją jej wyrwać, przyłożyła ją sobie do brzucha. Wciągnął gwałtownie powietrze, czując delikatne ruchy dziecka. Dostrzegła, jak jego źrenice rozszerzają się mocno, gdy zamarł, nie bardzo wiedząc, co uczynić dalej. Lecz naraz jego wyraz twarzy uległ zmianie, oczy na powrót stały się zimne i bez wyrazu. Zabrał szybko rękę, cofając się, jakby Izyda go oparzyła.
- To niczego nie zmienia – syknął, nawet na nią nie patrząc. – Nie przychodź tu więcej i nie próbuj tych swoich tanich sztuczek. Nie mam zamiaru opiekować się tym bachorem, rozumiesz?
Kiwnęła głową i bez słowa odwróciła się, odchodząc. Trzaśnięciem zamknął drzwi i osunął się na podłogę. W jego głowie krążyło milion myśli. Czy, gdyby Sygin nie zginęła i była w tak zaawansowanej ciąży, jak teraz ta kobieta, czy czułby się wtedy tak samo, dotykając jej brzucha? Czy również byłoby to tak dziwne uczucie?... Nie wiedział, choć już tyle razy zastanawiał się, jakby to było, gdyby dane mu było wciąż żyć z ukochaną, tym samym coraz bardziej rozdrapując ból i żal po jej utracie, które w gruncie rzeczy już dawno powinny się wypalić. Ale on nigdy nie chciał zapomnieć… Odebrano mu szczęście, robiąc z niego szaleńca. Nie potrafił wybaczyć. Nie potrafił zapomnieć.
- Loki! – wrzasnął Thor, wpadając do jego komnaty niczym wicher, przy okazji omal nie zwalając go znów, uderzeniem drzwi. – Coś ty… Ty płaczesz?...
- Nie! – warknął Jotun, wstając szybko z podłogi. – Czego chcesz? Może wreszcie nauczyłbyś się, że zanim wejdzie się do czyjejś komnaty, wypada zaanonsować swoje przybycie zwykłym, uprzejmym pukaniem do drzwi, a nie wpadać tam, jak ostatni idiota?! Czego chcesz? Nie jestem w nastroju do rozmów!
- Widzę! – prychnął Gromowładny, przyglądając mu się uważnie. – Rozmawiałeś z Izydą?
- Sama do mnie przyszła. Czego?
- Obawiam się, że się załamała…
- I co z tego?
- Loki, na miłość Wszechojca! To twoje dziecko nosi pod sercem!
- Odejdź, Thorze…
- Kiedyś w końcu będziesz musiał się do tego przyznać i pogodzić z tym… Dlaczego tak bardzo nam wszystkim to utrudniasz?
- Nic nikomu nie utrudniam, nie moja wina, że wszyscy jesteście wyjątkowo tępi i nie możecie zrozumieć, że ja nie potrzebuję innej rodziny poza tą, którą utraciłem! Jak mam cię przekonać, byś wreszcie dał mi spokój?! – ryknął Loki. – Idź stąd!
- Kiedyś pożałujesz tego, że nie chciałeś szczęścia, które tak ufnie ci darowywała – westchnął blondyn, wychodząc z pomieszczenia.

Kilka dni później.
- Loki? – Izyda położyła mu delikatnie dłoń na ramieniu, gdy znów siedział wśród róż. Westchnął, ale nie odtrącił jej dłoni.
- Czego znów ode mnie chcesz? Tak, wiem, że jesteś brzemienna! – syknął, nie patrząc na nią. - Widzę to! – dodał boleśnie.
- Opowiesz mi o niej? – poprosiła łagodnie, siadając obok. – Jaka była?
- Kto? – warknął, choć w sercu poczuł bolesny uścisk.
- Kobieta, którą pokochałeś tak bardzo, że teraz cierpisz…
- Po co ci to? – zapytał, marszcząc brwi. – Ciebie to nie dotyczy…
- Po prostu chciałabym ją lepiej poznać, skoro wciąż jest w twoim sercu…
- Sygin… Była niczym anioł, o którym mówią w Migdardzie – na samo wspomnienie uśmiechnął się smutno. – Miała złociste loki, które czesała przed lustrem każdego dnia. Gdy śpiewała, milkły ptaki, by jej posłuchać… W jedną noc podbiła moje zimne serce. Wiedziałem, że nie chcę być z nikim innym, tylko z nią… Pozwoliła mi na to, pomimo mej prawdziwej natury. Kochała mnie. Wiem to, mówiła mi o tym, lecz nie rozumiem wciąż, jak mogła. Przecież jestem tylko potworem, którego nie chcieli nawet prawdziwi rodzice…
- Nie jesteś potworem, Loki – wyszeptała.
- Inaczej byś rzekła, widząc moją prawdziwą formę – burknął.
- Ukaż mi ją więc – poprosiła łagodnie, delikatnie gładząc go po dłoni.
- Czy ty z tego strachu chcesz rychlej porodzić, czy jak? – syknął, patrząc na nią kątem oka, lecz nie zabrał ręki. Dotyk jej palców był dziwnie kojący…
- Proszę…
- Jesteś upartą, małą boginią, która bardzo zalazła mi za skórę! – warknął, w jednej chwili przybierając swą prawdziwą, niebieską postać. Spojrzał na nią krwistoczerwonymi oczami. Odetchnęła głębiej, patrząc mu w oczy. – No? Czemu nie uciekasz z krzykiem? – wycedził przez zęby.
- Bo nie ma od kogo uciekać, Loki – wyszeptała, przyglądając się uważnie runom wyrytym na jego ciele. – Naprawdę jesteś przystojnym mężczyzną. Twoja Sygin miała rację, kochając prawdziwego ciebie…
- Dziwna z ciebie niewiasta – burknął.
- Cóż, dziękuję za komplement – zachichotała, patrząc mu w oczy.
- Nie rób tego! – burknął, powracając do wyglądu czarnowłosego.
- Czego? – zapytała zaskoczona.
- Nie próbuj mnie uwieść, kobieto! Moje serce biło tylko dla jednej i nigdy więcej tego nie zrobi!
- Loki… Nie mam zamiaru cię uwieść. Po prostu chciałabym, byś znów cieszył się ze szczęścia, jakie niesie ze sobą fakt, że będziesz mieć dziecko – westchnęła cicho, gładząc się po brzuchu. – Jestem pewna, że będzie dumne, mając cię za ojca, nawet jeśli nie zechcesz z nami być…
- Nie zamierzam!
- Wiem – uśmiechnęła się lekko, wstając powoli, z wyraźnym trudem.
Westchnął, patrząc na nią niepewnie.
- I godzisz się z tym? Godzisz się, nosić pod sercem dziecko, dla którego nigdy nie znajdę uczucia? Dla którego nigdy nie będę dumnym ojcem? Naprawdę tego chcesz? Tego upokorzenia? Zostaniesz sama, nikt inny cię nie zechce… Po cóż się tak poświęcasz? – przytrzymał ją delikatnie, gdy niego się zachwiała.
- Wiesz dlaczego? – pokręcił przecząco głową, dostrzegając na jej policzkach łzy. – Bo tak samo, jak twoja żona, pokochałam życie, które dałeś… I nigdy z niego nie zrezygnuję. Jakże bym mogła? Przecież to wspaniały dar i jestem szczęśliwa, mogąc je nosić pod sercem…

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1327 słów i 7518 znaków.

1 komentarz

 
  • emeryt

    @elenawest, tym razem, przez przypadek trafiłem na dalszą część opowiadania. gratuluję tego jak to napisałaś. Według mnie to tylko kobieta z olbrzymią wrażliwością jest do tego zdolna. Serdecznie pozdrawiam, życząc spokojnych świąt , oraz dużo zdrowia w nowym roku.

  • elenawest

    @emeryt dziękuję serdecznie i również przesyłam mnóstwo życzeń świątecznych :-D