Niebezpieczne cięcie - rozdział 4

Niebezpieczne cięcie - rozdział 4Zuzia

   

   No nie! Ten koleś mnie rozwala. Nie mam pojęcia, co o nim sądzić, a tym bardziej myśleć o zaistniałej sytuacji. Ale widok włochatej maciory, liżącej twarz Gabriela, był naprawdę uroczy. Dlatego w głowie roi się wiele pytań, lecz czy chcę usłyszeć na nie odpowiedzi? Ehh, chyba nie.
– Porywa pan w ten sposób wszystkie swoje zdobycze i odwala scenkę z psem, aby zaimponować kobiecie? – pytam, zanim mogę się powstrzymać.
‘Cholera Zuzia! Po jakie licho ci to wiedzieć? Zeżryj burgera za free i nie szukaj igły w stogu siana.’ odzywa się podświadomość. No tak, ma rację. To tylko jednorazowa akcja, więc nie opłaca się wnikać w szczegóły.
– Ja? Daj spokój… Co najwyżej tylko Goliat na mnie leci… no i ty parę minut temu – odpiera z tym walniętym zgryzem na twarzy. Ciekawe ile zapłacił dentyście za odpicowane ząbki? Tysiąc? Dwa? A co mnie to! Chcę w końcu coś zjeść i wrócić na stanowisko. Przed sobą mam jeszcze trzy godziny roboty. Nagle sobie przypominam, po co tak naprawdę wybiegłam za gościem. Wkładam rękę pod fartuch, sięgam do torebki nerki i wyciągam z niej pieniądze ze wszystkich usług fryzjerskich. Wybieram odpowiednią sumę, a następnie podaję typkowi.
Nooo, co on się na mnie tak idiotycznie gapi? Brzytwę przecież mam w tylnej kieszeni!
– Dwadzieścia pięć złotych reszty – paplam, a ten nic. Istny beton. Ja cię sru, jaki dziwny ziomal?!
– Gabriel jestem. – Bierze kasę, patrzy na nią i wręczą mi z powrotem. – Napiwek.
Psiarstwo mu chyba szare komórki mózgowe wylizało.
– Nie przyjmuję napiwków w wysokiej kwocie – protestuję, przesuwając sianko w jego stronę. „Niech się palnie młotkiem w dzbanek, może mu zadzwoni.”
– Jest on jak najbardziej zasłużony. Przerwałem ci porę obiadową – stwierdza. Mocny argument, jednak się nie poddam. Nie można mnie przekupić!
– Wykonałam moją pracę oraz zostałam za nią wynagrodzona. – Popycham banknoty do kolesia. Chociaż, nie zaprzeczę. Te dwadzieścia pięć dych jest za niską ceną, aby wynagrodzić mi dziesięciominutową torturę bez posiłku. Mój brzusio dostał jedynie porcję na wkurwienie żołądka, a wiadomo ’głodny lew = wpieniony lew’.
– Gabriel jak ty doskonale wiesz, ile jesteś mi winien… Ooo, a co to za urocza panienka? – odzywa się gruby męski głos. Odrywam gały od mojego ostatniego klienta i spoglądam w górę. Obok stoi, z dwoma talerzami w ręku ten koleś od psiary. Chyba ma na imię Krzychu.
– Moja nowa fryzjerka, Zuzia – odzywa się cwaniak. Boże, co za łajno?! On naprawdę myśli, że polecę na taki płytki podryw? Lewe jądro go swędzi!
Masywny mężczyzna kiwa znacząco głową, kładzie talerz z parującym burgerem pod nos i zgarnia leżącą na stole kasę, która należy do Gabriela. Już chcę coś powiedzieć, ale zdaję sobie sprawę, że nawet mi to na rękę. Słowna walka w ten sposób zostanie zakończona.
– Krzychu! Te pieniądze nie są dla ciebie! Rachuneczek poproszę „PO” zjedzonym posiłku. Goliata w worku też nie przygarnąłeś! – woła Gabriel.
To ja może lepiej już opuszczę ten lokal? Jedynie wstydu się najem. Chcę wstać z fotela, gdy nagle do nozdrzy dociera zapach burgera.  
‘No dobra… Najpierw opierniczę to cudeńko.”



Gabriel



   No i zajumał mi pacan dwadzieścia pięć zeta. Eh, co ja mam z tym człowiekiem. Jednak, jak widać, dla siedzącej przede mną damy, było to nawet na rękę, bowiem nie chciała przyjąć pieniędzy, które jej się słusznie należały za kawał dobrej roboty. Skąd to wiedziałem? Ano stąd, iż znów zauważyłem w jej pięknych oczach te łobuzerskie iskierki. Pewnie gdyby nie to, że wgryzła się w spory kawałek burgera, to roześmiałaby mi się w twarz. Muszę przyznać, dopięła swego. Chciałem się zająć własnym jedzeniem, ale przed oczami miałem znacznie lepsze „danie”. „Och taaak, o wiele pyszniejsze” ˗ Matko?! Powiedziałem to na głos? Uff, na całe szczęście nie. „Znasz ją od niedawna, a już takie myśli latają ci po głowie?”. Moja siła jest wystawiana na próbę. Muszę się pilnować i hamować, nie wspominając o swoim żołnierzu. Rwie się chłop do boju od samego początku, a ja ciągle go trzymam na wodzy. Jest ciężko. „Opanuj się, opanuj, ogarnij człowieku” ˗ karciła mnie w duchu podświadomość.  
Ogarnąłem się, oczywiście na tyle, na ile można było przy takiej dziewczynie. Siedziałem więc tylko i patrzyłem, obserwując ją kątem oka. Niby zwykła czynność, ale dla mnie był to najprawdziwszy spektakl. W pewnym momencie musiała to przyuważyć, gdyż nagle powiedziała:
– Co się patrzysz, jak sroka w gnat?
– Ano, myślę sobie, że przyjście tutaj było dobrym pomysłem – odpowiadam z zadowoleniem.
– Pewnie mówisz to każdej, którą tutaj przyprowadzasz.  
– Tylko tym, które nie boją się jeść – mówię z uśmiechem na twarzy i puszczam oczko. Mimowolnie, jakby wbrew woli dziewczyna się uśmiecha. W duchu pokazuję sobie znak zwycięstwa. Tak, humor, śmiech, to jest to.
– Jak na razie, widzę, że lubią cię tylko wygłodniałe psiska – mówi i wybucha śmiechem.
– Nieprawda ˗ odpowiadam oburzony. – Kotki też mnie lubią, a zwłaszcza kocice – kończąc zdanie akcentuję ostatnie słowo i znów puszczam oczko.
– A czy przypadkiem nie chciały ci kiedyś wydrapać oczu? – spytała udając powagę, lecz kąciki jej ust drgnęły lekko w górę, zdradzając, że w głębi duszy się śmieje.
– Oj nie, z pazurkami potrafię sobie poradzić – odpowiadam z bananem na twarzy.  
– Ale jak widać z jedzeniem już nie ˗ mówi i wybucha śmiechem.
Co? Jak? Zacząłem kręcić głową, patrząc po sobie, czy się nigdzie nie upaćkałem, ale niczego nie znalazłem, co tylko bardziej spotęgowało mój niepokój.
– Oj, już nie szudraj się, jak wystraszony szczeniaczek – mówi rozbawiona.  
– Masz musztardę na nosie ˗ mówiąc to, wzięła serwetkę, nachyliła się i przybliżyła do mnie. Jednym zwinnym ruchem wytarła papkę. Gdy to zrobiła, moje nozdrza uderzył piękny zapach kwiatów. Mimo, że była to tylko chwila, zostałem odurzony. Rozmarzyłem się całkowicie, a bojownik w spodniach znów zaczął walczyć o wolność. Moja silna wola po raz kolejny została wystawiona na próbę. Było ciężko. Oczyma wyobraźni widziałem wszystko, każdy obraz. Musiałem się opanować, a przede wszystkim żołnierza, aby nie stracić kontaktu z rzeczywistością, ale było już za późno. Gdy wróciłem do „siebie”, zauważyłam, że Zuzia spogląda na mnie nieodgadnionym wzrokiem, a po twarzyczce błądzi dziwnie tajemniczy uśmiech. Nigdy wcześniej jej takiej nie widziałem i zupełnie nie mogłem rozszyfrować, co to mogło oznaczać.
– Masz bujną wyobraźnię, prawda? – spytała w końcu, patrząc się na mnie w ten szczególny sposób. Nie wiedziałem co mam jej powiedzieć. Czyżby wiedziała? Czyżby mnie rozgryzła? Nie, to niemożliwe.
Postanowiłem odpowiedzieć wymijająco:  
– Kto wie? – rzekłem, siląc się na równie tajemniczy uśmiech.
Zająłem się swoim burgerem, lecz Zuzia nadal nie spuszczała ze mnie wzroku, na dodatek trochę się podśmiechiwała, nawet wtedy, gdy już opuściliśmy restaurację.
„O czym ona myśli w tej swojej ślicznej główce?” ˗ Na to pytanie nie znalazłem żadnej odpowiedzi.
„Mam tylko nadzieję, że całkowicie tego nie schrzaniłeś, bałwanie” ˗ skarciła mnie w umyśle, teraz już irytująca, podświadomość.

FourGenesis

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 1337 słów i 7629 znaków.

2 komentarze

 
  • agnes1709

    Mogliby się już bzyknąć :lol2: Spalić burgera:D

  • FourGenesis

    @agnes1709 tak od razu przy wszystkich, nie wypada haha  :lol2:

  • Aladyn

    Sytuacja się rozwija i wydaje się iść we właściwym kierunku.
    A ten kierunek wyznacza drogę do celu, który chce osiągnąć (nie ukrywając tego) rwący się do boju żołnierz.
    Oby tylko zaślepiony nie nadepnął na minę.

  • FourGenesis

    @Aladyn Dziękuję bardzo :) Czy nadepnie na minę? To się okaże  :lol2: