Niebezpieczne cięcie - rozdział 6

Niebezpieczne cięcie - rozdział 6Gabriel
 


   Minął już tydzień i jednak nie zadzwoniła – rozmyślałem, wsypując mojemu pieskowi karmę do miski. Siedział i grzecznie czekał, jednak merdający ogon szurał po podłodze, zdradzając swoją niecierpliwość. Gdy napełniłem miskę pogłaskałem mały łepek. Czworonóg ochoczo zabrał się za pałaszowanie zawartości, natomiast ja na powrót wróciłem do rozmyślań:
„Ty głąbie” – skarciła mnie podświadomość. „Wiadomo, że to nie ona zadzwoni pierwsza, co ty? Z księżyca się urwałeś?” Durna psycha, ale miała rację. Patrząc na to wszystko z obecnej perspektywy, lepszym wyjściem było poprosić o jej wizytówkę, a nie dawać swoją. I pomyśleć, że muszę czekać jeszcze cały tydzień na to, aby ujrzeć kobietę.
Ach, nie wytrzymam! – krzyknąłem w myślach. Czekać na to tyle czasu? Toż to katorga. Z drugiej strony nie wparuję sobie od tak do salonu, jak głupek, bo niby w jakim celu? Pod jakim pretekstem? Wyszedłbym na bałwana. Muszę coś wymyślić, bo inaczej oszaleję. Nigdy się tak nie czułem. Mój żołnierz od tamtego tygodnia jest jakby w uśpieniu. Widocznie potrzebuje emocji, potrzebuje tej, która potrafiła go obudzić samym wzrokiem. Oczy potrzebują obrazu, pięknego obrazu przedstawiającego moją wirtuozkę nożyczek. Natomiast uszy pragną dźwięku jej głosu. Głosu, który w sekundę potrafi zmrozić krew w żyłach, a w drugiej stopić lód i rozgrzać wnętrze, jak pierwszy letni promyk słońca.
Wszystkie zmysły domagały się jednego: Mojej wirtuozki nożyczek.
Chodziłem po mieszkaniu w tę i we w tę i rozmyślałem jakby ją zobaczyć. Szkoda, że nie mam do niej numeru – pomyślałem. Chwila, chwila, właśnie, numer! No przecież, wystarczy, że go zdobędę i pierwszy zrobię kolejny krok. Wtedy już mi się nie wywinie – pomyślałem z szatańskim uśmieszkiem na ustach.
Miałem plan, ale czy wypali? Zobaczymy.
Następnego dnia, około dziewiątej rano wybrałem się z Naleśnikiem na spacer. Przechadzaliśmy się przez alejki pełne drzew. W końcu spacer z psem, niech maluch ma coś z tej mojej „akcji”. Jamnik chodził żwawo i obwąchiwał wszystko, co się dało. Klasyka. On był zajęty swoimi sprawami, a ja swoimi. Planowałem odwiedzić miejsce pracy mojej bogini. Chciałem ją zobaczyć i zdobyć numer telefonu. Jak zamierzałem uzyskać dla mnie tak cenną informację? Tego jeszcze nie wiedziałem. Polecę na żywioł, bo im więcej się planuje i kombinuje, tym bardziej plany dają w łeb. Spontan jest najlepszy – powiedziałem i uśmiechnąłem się w duchu. Cały czas myślałem o mojej wirtuozce.
Ech, cóż to za kobieta! Zakręcić mi we łbie w tak szybki i subtelny sposób... Niesłychane!
Z zamyślenia wyrwał mnie fakt zbliżania się do celu. Przeszedłem przez ulicę i byłem na miejscu. Psiaka przywiązałem do słupka znajdującego się obok wejścia. W końcu ze zwierzakiem nie wypada wchodzić do salonu fryzjerskiego.
Otworzyłem drzwi i od progu powiedziałem:
– Dzień dobry – spostrzegłem, że aktualnie nie było żadnych klientów, oraz co najważniejsze Zuzi, co bardzo mnie uspokoiło.
– Dzień dobry – odpowiedziała kobieta siedząca za „recepcją” – W czym mogę pomóc? –  spytała i podniosła na mnie wzrok. Zobaczyłem jakiś dziwny błysk w jej oczach. Nagle powiedziała entuzjastycznie, uśmiechając się do mnie:
– Ach, to pan.
– Ja? – zdziwiłem się.
– Tak, znaczy... w czym mogę służyć? – poprawiła się.
Czyżby ona o czymś wiedziała? Mniejsza o to.
– Cóż, widzi pani, pani...? – zawiesiłem głos.
– Marysia.
– Miło mi, otóż pani Marysiu, za tydzień jestem umówiony na strzyżenie u pani Zuzi... Zuzanny – nie dokończyłem, gdyż kobieta weszła mi w słowo.
– Odwołać termin? – spytała.
– Nie, nie, nie, w żadnym wypadku – odparłem rozgorączkowany.
Marysia spojrzała na mnie z podejrzanym uśmieszkiem.
– To znaczy... – odchrząknąłem. – Czy mógłbym prosić o wizytówkę pani Zuzanny w celu ustalenia szczegółów dotyczących przyszłej wizyty? – skłamałem.
– Ależ oczywiście! – powiedziała dziwnie zadowolona.
Łatwo poszło – pomyślałem. – Za łatwo, ale w sumie mniejsza o to. Ważne, że się udało.
Marysia sięgnęła do małego stojaczka, w którym znajdowały się karteczki. Chyba były to wizytówki pracowników. Wyjęła jedną i mi ją podała.
– Proszę bardzo, miłego „ustalania” – powiedziała z uśmiechem, puszczając do mnie oczko.
Musiała coś wiedzieć, na bank – pomyślałem w duchu.
 
Będąc z powrotem w mieszkaniu, nie zastanawiając się długo wyjąłem wizytówkę Zuzi i wklepałem numer w telefon. Zadzwoniłem. Po kilku sekundach usłyszałem:
– Salon fryzjerski ViWena. Zuzanna przy aparacie. Słucham?
Jej piękny głos chyba zamroczył mi mózgownicę i odebrał rozum. Wypaliłem jak idiota:
– Gabriel jestem, miło mi!



Zuzia
  


   Na dźwięk głosu mężczyzny, gały wypadają mi z oczodołów i wszystkie włoski na karku się jeżą. Nie z poczucia zagrożenia, lecz z przyjemnej niespodzianki i jakby radości. Wiem, wiem. Głupie, ale ileż razy walczyłam z ochotą wybrania do niego numeru?  Przynajmniej cztery razy dziennie. Dwa razy nacisnęłam zieloną słuchawkę, lecz szybko się rozłączyłam. Niby co miałabym mu powiedzieć? Wyszłabym tylko na idiotkę.
Odwracam ślepia z terminarza i moje spojrzenie ląduje w lustrzanym odbiciu Marysi, która podczas nakładania farby na łeb klientki, potajemnie na mnie zerka. Kuzynka ma podejrzany uśmiech na twarzy. A to ci motyka! To ona mnie tak wrąbała! Wyrwie jej cęgami górne jedynki. Przysięgam!
– W czym mogę pomóc? – odpowiadam w miarę opanowanym tonem.  
– Przepraszam za najście, ale chciałbym cię zaprosić na… – przerywa. – Naleśnik! – połączenie zostaje przerwane. Dziwny ziomal. Proponuje mi naleśniki i się rozłącza.  
 Gapię się na słuchawkę, wzruszam ramionami i odkładam przewodowy fon.  Nie pogłębiam myśli w kwestii głupiej rozmowy. Trzech gości czeka na ścięcie kudłów.  
Nie zaprzątając sobie głowy błahostkami, zabieram się do pracy.
Właśnie skończyłam strzyżenie ostatniego w kolejce klienta, kiedy podchodzi do mnie Michał.
– Pani Zuzanno, czy mógłbym poćwiczyć na pani głowie fale? – pyta dyskretnie, śliniąc mi ucho. Ach co ja mam począć z tym uczniem? Szybko przeczesuję w głowie, czy mam jakiś termin – chyba nie. W sumie za godzinę zamykamy zakład, więc niech chłopaczek uczy się do egzaminu praktycznego.
– Najpierw posprzątaj – odpieram, puszczając do niego oczko.  
– Jest pani najlepsza!  
– Byłabym rozczarowana, gdyby było inaczej – ze słodkim uśmiechem szczypie go lekko w lico, a następnie wychodzę do kibla. Zaraz się posiuram w majty. Dwie kawy, energol i pół litra wody potrzebuje ujścia. W przejściu do toalety spotykam Marysię. Łapie ją za ramię.
– Skąd Gabriel ma numer do salonu? – dociekam, przeszywając jej oczy.
– Google? – odpiera pytaniem. Całkowicie możliwe, lecz po jej idiotycznym uśmiechu nie kupię tej kichy!  
– Daruj sobie. Cuchniesz podstępem. – Uświadamiam kuzynkę. Jesteśmy jak siostry bliźniaczki z różnicą wiekową trzech lat. Znam ją na wylot.
– Co mówił? –  Chce wiedzieć kobieta. Cała Marycha, zmienia temat - małpa jedna!
– A ty się mnie pytaj? Zrozumiałam jedynie „ naleśnik!” i było po rozmowie. Ten typek jest naprawdę dziwny – zwierzam się. Nagle czuję ukłucie w pęcherzu .– Cholera, leję w gacie! – krzyczę, uciekając ze skrzyżowanymi kopytami na klop. Z rozpędem otwieram drzwi pierwszej kabiny, otwieram klapę i… Moim oczom ukazuje się półtorametrowy brązowy pociąg towarowy. Tak szybko jak weszłam do kabiny, tak szybko z niej wychodzę, pędząc do następnej.
Nie dość, że zrobię siusiu w galoty, to jeszcze uduszę się rzygami stojącymi w gardle. Ludzie to prawdziwe wieprze! Nie potrafią spuścić własnego kupska. Szczyt bezczelności!
Z gołym dupskiem siadam na sedes… Aaaaa... siuram złocistym deszczem.
– Zuzia telefon! – słyszę Michała. Ja pierdziu! Czy nie mogę mieć dwóch minut dla siebie?
–  Jestem zajęta! Niech zadzwoni za pół godziny – „Albo nigdy” dokańczam w myśli.
Po paru minutach uzbrojona w fona i kanapkę, wchodzę do zakładu. Siadam na fotel, a Michał zabiera się za ćwiczenie fal. Włączam w szjsungu apkę „CandyCrush”, lecz po drugiej nieudanej próbie przejścia osiemset trzynastego levlu, zamykam grę. Durne cukierki! Od samego patrzenia dupa rośnie. W chwili, kiedy odkładam smartfona dostrzegam…
– Michał? Coś ty mi na łeb wylał? – pytam ostrożnie. Boże spraw, aby to nie był…
– Wosk modelujący – odpowiada dumny, a mi robi się słabo. Cholera jasna! Cały tydzień będę wytępiać to gówno z włosów!
Podrywam się na równe nogi i biegnę do umywalki fryzjerskiej, aby sporządzić głowę przed zakończeniem pracy. Najchętniej bym się wydarła, wyzwała od tępego trampka i debila, ale co mi to da? NIC!
Odkręcam kran, wkładam łepetynę pod wodę i dotykam kosmyków. Kuźwa! Istna pascha kościelna. Tyle wosku mi na czachę natrąbił.
– Siadaj. Umyję ci Michałkową papkę. – Kuzynka przychodzi z pomocą, ale słyszę rozbawienie w jej głosie. Miło, że ją to bawi.  
– Zuziu, dzwoni jakiś G…
– Daj mi spokój smrodzie! Najlepiej zawoskuj się paszczurze! 

FourGenesis

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 1639 słów i 9535 znaków, zaktualizowała 2 lip 2020.

2 komentarze

 
  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • FourGenesis

    @shakadap Bardzo dziękuję i pozdrawiam również :)

  • Aladyn

    Mają się ku sobie, to zdecydowanie jest widoczne.
    Ciekawe, które pierwsze odważy się wyznać swoje uczucia. Stawiam na Gabriela, chociaż...

  • FourGenesis

    @Aladyn To się okaże, to się okaże :)