Niebezpieczne cięcie - rozdział 12

Niebezpieczne cięcie - rozdział 12Zuzia



   Marysia niedawno wyszła, więc sprzątam pozostawiony przez nas syf. Piesek siedzi na kanapie i obserwuje każdy mój ruch. Słodziutki maluch.
Jestem naprawdę pod wrażeniem, że w ostatnim czasie nie tylko ja wpadłam w sidła seksownego faceta, ale i Marycha. Prawdę mówiąc, Krzysiek również jest kawałeczkiem soczystego schabu, dlatego mogę sobie wyobrazić, wywalony ozór kuzynki na widok kotlecika.
Myślami uciekam do wczorajszego popołudnia oraz spędzonej z Gabrielem nocy. Byliśmy wieczorem z Naleśnikiem na spacerze, a później zaznałam z pedancikiem romantycznych chwil. W jego ramionach czułam się docenioną, bycia chcianą i kochaną. Dużo rozmawialiśmy, nawet mam podobne zainteresowanie oraz humor. Na pytanie, czemu chciałam uciec, odpowiedziałam wymijająco. Co też miałam mu powiedzieć? Że jestem nim zauroczona i rozwijam do niego uczucia? Bez przesady, tego koleś nie musi wiedzieć. W końcu sama jeszcze nie wiem, co z tego wyniknie, a robić sobie głupiej nadziei nie mam zamiaru. Okej, muszę zmienić myśli… Szczeniaczki.
Będąc kompletnie w innym wymiarze, wkładam ostatni talerzyk do szafki, gdy rozlega się melodyjka w telefonie i piesio zaczyna szczekać. Trach, brzdęk. Porcelana tłucze się na milion kawałków.
– Kur...opatwa! – krzyczę, nie wiedząc, co mam najpierw zrobić. Decyduję się na odebranie połączenia. Nie sprawdzam, kto się do mnie dobija, tylko rzucam wkurzona do słuchawki:
– Słucham. – Z szafki pod zlewem wyciągam zmiotkę, by posprzątać szkody.  
– Cześć Zuziu. Jestem już w drodze powrotnej. Będę tak za pół godziny – odzywa się mężczyzna po drugiej stronie aparatu. Gabriel. Przytrzymuję sobie telefon prawym barkiem i zaczynam zamiatać.
– Spoczko. Spotkamy się w parku przy moim bloku – odpieram, a kątem oka dostrzegam, że Naleśnik kreci się przy odłamkach. „Nosz kurde blaszka, jak na złość!”. Odpycham psiaczka na bok, żeby się nie skaleczył.  
– Uciekaj maluchu, bo jeszcze coś sobie zrobisz – mówię cicho do racuszka, który ma głęboko w nosie moje polecenie.  
– Co się tam dzieje? – Chce wiedzieć mój rozmówca.
– Nic. Do zobaczenia za chwilę. – Omijam zapytanie, rozłączając się. Przeganiam Naleśnika i szybko sprzątam odłamki. „Okej, to powinno być wszystko” – mówię sobie w duchu, podnosząc się na kopyta. Idę do sypialni, aby się przebrać w cieplejsze łachy, zapinam piesiowi smycz i opuszczamy mieszkanie.
Pięć minut później, spaceruję z plackiem od krzaczka do krzaczka. Zapada już zmrok, a pogoda też nie należy do słonecznych, lecz pochmurnych. Otulam się mocniej kurtką.  
Telefon w kieszeni odzywa się po raz drugi. Tym razem spoglądam na displey i widzę imię pedancika.  
– Si? – pytam do słuchawki.
– Z której… – Nie jestem w stanie niczego usłyszeć, ponieważ Michał, mój praktykant wyrasta przede mną spod ziemi. Jego wyraz twarzy nie jest przyjemny i ma czerwone oczy.
– Pani Zuzanno, a pani co? Chomika od dupka na spacer wyprowadza? – mówi groźnym tonem.  
Trzy rzeczy dzieją się jednocześnie.
Michał wyciąga coś z kieszeni. Naleśnik szczeka i się wyrywa, a mi wypada telefon z rąk.
Jedynie słyszę:
– ZUZIA!!!



Gabriel



   Wydzieram się na całe gardło. To co słyszę po drugiej stronie, mrozi mi krew w żyłach. Nie ma wątpliwości, to ten gnój Michał. "Zabiję skurczybyka" – mówię do siebie.
Adrenalina działa na najwyższych obrotach. "Gdzie się mieliśmy spotkać? No przypomnij sobie, przypomnij. A tak, pod jej blokiem" – Myślę w podświadomości. Pędzę jak opętany tą swoją "puszką". Samochód specjalnie przystosowany do transportu zwierząt. Nie ma czasu, aby odstawić go pod schronisko. No nic, nie rozwija zabójczych prędkości, ale to jest sytuacja wyższej konieczności.
Nie zważam na żadne znaki, ograniczenia prędkości, czy pierwszeństwo. To nie ma znaczenia. Mogą mi nawet wlepić dziesięć mandatów, nie dbam o to. Najważniejsze jest bezpieczeństwo mojej wirtuozki.
Nadal pędzę.  
– Szybciej! Szybciej! – krzyczę, dodając gazu.
Na szczęście jestem już niedaleko. Widzę ich kątem oka. Nie zważając na nic, parkuję brykę na samym końcu ulicy, aby nikt mnie nie zauważył. Nie ma żadnego ruchu, więc nawet się tym nie przejmuję.
Zanim wychodzę z auta, sprawdzam, czy kamerka samochodowa była włączona. Tak, była i nadal nagrywa scenę. Szybko opuszczam auto, zaczynając biec w ich stronę jak szalony. Pędzę w ciemności, nie dostrzegli mnie. Z kolei to, co ja widzę, powoduje że moje oczy zachodzą czerwienią. Jestem wkurwiony na maksa. Przyspieszam bieg. Ktoś zapytałby, co zauważyłem i dlaczego się tak zdenerwowałem? Otóż odpowiedź jest prosta. Michał, ten chuj, szarpie się z moją Zuzią, a Naleśnik gryzie go po nogawce. "Mój mały wojownik."  
Jednak nie ma czasu na dłuższe przemyślenia, ponieważ Michał trzyma nóż w dłoni. W mojej głowie załączają się wszystkie czerwone lampki ostrzegawcze. Nagle dostrzegam, jak sukinsyn kopie Naleśnika. Aż poleciał kilka metrów, natomiast moja wirtuozka walczy dzielnie. Słyszę krzyki:
– Wybrałaś tego dupka, tak?! Teraz tego pożałujesz! – wydziera się na całe gardło, bierze zamach i uderza Zuzię.  
Kobieta upada na ziemię, a ja dostaję takiego speeda, jakiego jeszcze nigdy w życiu. Wpadam w szał. Z prędkością rozpędzonego tira wbijam się w gnoja. Facet całkowicie zaskoczony nie wie jak zareagować. Popycham go jeszcze kilka metrów, aż z impetem uderzam nim o ziemię. Słyszę dudnienie i świst uchodzonego powietrza z płuc. Koleś wypuszcza nóż z dłoni. Szybko podnoszę niebezpieczny przedmiot i rzucam go najdalej od gówniarza.
Sam, bezceremonialnie zaczynam okładać ziomka pięściami. Raz za razem, raz za razem. Widzę i wyczuwam odór. Młody jest całkowicie pijany, mam to kompletnie w dupie. Przed oczami odgrywa mi się film z ostatnich sekund. To jak kopie Naleśnika, jak podnosi dłoń na Zuzię. Sposób, jak potraktował dwie najważniejsze dla mnie istoty. Jestem w amoku. Oddycham ciężko, a mój wzrok w tym momencie prawdopodobnie mógłby zabić. Nie wiem, ile to trwa, nie wiem, jak długo tłukę go pięściami. Wiem tylko, że chuj jest ledwo przytomny i cały zakrwawiony. Pewnie kontynuowałbym to jeszcze długi czas, gdyby nie Zuzia. Uratowała sukinsyna. Gdy pozbierała się po uderzeniu i zorientowała w sytuacji podbiegła do mnie, próbując odciągnąć. Wcale nie takie łatwe zadanie. Nagle słyszę:
– Gabriel! Gabriel! Już dobrze, wszystko w porządku. Zostaw go.
Jej głos przywrócił mi rozum. Przejrzałem na oczy i zobaczyłem, co zrobiłem.
Tylko tyle wystarczyło. Jej delikatny, ciepły głos. Wiedziałem, wiedziałem już, że to ta jedyna.
Trochę się uspokajam i wstaję z tego sukinsyna, który charczy oraz pluje krwią, ale niestety jest jeszcze przytomny. "Pewnie też wytrzeźwiał, chuj jeden! Usłyszy i zrozumie co mam mu do powiedzenia!"  
Bez dłuższego zastanawiania się mówię, a raczej krzyczę:
– Jeszcze raz zobaczę cię pod blokiem Zuzi, to kurwa nie ręczę za siebie! Niech zobaczę, lub usłyszę, że się jej naprzykrzasz lub ją atakujesz, a przysięgam ci fiucie, że cię dopadnę i zajebię! Rozumiesz chuju?
Usłyszałem tylko charczenie.
– Pytam, czy rozumiesz?!
– T... Tak – wychrypiał ciężko.
– A gdybyś próbował złożyć skargę o napaści, to dla twojej wiadomości… mam wszystko nagrane. Widać dokładnie, jak to się zaczęło, więc nie radzę, bo wylądujesz w pierdlu. Rozumiemy się?!
– T... Tak – powiedział z trudem.
– Doskonale!
Kończąc z nim, zajmuję się moimi ukochanymi duszami.
Spoglądam na Zuzię i przypominam sobie o nożu.
– Nigdzie cię nie zranił? Nic ci nie jest?! Wszystko w porządku?! – Zalewam ją pytaniami.
Dostrzegam w jej pięknych piwnych oczach łzy, łzy ulgi.
– Nie, nic mi nie jest. Uderzył mnie, ale to nic, naprawdę nic. Już jest dobrze – odpiera, tuląc się do mnie, nerwy puściły jej całkowicie. Po twarzy płyną strumienie.
Odwzajemniam uścisk. Otaczam ją ramieniem i zaczynam się rozglądać.
– Gdzie Naleśnik?!
Rozglądałem się, rozglądałem, aż w końcu zauważam małego wojownika. Błyskawicznie do niego podchodzimy. Podnoszę delikatnie malutką kulkę. Gdy dotykam jego lewego boku, psinka lekko piszczy. Serce mi ściska, gdy to słyszę. Układam Naleśnika na lewej dłoni, a drugą obejmuję Zuzię.
– Chodźcie, zajmę się wami.
W tym momencie nic mnie nie obchodzi. Nie interesuje mnie samochód zostawiony na ulicy. Nie obchodził mnie ten śmieć leżący na ziemi. Jedyne co było ważne, co miało znaczenie, to bezpieczeństwo tej dwójki.
Mojej dwójki.
Poszliśmy do mieszkania Zuzi. Spojrzałem na nią. Wtem zrozumiałem, byłem tego pewien, że moje uczucia do niej są prawdziwe. Że ona jest tą jedyną.
– Dzięki Bogu nic ci nie jest. Gdyby stało ci się coś poważniejszego albo gorszego, to bym się chyba pochlastał.
Kobieta przytuliła się jeszcze mocniej do mojego boku.
– Ale nic mi nie jest. Wszystko w porządku. – Zapewnia.
Zbieram się na odwagę. Muszę to w końcu powiedzieć. Czuję tę potrzebę. Stoimy przed drzwiami mieszkania wirtuozki. Delikatnie biorę jej twarz w dłonie, uważając na część buzi, która została uderzona przez tego bydlaka Michała. Zuzia wygląda na zaskoczoną. Patrzy na mnie swoimi wielkimi oczkami. Nie mogę się wycofać, poddać.  
Muszę... Po prostu muszę...  
– Po tym, co się wydarzyło, jestem całkowicie pewny. Wiem, dlaczego czułem się tak, a nie inaczej, czemu zareagowałem w ten sposób, a nie inny… Kocham cię Zuziu – wypowiadając to, łączę nasze usta w długim, namiętnym pocałunku.
Odważyłem się, wypowiedziałem te słowa. Co będzie dalej? Co odpowie?
Zobaczymy.

FourGenesis

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka i miłosne, użyła 1687 słów i 9978 znaków, zaktualizowała 13 sie o 21:39.

2 komentarze

 
  • Aladyn

    No, no...ale akcja.  
    Nie dość, że Michał groził Zuzi nożem i ją uderzył, to jeszcze kopnął Naleśnika.
    Trudno się dziwić, że Gabriel wpadł w furię. Ale to wydarzenie stało się katalizatorem do wyznania miłości. Co na to Zuzia...no właśnie, co?
    Kolejne dobre rozdziały, oby tak dalej.   :smile:

  • FourGenesis

    @Aladyn Dokładnie tak, dla przemocy nie ma litości.
    W sytuacjach ekstremalnych wiele się dzieje, oj wiele :)
    Właśnie, co na to Zuzia? Zobaczymy ;)

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • FourGenesis

    @shakadap Dziękuję bardzo :)
    Również pozdrawiam ;)