The ghostwriter: Afterlife

The ghostwriter: Afterlife

Palce George’a sprawnie rozpinają rząd drobnych haftek, broniących dostępu do mojej skóry. Długa, biała suknia powoli wypuszcza mnie ze swoich okowów. Czuję się niczym mumia, odwijana przez pełnego pasji archeologa.  

- Jesteś taka śliczna. - szepcze, dmuchając ciepłym powietrzem na moją szyję. Przymykam oczy, by myśleć tylko o nim. Świeżo poślubiony mąż przesuwa dłońmi wzdłuż mojego płaskiego brzucha, wolno obejmując piersi od dołu. Rozpięty stanik przyjemnie drażni brodawki. Jest mi dobrze. Może nawet lepiej niż powinno. George się stara, nie sposób nie zauważyć jak bardzo. Wsuwa głowę między moje uda, usiłując językiem namówić obojętną kobiecość do współpracy. Szczęśliwie, ciało reaguje prawidłowo według fizjologicznego protokołu natury. Wilgotnieję, co satysfakcjonuje George’a, dając mu jednocześnie zielone światło. Popycha mnie na łóżko, a konkretniej łoże, bo nie można inaczej nazwać tego rzeźbionego olbrzyma. Czubkiem penisa ślizga się pomiędzy płatkami waginy, aby w końcu zanurkować głębiej. Krótkimi, frykcyjnymi ruchami konsekwentnie penetruje moje wnętrze. Nagradzam go cichym jękiem zadowolenia. Przyspiesza tempo niecierpliwie. Unoszę biodra, krzyżując kostki na jego pośladkach, żeby wycisnąć najwięcej wrażeń. Mimo wysiłków, wciąż nie potrafię poczuć tego specyficznego uniesienia, które dawał mi Dawid. Organizm działa bez zarzutu niczym wyjątkowo precyzyjna maszyna, ale umysł pozostaje zamknięty na jakiekolwiek emocjonalne doznania. Dotychczas nie rozumiałam kobiet, udających orgazm, a teraz sama miałam zostać jedną z nich. Jak to się stało?

Szybki flashback. Zostałam sama w mieszkaniu Dawida, zapłakana niby pierwsza lepsza smarkula. Chwila słabości, której będę się wstydzić przez resztę życia. Nie wiem, ile płakałam. Ani dlaczego właściwie. Pozwoliłam łzom płynąć wzdłuż policzków, gdzie w połączeniu z tuszem malowały na mojej twarzy indiańskie barwy wojenne. Pomyślałam, że jeszcze moment i będę wyglądać niczym ofiara gwałtu - rozmazany makijaż, zapuchnięte oczy, wymięta koszula, ubrudzona od podłogi spódnica oraz szpilki podkreślające ów obraz nędzy. Nie mogłam tak się pokazać. Dziwne, ale moja psyche wygenerowała wtedy tylko tę jedną, cokolwiek irracjonalną, myśl. Podeszłam do walizki. Przynajmniej ona nie wypięła się na mnie. Chociaż, nie byłam bez winy. Czego oczekiwałam? Że Dawid zostanie moim przygodnym kochankiem, ignorując George’a? W pewnym sensie go zdradziłam. Przedłożyłam wygodę nad to, co nas połączyło. Jednak ideałami nie napełnię garnka, mówiąc kolokwialnie. Jasne, jestem samolubna, rozpieszczona i tchórzliwa, lecz nie wyobrażam sobie rzucić wszystkiego dla jakiejś miłostki. Nie wierzę już w bajki. Żadne tam ‘żyli długo i szczęśliwie’. Na początku byłoby nam dobrze, ale z każdym kolejnym dniem przybywałoby zmartwień, a ubywało miłości. Jak długo starczyłoby nam uczuć, zanim głos objęłyby rozczarowanie, pretensje etc.? Podjęłam słuszną decyzję, przyjmując oświadczyny George’a. Dawid w końcu zrozumie. Gdy doszłam do takich wniosków, zaczęłam maskować skutki infantylnego wybuchu. Starłam ślady łez z policzków, poprawiając zepsuty makijaż. Zaczerwienia podreperowałam zwiększoną dawką podkładu, nałożyłam świeży tusz, siłą powstrzymując ciągle płynące łzy. Użyłam krwiście połyskującej szminki, by odzyskać zachwianą pewność siebie. Naciągnęłam otrzepaną starannie spódnicę. Z walizki wzięłam nowy komplet bielizny. Jeszcze świeża koszula i wyglądałam jakby nic nie zaszło. Pusta w środku, na zewnątrz prezentowałam się perfekcyjnie. Zamówiłam ubera, zamykając walizkę. Nie szukałam zdartych przez Dawida fatałaszków. Postanowiłam wspaniałomyślnie zostawić mu je w ramach pamiątki. Któryś jego sąsiad pomógł mi znieść bagaż pod klatkę.  

- Dokąd jedziemy? - zapytał kierowca, pakując go do auta.  

- Marriott, proszę. - mężczyzna obrzucił mnie zdumionym spojrzeniem. Mój profesjonalny wygląd zamknął mu jednak usta. Hotel przyniósł mi ukojenie. Długa, relaksująca kąpiel, szampan i komfort pokoju, wymagany na takim poziomie ceny, zrobiły swoje. Poczułam przyjemnie rozluźnienie. Kolejnego dnia wróciłam do Anglii, odwiedzając wcześniej wydawnictwo, żeby uwiarygodnić swój pobyt. Czas do ślubu mijał mi dość rutynowo. Nie dostrzegałam różnicy między dniami, jakby stanowiły tasiemiec identycznych godzin. A potem nastąpił ślub - skromna uroczystość w urzędzie z udziałem najbliższych. Powiedzieliśmy sobie ‘Tak’, złożyliśmy podpisy, także te pod rozdzielnością majątkową, co mnie zaniepokoiło. W razie rozwodu nie dostanę nic. Gratulacje, obiad, tort i tym oto misternym splotem zdarzeń wylądowałam pod George’em, który lada moment skończy. Poruszam biodrami równo z wytyczonym przez niego rytmem, aby przyspieszyć nieunikniony wytrysk. Wbijam paznokcie w jego łopatki, wydając głośny jęk. Szkoda, że oglądałam mało filmów wiadomej treści. Wówczas byłabym pewnie bardziej przekonująca.  

- Ooooch…! - tak mniej więcej brzmię… Oczywiście dorzuciwszy przyspieszony, ‘sapiący’ oddech. George nieruchomieje na sekundę, zanim tryska nasieniem wprost we mnie, by ostatecznie sturlać się z mojego ciała.  

- Doszłaś, kochanie? - pyta z wciąż nieustabilizowanym podnieceniem.  

-Tak… Dziękuję. - odpowiadam cicho.  

- Jutro rano muszę wyjść na parę godzin. - informuje z żalem.  

- Musisz? - podchwytuję, łapiąc dłonią jego oklapły członek.  

- Niestety. Ale wieczorem…  

- Będziesz miał dużo do nadrobienia. - rzucam prowokująco. Uśmiecha się, ściskając palcami mój sutek. Ten prosty gest przypomina mi Dawida. Wstaję pod pretekstem skorzystania z łazienki. Opieram czoło o zimną taflę lustra. Tkwię tak, szukając wytchnienia w chłodzie szkła. Odkręcam strumień wody, tylko po to, by leciał. Przynajmniej nad nim mam kontrolę. Bogini łazienkowego zlewu. Fantastycznie. Odrywam twarz od lustra, zmierzywszy się krytycznym wzrokiem.  

- Kim jesteś i co tu robisz, Anabeth? - pytam własnego odbicia, nie dostając żadnej odpowiedzi. Nie mam schizofrenii, więc całkiem świadomie schrzaniłam sobie życie. Wracam do sypialni, gdzie George zdążył zasnąć, delikatnie pochrapując. Przykrywam go kołdrą, sama układając obok. Budzę się rano, spowita aromatem kawy oraz świeżego pieczywa. Otwieram wciąż zaspane oczy, napotykając tacę ze śniadaniem opakowaną uśmiechem męża niby wstążeczką prezentu.  

- Dobrze spałaś?  

- Wspaniale… George, zrobiłeś mi śniadanie?  

- Skoro muszę cię dzisiaj opuścić, powinienem jakoś zadośćuczynić, czyż nie? - wyjaśnia, obdarzając mnie pocałunkiem.  

- Jesteś cudowny. - szepczę, pragnąc spalić się ze wstydu. Nie zasługuję na niego. Na nikogo nie zasługuję.  

- Oboje jesteśmy cudowni. - prostuje, poprawiając krawat. Uśmiecha się przekornie, a ja odpowiadam uśmiechem. Niczego nie pożądam bardziej niż szczerości w działaniu. George wychodzi do pracy, zamykając drzwi naszego apartamentu. Czuję bezsilną złość na samą siebie. Nie mam ochoty wstawać, ubierać się, malować… Generalnie chcę zostać pod kołdrą do końca świata, upatrując zbawienia w totalnej inercji. Ojciec, przypominam sobie nagle. Powinnam go odwiedzić. Niechętnie wygrzebuję się z bezpiecznych okopów pościeli i ruszam na wojnę. Dom taty wygląda całkiem zwyczajnie, jakby nic nie uległo zmianie. Widocznie moja nieobecność nikogo nie obeszła. Może to lepiej. Ojciec siedzi u siebie, patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń. Wygląda nieciekawie. Blady, chudy, stanowi definicję słowa ‘agonia’. Zniknął gdzieś ten czarujący widownię muzyk, pachnący piżmem i goździkami. Dwa zapachy, które do dziś wywołują wspomnienie bezpiecznej, szczęśliwej rodziny. Aromaty te od dawna nie goszczą w tych murach. Odeszły razem z muzykiem, zostawiając cuchnącą rozkładem skorupę tamtego człowieka.  

- Cześć, tato. Jak się czujesz?  

- Jak gnijący trup. - pada zgryźliwa odpowiedź.  

- Mogę jakoś pomóc?  

- Zabij mnie.  

- Tato…  

- Wyszłaś za mąż. Tony już nic ci nie odbierze. Nie jestem dłużej potrzebny.  

- Nie mów tak.  

- Nie przerywaj. Słuchaj, wiem że różnie między nami bywało… Nie byłem dobrym ojcem…  

- Byłeś. - wtrącam ze łzami. Nie chcę, żeby się żegnał, żeby się podawał. Zresztą wszystkie moje żale nagromadzone pieczołowicie od dzieciństwa, nagle pryskają niby za machnięciem czarodziejskiej różdżki.  

- Nie byłem i dobrze to wiesz. Nigdy mi nie wybaczyłaś. Po śmierci twojej matki, ja… Ja po prostu nie potrafiłem… - jego głos ulega załamaniu. Wcześniej nie wspominał mamy. Ja również skrzętnie omijałam ten temat. Umarła, a razem z nią straciłam tatę. - Obwiniałem cię o jej śmierć. Rozumiałem, że to nie twoja wina, ale wciąż nie mogłem zapomnieć. Bo gdybyś nie pobiegła za tamtym balonikiem…  

- Wtedy ona nie pobiegłaby za mną. - dorzucam ponuro. Ile razy wracałam później do tej chwili, rozważając sto różnych ‘gdyby’?  

- To już nieważne. Nieważne… Tak bardzo oddałem się przeszłości, że zapomniałem o tobie. Dorosłaś, a ja nawet nie zauważyłem kiedy. Przepraszam. Jesteś wspaniałą kobietą, Bethy. Każdy ojciec peknąłby z dumy, mając taką córkę. Kocham cię.  

- Ja ciebie też, tato. - wyduszam ze łzami. Wygląda na to, że puściły we mnie jakieś wewnętrzne tamy. Ojciec ociera moje policzki wierzchem dłoni.  

- Nie płacz. Nie ma potrzeby. - gładzi mnie delikatnie. Przytulam się i zamieramy tak razem na bliżej nieokreślony czas, nadrabiając stracone lata. Dopiero pojedyncza wibracja telefonu przerywa ów letarg. Tata śpi spokojnie niczym zmęczony stwarzaniem bóg. Spoglądam na ekran komórki. Dawid.  

‘Highgate Cemetery, 6 p.m. Przyjdziesz?’  

Nie odpisuję. Dał pierwszy znak życia odkąd wyjechałam. Co robił w Anglii? Czego chciał ode mnie? Wcześniej wystarczająco wyraźnie oznajmił, że nasza znajomość nie ma sensu. Postanawiam odwlec decyzję o spotkaniu w czasie, zajmując się dokumentami taty. Nie przeglądałam ich już trochę, bardziej dbając o bieżące kwestie. Poza tym nieszczególnie chciałam grzebać w prywatnych papierach ojca. Panuje tu kompletny chaos. Sterty nieukończonych utworów, listy fanów, moje obrazki z dzieciństwa, zdjęcia mamy i moje. Nagle dostrzegam coś, co dosłownie łamie mi serce - ususzony goździk przyklejony do wyblakłej fotografii. Stała kiedyś w ramce na honorowym miejscu salonu. Tata przytula mamę, która trzyma mnie na rękach. Wszyscy jesteśmy uśmiechnięci. Szczęśliwi tą beztroską typową dla niewiedzy. Wydajemy się być z innego wymiaru, świata zza drugiej strony lustra. Przyciskam prostokąt zdjęcia do ust. Dlaczego to musi ciągle boleć? Zagryzam wargi. Zębami dziurawię je niczym podczas namiętnego pocałunku. Nieoczekiwany bodziec przypomina o rzeczywistości. Dochodzi szósta. Biorę ulubiony, granatowy płaszczyk od Gucciego, który noszę trzeci sezon, bo daje mi poczucie bezpieczeństwa i wyruszam malowniczą alejką ku cmentarzowi w Highgate. To miejsce, nazywane czasem angielskim Pere-Lachaise, emanuje unikatową atmosferą starej nekropolii. Cisza zielonego bluszczu oraz spokój bladych posągów tworzą przytulny zakątek godny miana ogrodu refleksji. Jako zbuntowana nastolatka zwykłam chodzić tu na samotne spacery, przez co nawiązałam swoistą więź z tą lokacją. To ona była pierwszym, zarazem jedynym, słuchaczem moich rozterek, myśli i wątpliwości. Mój prywatny kawałek ziemi, który kiedyś, nieuważnie, pokazałam Dawidowi. Teraz psuje moje odludzie swoją obecnością, efektywnie zatruwając wszelkie miłe skojarzenia. Przekraczam bramę cmentarza z mieszanymi odczuciami. Wiem, gdzie będzie czekał, jeszcze zanim uiszczam opłatę za wejście. Grób Henry’ego Thorntona, wybitnego pianisty, którego nagrobek zdobi kamienny fortepian. Wprawdzie klapa zniknęła, lecz całość wciąż robi niesamowite wrażenie. Dostrzegam sylwetkę mężczyzny na tle zachodzącego słońca, wyostrzającego ciemny kontur postaci przepiękną grą światłocieni. Jest odwrócony tyłem, więc ciągle nieświadomy mojego przybycia. Obserwuję go uważnie zza zielonej poświaty liści. Wzdryga się, jakby odganiał muchę. Widocznie podświadomie poczuł mało dyskretne spojrzenie. Obraca się nerwowo, szukając źródła niepokoju, aby trafić wzrokiem na mnie. Podchodzi dużymi krokami, żebym przypadkiem nie zdążyła zrezygnować. Wyciąga ramiona, chcąc objąć nimi moje drobne ciało. Odsuwam się w porę. Staje naprzeciw nieco zakłopotany. Ma zmęczoną twarz z silnymi workami pod oczami, parodniowy, niechlujny zarost i kilka zmarszczek wokół ust, których wcześniej nie zauważyłam. Śmierdzi tanimi papierosami oraz alkoholem - woń gotowa powalić słonia.  

- Ana… - mówi lekko zachrypniętym głosem.  

- Czego chcesz?  

- Musiałem cię zobaczyć.  

- Po co? - pytam oschle. Nie mogę pozwolić sobie na słabość. Pamiętam, jak to było ostatnio. Dlatego zachowuję brytyjską rezerwę, choć serce rwie się niczym dziki pies na łańcuchu.  

- Kocham cię. Nie potrafię bez ciebie żyć. Nie sądziłem, że jestem zdolny do takich uczuć, Ana, chciałem zapomnieć, zostawić cię tutaj… - zaczyna mamrotać gorączkowo.  

- Jestem mężatką, Dawid. - odpowiadam, wymachując obrączką niby krucyfiksem.  

- Nie dbam o to! Chcę tylko być blisko! Śnić wspólnie ten sam sen, Ana…  

- Problem w tym, że ja już się obudziłam. - stwierdzam, bezlitośnie tłumiąc wewnętrzną rebelię. Spogląda pełnym wyrzutów spojrzeniem. Przyciąga mnie brutalnym szarpnięciem, miażdżąc moje usta bolesnym pocałunkiem. Balansuję na wąskiej krawędzi zatracenia, bliska oddania pieszczoty. Język Dawida wciska się między wargi jak nieproszony gość.

- Przestań, to cmentarz! - dyszę, odpychając go gwałtownie.  

- Nie mogę przestać, Ana. Za bardzo cię pragnę… - wyznaje bezradnie.  

- Jak sobie to wyobrażasz?  

- Co?  

- Nas. Mam męża, a ty nawet tu nie mieszkasz. - rzucam z nutą goryczy.  

- Przeprowadzę się, twój mąż nie musi o niczym wiedzieć… Nigdy nie zniszczyłbym ci życia. - zapewnia, kusząc mnie wizją wspólnej przyszłości.  

- Zrobiłbyś to? Przystał na takie życie? W wiecznej konspiracji, ukryciu? Rzuciłbyś wszystko, by być sekretnym kochankiem? - pytam smutno. Żaden mężczyzna nie zaakceptuje układu, w którym jest na podrzędnej pozycji. Pierwszeństwo miałby George, Dawid otrzymywałby jedynie rzadkie chwile potajemnie wykradzione spod nosa czasu, przepełnione pospiesznymi ruchami spoconych ciał.  

- Jestem ghostwriterem, Ana. Przywykłem do nieistnienia. - oświadcza zdecydowanie.

- To bez sensu.  

- Wcale nie. - zaprzecza prędko, przyciskając moje dłonie do piersi.  

- Gdzie się zatrzymałeś? - mruczę niewyraźnie. Pękam od środka, pokonana własnym pożądaniem.  

- W motelu. - chwyta mnie za rękę i ciągnie ku bramie. Ciemność zmierzchu zdaje się nam sprzyjać. Gdy wsiadamy w autobus, zaczyna kropić nieprzyjemna mżawka, zmieniając szybę w folię bąbelkową. Na przystanku Dawid ściąga płaszcz, robiąc z niego prowizoryczny parasol dla mnie. Ze śmiechem wpadamy do ciemnego budynku. Wjeżdżamy windą na właściwe piętro, nie mogąc się od siebie oderwać. Nawet nie zauważam, jaki numer ma pokój. Nienasycona, uderzam o brzeg łóżka. Ignoruję ból, mocując się z paskiem mężczyzny. Rozpinam go, by usiąść na kochanku okrakiem. Zrzucam koszulę, ocierając się o jego krocze. Ruch doprowadza go na skraj wytrzymałości
Widzę dzikość w jego oczach. Zaciska dłonie wokół mojej szyi, gdy zaczynam prowadzić nasze rodeo. Wie, że uwielbiam dreszczyk przemocy, świadomość bycia uległą, niepotrzebującą udawać silnej i niepokonanej. Dochodzę z jego imieniem na ustach. Wstaję, ciągle lekko osłabła przyjemnością. Naciągam ubrania pod zamglonym spojrzeniem Dawida.  

- Dokąd idziesz? - pyta ochryple.  

- Do domu. - odpowiadam neutralnym tonem, jakbym prosiła o chleb w piekarni.  

- Tak po prostu?  

- Tak.  

Średnio wypieczony proszę. Wychodzę bez pożegnania, bez wyjaśnienia, bez wstydu. Chociaż nie. Tego ostatniego mam sporo. Nienawidzę się, nienawidzę… Jestem obrzydliwa! Idę szybkim krokiem przez miasto, unikając sklepowych witryn, które pokazałaby moje ohydztwo w pełni, odbijając martwą duszę grzesznicy. Kamienie, gdzie są kamienie? Powinny teraz uderzać o moje ciało, szarpiąc je na kawałki. Co powiem George’owi? Prawdę? Czy kolejne z nieskończonego koła kłamstw? Milczenie. Zupełne, absolutne, niezmącone milczenie.

4 156 czyt.
96%288
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i erotyczne, użyła 2834 słów i 16978 znaków, zaktualizowała 17 lip 2018

Komentarze (8)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Iks

    Iks 11 gru 2018

    W swoim życiu często jesteśmy jak papierek lakmusowy. Żyjemy, ulegając lub szarpiąc się z tym czym nasiąkniemy dużo wcześniej. Zwłaszcza w domu rodzinnym. Annabeth wyraźnie ma poszarpane wnętrze (toksyczny, ojciec, strata matki) i zdecydowanie nie zmierza ku stabilizacji i spokojowi. Może się jej zdawać, że małżeństwo z George'm to krok w tę stronę, ale z jej fascynacją Dawidem to raczej stan zapalny. Najprostsza droga do poważnego ataku choroby. Poza tym chyba dziewczyna nie słyszała prawa Murphy'ego - jeśli coś ma się spieprzyć, to się na pewno spieprzy. Dla nas Czytelników to gratka. Zwłaszcza w wykonaniu Twoim, Somebody.

  • KatiaZula

    KatiaZula 22 sie 2018

    Kochana, jest kilka zgrzytów w tekście, ale musiałabym to czytać na komputer za i komentować na biersack w telefonie, A nie mam w tej chwili takiej możliwości. Dlatego powiem tylko, że główna bohaterka jest skonstruowana cudownie, nie jest choragiewka, ale też nie do końca jest przewidywalna. Dziewczyna bardzo mi się podoba. Gratuluję

  • Black

    Black 19 lip 2018

    Kiedy pojawia się tekst twojego autorstwa to serce zaczyna bić mocniej Dlatego wciskam serducho i czekam na kolejny rozdział

  • AuRoRa

    AuRoRa 18 lip 2018

    Kolejna wciągająca część, bohaterka potrafi przykuć uwagę. Może nie postępuje uczciwie, ale ma swoje powody. Ciekawe jak długo Dawid będzie przystawał na bycie drugim. Pozdrawiam

  • dreamer1897

    dreamer1897 18 lip 2018

    Kurczę no aż mnie zamurowało...mieć taki talent to raczej dar   
    No po prostu daję natychmiast do ulubionych!

  • AnonimS

    AnonimS 18 lip 2018

    Nieraz się chce mieć ciastko i zjeść ciastko. Ciekawe dokąd ją ten układ zaprowadzi? Chociaż ją rozumiem.. jeśli się jest uwikłanym w splot nieprzychylnych wydarzeń i trafi na tą jedyną miłość, to nie da się odejść. Zawsze się wraca ..... I wtedy żadne reguły nie obowiązują...  Bardzo dobrze to napisałaś ..... pozdrawiam

  • MrHyde

    MrHyde 17 lip 2018

    Doskonały portret osoby zagubionej, która nie wie co wybrać, kogo, jak żyć i w jakim celu. Brawo!!! "Unoszę biodra w górę" - to zdanie skrzypi. Może skreślisz "w górę"?

  • agnes1709

    agnes1709 17 lip 2018

    Cudowne, dziewczynka nieźle sobie poczyna, tylko raczej niezbyt słusznie Fajnie, że taka długa część, jestem very zadowolona