The Resistance 1

The Resistance
Rozdział Pierwszy cz.1

„Można żywić długo do kogoś urazę, ale po co?
Można wytykać innym nieustannie błędy, ale po co?
Można komuś źle życzyć, ale po co?
Można innych obrzucać złością za własne niepowodzenia, ale po co?”


     -W życiu nic nie jest łatwe. Nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się oczywiste. Jednak nie zawsze dwa plus dwa daje cztery. Dlatego, gdy spojrzysz w zielone oczy nie oczekuj, że ujrzysz chłopca sprzed ośmiu lat. Nie jesteś głupi, zapewne domyślasz się, że mężczyzna, którego spotkasz na korytarzach wiele wie i jeszcze więcej widział. Mało tego gdybyś nie próbował odnaleźć w nim syna być może ujrzałbyś w końcu to co my widzimy. Człowieka, który jest w stanie walczyć z nowymi niebezpieczeństwami. On jako nieliczny jest na to przygotowany. Tylko sentyment powstrzymuje Cię przed przyznaniem mi racji!

     -Sentyment?- Bartosz Wójcik zerwał się z fotela. Jego wzrok świdrował rozmówcę, a ciało było napięte do granic możliwości. W lewej dłoni ściskał długopis który pozwalał mu na wyładowanie emocji.- Ty śmiesz mówić o sentymencie! Ty gnoju, mówimy o moim dziecku! O moim synu, któremu odebraliście dzieciństwo, szanse na normalną naukę, życie i rodzinę. Dlaczego własnego syna nie wysłałeś do tego piekła? Dlaczego przypieprzyłeś się do mojego?  

Okrutny śmiech przebieg po luksusowym biurze. Szare spojrzenie zgromiło młodszego mężczyznę.

     -Wiesz jaka jest między nami różnica? Twój syn w dalszym ciągu Cię kocha. Obserwowałem Go przez lata i wiem, że jego paliwem napędowym jesteście Wy. Zrobi wszystko, aby uratować swoją rodzinę. Nawet jeśli ma poświęcić własne szczęście. Mój strzeliłby do mnie przy pierwszej okazji. Może to co zrobiliśmy nie było idealnym rozwiązaniem. Być może nasze metody były zbyt brutalne. Jednak dzięki temu mamy jakąkolwiek obronę. Pytasz dlaczego wybrałem twojego syna. Bo wiedziałem, że ma umysł matki i twój upór. Jeśli któryś z tych chłopców miał przeżyć to tylko twój syn, a dzięki niemu i mój miał na to szanse.

     Czterdziestopięcioletni mężczyzna zacisnął pięści z bezsilności. Wiedział, że nic nie może zrobić. Nie jeśli chce zobaczyć syna. Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Anastazy żył, znów zawiódł jako ojciec, po raz kolejny zostawił Go na ich pastwę. Przecież obiecał mu, że nigdy więcej nikt Go nie skrzywdzi. Jak łatwo rzucać obietnicami, a jak bezsilny jest człowiek, gdy wszyscy skrzyknął się przeciwko Tobie i jak ma spojrzeć mu w twarz. Co może powiedzieć? Zwykłe „przepraszam” brzmi tak pusto.  

     Najważniejsze pytanie jednak kotłowało się w jego głowie kim jest jego syn. Czy coś pozostało jeszcze z jego dziecka? Czy stał się tylko idealną bronią, bezmyślnie podążającą za rozkazem? Być może to co widział, to co przeżył zmieniło go całkowicie. Bartek każdej nocy budził się ze wspomnieniem pustego spojrzenia syna po powrocie od tego zwyrodnialca. Wtedy spędził z tymi ludźmi pół roku. Czym jest pół roku w porównaniu do ośmiu lat?  

     Anastazy nie jest już chłopcem. Nie mógł w to uwierzyć, że jego pierworodny ma już dwadzieścia cztery lata. Gdyby los mu pozwolił pewnie by kończył studia. Być może medycynę, o której tak często mówił przed porwaniem. Przedstawiłby im swoją dziewczynę. Bartosz w myślach już widział oceniające spojrzenie Amelii na nowo poznaną dziewczynę syna. Jednak nigdy im to nie było dane. Odebrano im szansę przyglądania się jak ich dziecko dorasta. Spiorunował starszego mężczyznę wzrokiem przepełnionym nienawiścią. Nie może dłużej żyć tym co było. Najwyższa pora odzyskać syna.  

     W tym samym czasie wiele kilometrów od Warszawy czas się zatrzymał dla pewnego bruneta.  

Perspektywa  Anastazego

     -Sani...!
     
     Szybciej usłyszałem głos Oliwera niż dotarł do mnie rozrywający ból w piersiach. Siła uderzenia pchnął mną o kilka metrów. Tylko lata treningów pozwoliły mi na zachowanie względnego spokoju. Ciało wyuczone reakcji uchyliło się przed kolejnym strzałem z nieznanego punktu, padłem na chodnik próbując schować się za mizernym koszem na śmieci. Dopiero, gdy tyłek dotknął chodnika zauważyłem, że czarna koszula od Calvina Kleina zabarwia się na czerwono. Z fascynacją dotknąłem cieczy i roztarłem ją dwoma palcami, a więc stało się, w końcu ktoś okazał się sprytniejszy ode mnie. Zamknąłem oczy tylko na kilka sekund, aby zebrać myśli. Musiałem jakoś się stąd wydostać, jednak było to utrudnione przez snajpera, który najwyraźniej obserwował każdy mój ruch.  

     -Kurwa...
     
     Było jedynym słowem jaki wypowiedziałem. Byłem w czarnej dupie. Wiedziałem, że jeden z przechodniów już zawiadomił gliny o strzelaninie. Miałem góra 2 minuty na pozbycie się intruza i zabranie własnego tyłka stąd. Mózg krzyczał, abym działał, a ciało bezczynnie spoczywało na chodniku. Czułem odrętwienie i ostatnie okruszyny rozsądku kazały mi przygotować broń. Przycisnąłem dłoń do rany, mając nadzieję, że to zahamuje krwotok i zastanawiając się, gdzie podziała się moja wytrzymałość na ból i czemu czułem się tak parszywie.  

-Kurwa Sani...!

     Uniosłem głowę i musiałem się uśmiechnąć na widok mojego kompana. Oliwer miał bladą twarz z oznakami zmęczenia, choć fryzura w dalszym ciągu pozostała nienaruszona. Świdrował mnie swoim metalicznym spojrzeniem, jednocześnie przykładając kawał szmaty do mojej klatki.

-Dziabnął mnie skurwiel.- mruknąłem ze śmiechem.  
-Kiedyś musiało to nastąpić. Jesteś za bardzo arogancki kolego. Za trzydzieści sekund się stąd wynosimy, więc zbierz w sobie całą energię bracie.  

     Patrzyłem na niego zastanawiając się o czym on bredzi. Bo osobiście sam nie mam pojęcia jak wydostać się spod ostrzału snajpera nie wpadając w łapy glin. Jednak mój przyjaciel pomachał mi przed oczami małą około 1,5 centymetrową buteleczką. Zamieszał jej zawartość, po czym cisnął nią o asfalt wywołując czarną chmarę dymu. W momencie dotknięcia szkła z asfaltem, Olo wręcz z nieludzką siłą szarpnął moim ciałem, zmuszając mój zamroczony umysł do szukania najbliższej drogi ucieczki. Samochód pojawił się jakby znikąd.Wskoczyliśmy do niego, a właściwie to Olo wepchnął moje parszywe ciało na tylne siedzenie, jednocześnie własnym ciałem przygniatając moje w efekcie wymuszając na mnie wiązankę przekleństw i być może utratę przytomności.  

-Musimy Go zawieść do szpitala.

     Głos Oliwera słyszę jakby z oddali, jednak rozumiem sensu jego słów. Rozbawia mnie to. Od siedmiu lat nie korzystałem z usług tej placówki i szczerze dalej nie zamierzam. Jednak moje oczy robią się ciężkie, a język jakoś wyjątkowo miękki. Gdy wykaszluje krople krwi już wiem, że jest gorzej niż początkowo myślałem, a przecież to było proste zadanie. Kurwa nie o takiej śmierci marzyłem...




AJM

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1255 słów i 7039 znaków.

1 komentarz

 
  • cklyx.

    Czekam na więcej. Jestem z tą historią od jej pierwotnych wersji (ktore byly zdecydowanie najlepsze) i czekam z niecierpliwoscią na kontynuacje. Niemyslalas moze by przeniesc tą historię na Wattpad?

  • AJM

    @cklyx. Myślałam myślałam jednak czas ucieka nie ublaganie. Praca dom dziecko A Historia Anastazego ciągle tkwi w mojej głowie i sni o zakończeniu.