The end of me cz.1

Przed oczami ciągle widzę jego twarz, proszącą abym mu zaufała. Przytula mnie, opiera swój policzek o mój, próbując w ten sposób sprawić abym zapomniała jak bardzo, chwilę temu próbował się do mnie dobrać. Jego nachalne pocałunki nadal są w powietrzu. Ciągle słyszę w głowie mój głos proszący aby mnie zostawił. Wciąż czuję jego ciężar kiedy ze wszystkich sił próbuję go z siebie zrzucić. Lecz nie czuję ulgi kiedy w końcu ustępuje i powoli mnie puszcza, nie czuję też złości, strachu czy jakiegokolwiek innego uczucia. Nic nie czuję. Wiem że moje serce bije jednym rytmem, mój oddech jest spokojny i miarowy, nie wstrzymuje go tak jak to bywa w ekstremalnych przypadkach. Po prostu to po mnie spływa. Cała ta sytuacja nie obchodzi mnie, a kiedy to odkrywam po prostu stoję. Nie ruszam się, rozglądając wokoło i wtedy on musi oczywiście wszystko błędnie odczytać. Podchodzi, przytula, przeprasza, mówi że już nie będzie, prosi o zaufanie, a ja tak po prostu stoję. Po chwili dociera do mnie że chyba powinnam pójść. Wyplątuję się z jego ramion, zabieram z podłogi torbę i wychodzę. Jedyne co czuję to powiew zimnego, marcowego wiatru, kiedy wychodzę przez metalowe ciężkie drzwi.  



Potrząsam głową próbując pozbyć się tego wspomnienia z mojej głowy. Wiem że to niemożliwe abym zapomniała, ale ogarnia mnie złość, że po dwóch latach wywiera na mnie aż tak, wielki wpływ. Jedna, pieprzona osoba która zamknęła moje uczucia, uśmiech, łzy do jednego pudełeczka zamkniętego na klucz. A kto ma klucz? No właśnie.  
Wstaję z łóżka świadoma każdego najmniejszego ruchu mojego ciała. Boli mnie każdy mięsień, lecz mało zwracam na to uwagę. Podchodzę do szuflady z ubraniami i wybieram sobie bluzkę z długim rękawem i spodnie z dresu.  
  Wychodzę z pokoju w piżamie, starając się być niezauważona przez nikogo z rodziny. Podkradam się do łazienki i starannie zamykam za sobą drzwi. Dopiero kiedy przekręcam klucz w zamku wypuszczam wstrzymywane powietrze. Starając się zachować ciszę, szybko myję zęby, wciągam na siebie ubrania i przeglądam się w lustrze. Moje brązowe, delikatnie kręcone włosy zaplatam w warkocz tak aby nie przeszkadzał mi podczas porannej przebieżki.  
  Wychodzę z łazienki i zbiegam po schodach na dół, do kuchni. Sięgam do szafki po szklankę, nalewam sobie do niej wody i wypijam ją duszkiem. Spoglądam na zegar ścienny który wskazuje czwartą trzydzieści, odkładam szklankę na blat i z ociąganiem idę po moje buty do biegania. Wkładam je nie bez uśmiechu na myśl ile razy musiałam je wymieniać no nowe, bo były całkowicie zdarte i zniszczone już po miesiącu.  
  Wychodzę tylnym wyjściem na zamglone pola i łąki. Słońce dopiero wstaję pozostawiając na niebie pomarańczowo różowe smugi. Majowa świeża, zieleń idealnie komponuje się do krajobrazu, na co uśmiecham się tym moim najrzadszym od dwóch lat uśmiechem.  
  Zanim zaczynam biec, rozciągam się nie zważając na ból i protest moich mięśni. W końcu tego zostałam nauczona.  
  Kiedy wiem że jestem gotowa wyrównuje swój oddech i biegnę. Patrzę przed siebie słysząc w głowie bicie swojego serca. Przestaję czuć ból mięśni, przestaję myśleć i po prostu biegnę przed siebie.  
  Wbiegam do lasu gdzie panuje przemożny chłód i nie zatrzymuję się aż do odsłoniętej polany. Tam nie zważając na wilgoć, siadam na trawie zamykam oczy i czekam. Promienie słońca smagają przyjemnie moje ciało ale moje zmysły są napięte jak struna. Słyszę każdy szelest i staram się być otwarta na każdą otaczającą mnie rzecz.  
  Nie słyszę kiedy przychodzi ale moje ciało wie to, mimo całej ostrożności którą zachował. Stoi za mną, spokojny i niedozdarcia jak zawsze. Czekam aż zaatakuje, udając że nie wiem o jego obecności.  
  Słyszę szelest przecinanego powietrza z lewej strony więc nurkuję przed siebie, padam na brzuch obracam się i odbijam się rękami tak że wstaję bez najmniejszego problemu.  
  Przede mną stoi siwy, niepozorny mężczyzna średniego wzrostu. Uśmiecha się jak dobrotliwy staruszek, lecz blizny po naszych treningach na moim ciele o tym nie świadczą. Jest niebezpieczny, ale dla mnie jest jak dziadek który się mną zajął kiedy tego potrzebowałam.  
  Uśmiecham się do niego i kiwam głową na przywitanie. On wyciąga z torby którą przyniósł, kilka noży a jeden z nich posyła w moją stronę. Zalewa mnie fala cudownej adrenaliny. Ustawiam się pod odpowiednim kątem i łapię go w locie za ostry koniec. Niekaleczy mi palców. Odrzucam go tak jakbyśmy grali w piłkę, on za to kiedy go łapie dorzuca drugi nóż.  
  Oj, poleje się dzisiaj krew.

Crybey

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 868 słów i 4754 znaków.

2 komentarze

 
  • Vinyl3

    To moze byc ciekawe ;) czekam na dalsza czesc <3

  • Asertywna52

    Podoba mi się ;). Te opowiadanie jest takie jednym słowem ujmując "tajemnicze";). Warte uwagi co skłania mnie to śledzenia dalszych części ;).