The ghostwriter: The end of eternity

The ghostwriter: The end of eternity

Słucham ostatniego nagrania ojca, próbując unikać pełnego widocznej satysfakcji uśmiechu Tony’ego. Jest raczej chłodno, więc szukam odrobiny ciepła u męża. Problem w tym, że nie potrafi on rozgrzać jakiegoś trudnego do określenia wewnętrznego zimna. Obejmuje mnie delikatnie naszym doskonale wypracowanym gestem, tak rozkosznie domowym, tak przyjemnie znajomym.  

- Mamusiu, zimno tu… - mówi urocza pięciolatka, niecierpliwie szarpiąc rękaw mojego płaszcza.  

- Niedługo wrócimy do domu, Katie. - odpowiadam cicho. Oczy Dawida spoglądają na mnie nagląco. Ilekroć w nie spoglądam czuję się wręcz przygnieciona winą. George nigdy nie pokazał, że traktuje Katie jak “nie swoją”. Może po prostu negował ów fakt aż do uwierzenia. Albo był o wiele lepszym człowiekiem niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Utwór dobiega końca wraz z nostalgicznym kwileniem skrzypiec. Nie chcę już dłużej tutaj tkwić, ale najgorsza część właśnie się rozpoczęła.  

- Przyjmij nasze kondolencje…  
- Och, Bethie, tak mi przykro…
- Był wspaniałym kompozytorem…  
- Zawsze pozostanie w naszych sercach…
- Pamięć o nim przetrwa…  
- Możesz na mnie liczyć, gdyby…
- Świat stracił barwy…  
- To niezwykle smutne…  
- Dobrze cię widzieć, choć oczywiście w innych okolicznościach…  
- Kochamy cię, Beth…  
- Wiem, że musi być ci ciężko…  
- Całkowicie rozumiem…  
I tak dalej i dalej, nieskończony ciąg żałobników, z których każdy jest ciekaw mojej twarzy - czy widać ślady łez, czy wystarczająco blada… A ja pragnę tylko stąd odejść.  

- Kiedy zabierzesz rzeczy po nim? Chciałbym się wprowadzić. To mój dom teraz, sama rozumiesz… - fałszywie ugrzeczniony głos Tony’ego wybudza mnie z odrętwienia. Patrzę na jego szyderczy grymas i odczuwam nagły przypływ nienawiści. Uderzam go w policzek otwartą dłonią, usatysfakcjonowana powstałym śladem.

- Jak śmiesz przychodzić ze swoimi aktami własności w środku pogrzebu? Wiem, że ci śpieszno, by urządzić orgię dla podobnych sobie troglodytów, ale nawet ty, NAWET TY, powinieneś mieć minimum wyczucia chwili i nie tańczyć na niezasypanym grobie! Wynoś się stąd natychmiast! Właściwie… Wszyscy się wynoście! Nikt z was go nie odwiedził, nie wysłał kartki świątecznej… Nie macie prawa tu stać! Przyszliście na przedstawienie, ale już się, kurwa, skończyło! - niespodziewanie moją wściekłość wypierają łzy. Nie, nie mogę płakać przy nich. Nie mogę. Usiłuję powstrzymać krople, które coraz gwałtowniej pieką pod powiekami. Bez skutku. Kucam na ziemi jak mała dziewczynka, znosząc się przy tym płaczem. Przybyli stają dookoła w milczeniu, wyraźnie zakłopotani.  

-Bethy, skarbie… - George próbuje mnie podnieść, lecz odpycham jego ręce ze złością. Wstaję samodzielnie, mierząc ludzi lodowatym spojrzeniem. Łzy wolno wysychają. Idę przed siebie, nieważne dokąd, byle dalej. Mijam zdumiony tłum, mijam ogrodzenie cmentarza, mijam przechodniów na ulicy… Snuję się ulicami Londynu niczym duch zbiegły ze swojego pogrzebu. Nagle, po iluś metrach bezcelowej wędrówki, wyrasta przede mną malutka lodziarnia, zapomniana lata temu. Zresztą, może jej wcale nie zapomniałam i od początku planowałam tu przyjść. Zamawiam lody, te same  co wówczas, gdy przychodziliśmy w to miejsce całą rodziną - ja, mama i tata. Potem, po śmierci mamy, ojciec zabierał z nami Tony'ego i jego matkę. Pamiętam, jaka byłam wściekła. Uważałam, że bezcześci święty rytuał. Zanurzam łyżeczkę w przepysznym brownie, zaskoczona niezmiennym, intensywnym smakiem.  

- Szukają cię. - rzuca Tony, wchodząc do wnętrza kawiarenki.  

- Ty też? - pytam, taksując mężczyznę uważnym spojrzeniem. Uśmiecha się lekko.  

- Ja cię znalazłem. Wolne? - wskazuje krzesło, sąsiadujące z moim.  

- Niestety.

- Wciąż mają biszkoptowe? -  wertuje pospiesznie kartę menu. Wzruszam ramionami.  

- Zamierzasz rozmawiać o przeprowadzce?  

- Nie… Przepraszam za tamto na pogrzebie. Masz rację to nie był dobry czas ani miejsce. - Tony przeprosił! Coś niewiarygodnego!  

- Po co zatem przyszedłeś?  

- Wychodzisz roztrzęsiona w środku ceremonii, znikasz na dwie godziny, ignorujesz telefony… - dopiero teraz zerkam w ekran. Wyciszone urządzenie pokazuje dwadzieścia nieodebranych połączeń. - Twój mąż zapędził wszystkich do poszukiwań. Szczęśliwie, miałem kilka pomysłów dokąd mogłaś pójść i jak widać jeden okazał się trafiony. Znam cię lepiej niż twój własny małżonek, będąc twoim największym wrogiem. Dostrzegasz pewien absurd?  

- Wrogiem…?  

- A nie? Zawsze traktowałaś mnie jako zło konieczne.  

- Było raczej odwrotnie.  

- Czyżby? - mamrocze Tony, sceptycznie unosząc brew.  

- Oblałeś sokiem moją sukienkę na bal. Od tego się zaczęło.  

- Wcześniej ty powiedziałaś Lisie, że chcę być jej chłopakiem.

- Powiedziałam, bo zachowałeś się jak dupek przy rodzinnej kolacji.  

- A ty byłaś arogancką, zapatrzoną w siebie jedynaczką od pierwszego spotkania. - przebija mój argument, wprowadzając między nas luźny, nastoletni nastrój. Wybuchamy śmiechem niczym dwójka dzieciaków. Chyba nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą tak otwarcie.  

- Może trochę - przyznaję mu rację, zatrzymując spojrzenie na jego wygiętych uśmiechem wargach - Powinnam zadzwonić do George'a…

- Niech się trochę pomartwi - Tony przytrzymuje moją rękę poufałym gestem. Zdecydowanie zbyt poufałym. Przygląda mi się intensywnie, zagęszczając atmosferę między nami w stopniu, wykluczającym swobodne oddychanie.  

- Tony… - szepczę, czując suchość w ustach. Co się ze mną dzieje? Mam męża, dziecko, zdradziłam kiedyś… Tak wiele spraw wyklucza jakikolwiek eksces, szczególnie z nim. Jednak widocznie należę do grona “starych i głupich” jako członek honorowy. Palce mężczyzny lekko drgają, sprawdzając moją reakcję. Przesuwa nimi w górę, wzdłuż wewnętrznej strony ręki. Uważnie jakby był treserem, sprawdzającym granice poskramianego zwierzęcia. Kiedy dotyka przedramienia moja skóra zdaje się być jednym, piekielnie czułym receptorem.  

- Jeśli chcesz coś powiedzieć, masz ostatnią szansę… - informuje, ścierając opuszkiem resztkę roztopionego brownie z kącika moich ust. Tony to wróg! Walczymy ze sobą odkąd pamiętam. Chwytam jego palec, by zlizać klejącą kroplę lodów. - Cholera, Bethie… - zaczyna mnie całować z jakimś nieznanym wcześniej głodem. Wiem, że to nie skończy się dobrze, ale i tak dopuszczam, by ten ulotny, pozbawiony sensu moment trwał nieprzerwanie. Nie wiem jak ani dlaczego lądujemy na kanapie w mieszkaniu Tony’ego.  
Przypomina mi ono Dawida - nasze motelowe spotkania, wyjazd do Polski, noce pełne stukania klawiatury i seksu. Pozwalam, aby Tony używał mojego ciała niczym zabawki ku swojej własnej satysfakcji. Nie oczekuję od niego nawet grama finezji, lecz spotyka mnie miłe rozczarowanie. Mój wróg okazuje się doskonałym kochankiem - świadomym potrzeb drugiej strony, potrafiącym je zaspokoić, przy odrobinie niedosytu. Cierpliwie drażni łechtaczkę, póki nie reaguję głębokim westchnieniem. Igra z moim pożądaniem, aż tracę wszelką kontrolę nad swoim ciałem. Doprowadza do stanu, w którym jestem gotowa żebrać o to, by poczuć jego członka. Kiedy wreszcie wypełnia moje wnętrze, wszystko nabiera mało realnego wymiaru. Chcę tylko, żebyśmy doszli jednocześnie. Wbijam paznokcie w plecy Tony’ego, próbując odzyskać utracone panowanie. Rozpadam się pod nim niczym puzzle, które po pewnym czasie znów będzie można złożyć na kształt mojego jestestwa. Idealna harmonia przepojonych namiętnością ciał.  

- Najgłupsza rzecz, jaką zrobiłam. - rzucam w zamyśleniu. Nie umiem ocenić swojego zachowania w kategorii moralności, etyki i całej reszty społecznych bzdur. Było to głupie, może żałosne, ale tym razem nie odczuwam żadnych wyrzutów, zupełnie jakbym zakończyła pewien konieczny do przejścia etap.  

- Spędzenie wolnego czasu ze mną? - wtrąca ironicznie skrzywiony - Wszystko można wyjaśnić.  

- Niby jak? Dostrzegasz jakąkolwiek logikę?  

- Pokrętną. Dwójka dorosłych, samotnych ludzi, idzie ze sobą do łóżka, by poczuć się mniej dorośle i mniej samotnie. Zwykły mechanizm stadny. - wyjaśnia, a ja wybucham śmiechem. Dawno nie byłam tak beztroska. Nagle sobie przypominam o George'u i Katie. Zerkam na telefon. Ponad pięć godzin. Przesadziłam.  

- Muszę wracać. Odwieziesz mnie?  

- Jasne. Chodź.  

Jedziemy niespiesznie przez jaskrawo oświetlone ulice. Neony, latarnie, światła setek pojazdów, tysiące ludzkich historii… A wśród nich my z naszą własną opowieścią, czekającą na spisanie. Obserwuję profil Tony’ego, zacieniony przez kokpit samochodu.  

- Tony… To dzisiaj to… - zaczynam niepewnie. Pierwszy szok mija, ustępując bardziej racjonalnemu podejściu o  posmaku poczucia winy.

- Nie powtórzy się więcej. - ucina prędko. Więc rozumie, dobrze, mogę odetchnąć z ulgą.  

- Dziękuję.  

- Jesteśmy na miejscu.  Beth, czekaj… Mam coś dla ciebie. Powinienem dać ci to wcześniej… - wyciąga z samochodowego schowka książkę, podając mi ją niepewnie. Spoglądam na okładkę i zamieram. “The end of eternity” autorstwa Dawida Rutkowskiego. Drżącymi dłońmi odnajduję dedykację. Krótką, treściwą, wykluczającą pomyłkę - “For Ana”. - Wiedziałem o waszej dwójce. Pomyślałem, że… Nieważne.  

- Jak…?  

- Zobaczyłem go kiedyś w Highgate Cemetery na grobie tego pianisty… Totalnie rozbitego. Zostawiłaś go bez słowa, bez nadziei… Poszliśmy do pubu i po kilku głębszych opowiedział mi wszystko. Potem spotykaliśmy się jeszcze parę razy. Opowiadałem mu o tobie, o Katie, George'u...  

- Więc nie wrócił do Polski? - pytam retorycznie. Dawid interesował się mną cały ten czas? Wypełnia mnie gwałtowne, niepowstrzymane uczucie, które od pięciu lat próbowałam stłumić.  

- On nigdy nie wyjechał z Londynu.  

- Gdzie mieszka? Pracuje? Muszę go zobaczyć, Tony. Tony? - mężczyzna odwraca wzrok, unikając mojego spojrzenia. Szarpię go gwałtownie za ramię.

- Dawid nie żyje, Beth. Zmarł pół roku temu. Wtedy, kiedy Katie miała wypadek. Pamiętasz? - otwieram oczy szeroko. Zaskoczenie, niedowierzanie, pustka. Te trzy słowa określają mój obecny stan. Dawid nie żyje od pół roku, a ja o niczym nie wiem. - Nie było cię tam, prawda? George zabrał Katie na plac zabaw. Przechodzili przez ulicę, ale nie trzymał jej za rękę, zupełnie jakby nie dbał, czy coś jej się stanie. Dawid i ja staliśmy pod barem naprzeciwko. Często bywaliśmy w pobliżu waszej rodziny, bo tylko tak mógł widzieć ciebie i Katie. Odkąd zobaczył jej zdjęcie, wiedział, że jest jego… - Tony przerywa, mając wyraźne trudności z zebraniem słów - Auto wyjechało dosłownie znikąd. Katie stała na pasach, nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu. Zacząłem krzyczeć. George nawet nie drgnął. Dawid zdołał odepchnąć ją poza tor jazdy samochodu, tuż przed zderzeniem… Zapamiętam ten widok do końca życia, Anabeth. Leżał w kałuży krwi, a obok klęczała mała dziewczynka, nie wiedząc, co właśnie zaszło. Zmarł trzy dni później.  

- Nie… - mówię, choć moje zaprzeczenie jest całkowicie zbędne.  

- Przed śmiercią, kazał mi obiecać, że będę nad tobą czuwał. Między nami bywało różnie, zdawał sobie z tego sprawę. Jednak chciał, żeby dwie najbliższe mu osoby nie były wrogami wobec siebie. Początkowo, nie potrafiłem przezwyciężyć niechęci… Zresztą częściowo winiłem cię za jego odejście. Dopiero dzisiaj, podczas pogrzebu, zobaczyłem w tobie więcej niż tylko lalkę z idealnym uśmiechem. Coś we mnie pękło, Beth… Coś bardzo ważnego… Ta książka, właściwie rękopis… Znalazłem w rzeczach Dawida i… Chciałby ci ją dać. Gdyby starczyło mu odwagi - wyrzuca jednym tchem, ciągle nie patrząc w moją stronę. Nieco niezręcznym gestem kładę rękę na jego dłoni.  

- Dziękuję -  całuję niedokładnie ogolony policzek Tony’ego i wychodzę z auta, trzymając książkę pod pachą. Ledwie stoję na nogach. W głowie kotłują się setki tysięcy sprzecznych myśli, pośród których dominuje ta jedna jedyna - Dawid odszedł. Więcej go nie zobaczę. Nie zadzwonię. Nie wyjaśnię. Nie powiem. Dlaczego George mi nie powiedział? Dlaczego nie uratował Katie? Dlaczego byłam tak głupia? Pytania, pytania, pytania… Nieskończony korowód pytajników. Wchodzę do ciemnego domu, czując rosnący na piersi ciężar. Kamień niemożliwy, by go zrzucić.  

- Wróciłaś wreszcie… - rzuca George, trzymając w dłoni szklankę whiskey. Tak przynajmniej wnioskuję po zapachu.  

- Przepraszam, potrzebowałam odetchnąć.  

- Naturalnie. Każda kobieta urządza scenę na pogrzebie własnego ojca, po czym znika na kilka godzin, zostawiając rodzinę. - stwierdza sztucznie ugodowym tonem. Srebrne lśnienie zdradza położenie szklanki.  

- George… - zaczynam, szukając usprawiedliwienia, którego nie mam.  

- Katie płakała za tobą. Cały czas pytała, gdzie mama. - mruczy, jakby to było coś złego.  

- Dlaczego nie powiedziałeś, że Dawid nie żyje?  

- Tony…? Obiecał nie wspominać o tamtym… Mogłem od razu założyć jego niedyskrecję…  

- Mogłeś. Mogłeś też trzymać Katie za rękę. Mogłeś odciągnąć ją od samochodu.  

- Miałem zginąć zamiast niego? Tego byś chciała?  

- Nikt nie musiałby ginąć, gdybyś trzymał Katie za rękę! - wybucham, drżąc od tłumionego płaczu.  

- Ciszej, dziecko śpi.  

- Jesteś jej ojcem, to był twój obowiązek…  

- Dość. Oboje znamy prawdę, Beth. Jej ojciec spełnił swój obowiązek. Uratował ją, prawda? - prycha z gorzkim uśmiechem - Myślisz, że nie wiedziałem? Kocham Katie, ale ona nie jest moim dzieckiem. Kiedy go zobaczyłem, jak stał pod barem… Sparaliżowało mnie po prostu. Nie byłem w stanie poruszyć choćby palcem. Potrafiłem jedynie wyobrażać sobie ciebie i jego razem… - urywa wyznanie na moment - Zawsze byłem silny. Wierzyłem, że zdołałem ci wybaczyć, ale to mnie przerosło.  

- Zabiłeś go.  

- Byliśmy szczęśliwi, Beth. Nadal będziemy… - wyciąga ramię, chcąc mnie objąć. Nie potrafię pojąć jego rozumowania. Wszystko brzmi tak prosto, tak logicznie i tak bezdusznie.  

- Idę do Katie. Pewnie znowu śpi odkryta.

Wchodzę na palcach do różowej, ciepło oświetlonej sypialni, stanowiącej kontrast dla ponurej reszty budynku. Katie śpi spokojnie - drobna, blada twarz w kształcie serca ocieniona długimi, ciemnymi włosami. Poprawiam skopaną kołderkę, gasząc niewielką lampkę. Zapada ciemność, rozpraszana ulicznymi latarniami i srebrnym błyskiem szklanki George’a. Przyglądam się mu przez wpółuchylone drzwi. Książka Dawida niemal parzy, gdy ją odkładam na najwyższą półkę regału poza zasięg wzroku oraz pamięci. Zamykam pokój Katie najciszej jak umiem. Podążam za blaskiem szklanki, aż obejmuję chłodne szkło palcami. Muskam wargami brzeg naczynia, wolno przechylając zawartość do ust. Ostry smak alkoholu wypiera nieproszone myśli z mojej głowy. George pociąga mnie w dół. Siadam na jego kolanach, otoczona bezpiecznymi ramionami, bez których już dawno bym znikła. Dopijam whiskey oparta o pierś mężczyzny, czując się warta więcej.

2 890 czyt.
100%306
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i erotyczne, użyła 2663 słów i 15535 znaków

Komentarze (6)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • AlexAthame

    AlexAthame 15 października

    Dobrze i profesjonalnie napisane.To czego dotyczy treść to inna sprawa. Faktem jest ze ludzie sami sobie utrudniają życie.  

  • AnonimS

    AnonimS 22 września

    Jestem pod wrażeniem.  Zresztą jak zawsze. Pozdrawiam

  • fazka

    fazka 14 września

    Fajnacki avek

  • agnes1709

    agnes1709 11 września

    PRZEPIĘKNIE!!!!!!!Tyle chyba w.... temacie Bosko!!

  • AuRoRa

    AuRoRa 10 września

    Lawina emocji, historia wciąga, pokazując coraz nowsze fakty. Prowadzisz czytelnika po zakamarkach i myślach bohaterki. Pomimo tragedii idzie na przód, ma dla kogo żyć. Czyta się jednym tchem, a tu nagle koniec tekstu.

  • Black

    Black 9 września

    Bardzo mi się podobało... Moim zdaniem pokazałaś kwintesencję żałoby, człowiek pomimo tłumu zgromadzonego wokół siebie i tak jest osamotniony. I jeszcze ten bałagan emocjonalny. Serduszko i łapka