The ghostwriter: Heaven&Hell

The ghostwriter: Heaven&Hell

Pachnie charakterystycznym zapachem spranych ubrań, nawet kiedy ich na sobie nie ma. Wyciąga papierosa i zapala go wprawym gestem. Przytulam się ufnie, otoczona jego ramionami niczym prywatną twierdzą. Wspieram głowę o twardy obojczyk mężczyzny, patrząc jak wydmuchuje obłoczek białego dymu. Opar tworzy własne wyże, niże i fronty - niebo, skryte pod sufitem motelu. Nasze niebo. Nasz wszechświat. Półleżymy w ciszy, przetykanej symbiotyczną harmonią oddechów. Moje nagie ciało na jego nagim ciele. Bladoszare światło wpada przez okno razem z codziennym szumem rozbudzonego miasta. Moment, który mogłabym zatrzymać. Chwila potajemnie wykradziona spod nosa życia. Szkoda, że tak krótka. Wstaję z żalem. Dawid łapie mój nadgarstek silnym, desperackim uchwyt długich palców.  

- Zostań - prosi między kolejnymi zaciągnięciami.  

- Nie mogę - odpowiadam, zapinając stanik. Przygląda mi się zza papierosowej mgły zmęczonym wzrokiem emocjonalnego weterana. Narzucam koszulę, szukając zagubionych stringów, wygiąwszy ciało niby profesjonalna prostytutka w trakcie erotycznego pokazu.  

- Są tutaj - Dawid trzyma skąpy kawałek koronki zawieszony na palcu.  

- Dzięki - mówię, chcąc odebrać moją własność. Ukrywa majtki w dłoni, nim zdołam ich dotknąć. - Nie mam czasu na gierki.  

- Babe, I want to steal all your kisses… - nuci starą piosenkę, jedną z tych, które są znane nie wiadomo skąd. Uśmiecham się mimowolnie i zatapiam wargi w ciepłą miękkość jego ust. Kładzie rękę na moich pośladkach, przyciągając mnie bliżej. Członek Dawida twardnieje, czym przyjemnie drażni, ocierającą go łechtaczkę.  

- Naprawdę, muszę iść - wyduszam wbrew oczywistemu podnieceniu. Dawid porusza penisem, wywołując lokalną powódź.  

- Nie puszczę cię w takim stanie - szepcze, coraz mocniej napalony.  

- George będzie czekał.  

- Jak kocha to poczeka - wtrąca beztrosko, całując mnie głęboko ze śliskim językiem wewnątrz niby elektrycznym węgorzem, emitującym ciągły impuls.  

- Nie mogę, puść. - wyrywam się z uścisku mężczyzny stanowczo, ogarnięta nagłą pustką. Mrowienie między nogami każe mi do niego wrócić, ale opieram się pokusie. Dawid z westchnieniem rezygnacji oddaje stringi.  

- Kiedy znowu przyjdziesz? Za tydzień, miesiąc, rok…? - pyta kpiąco, odpalając kolejnego papierosa. Nie odpowiadam. Powinien wiedzieć, ile kosztuje mnie nasza znajomość. Poświęcam mu każdą wolną chwilę. Ostrzegałam, że nie będę spędzać z nim tyle czasu, co z George’em. Zaakceptował taki układ, więc dlaczego teraz ma pretensje?! Naturalnie, przewidziałam, że nie wytrzyma zbyt długo, lecz mimo wszystko obstawiałam późniejszy termin. - Odpowiedz, Ana.  

- Zadzwonię - rzucam poirytowana.  

- Zadzwonisz?! Mam czekać aż łaskawie zechcesz się odezwać?  

- A jak inaczej planujesz to rozegrać? - prycham.

- Unbelievable! - wykrzykuje ze sztuczną radością. Macha teatralnie ramionami, jakby grał przed niewidzialną widownią. Staje przy parapecie i wychyla się przez otwarte okno. - She will call! She said she would call!  

- Dawid, przestań! - próbuję go odciągnąć.  

- Nie traktujesz mnie poważnie.  

- Jestem mężatką, Dawid. Czego oczekujesz?  

- Nie wiem! Czegoś… - wciąga dym głęboko - Innego.  

- Przepraszam - ujmuję jego twarz w dłonie. - Czasem zapominam, jak Ci ciężko - patrzy smutno, po czym wtula głowę w ciepłą poduszkę mojego biustu. Trwamy tak na podobieństwo starożytnych posągów, zamrożeni wewnątrz mijających minut.  

- Kocham cię.  

- Ja ciebie też - odpowiadam z perfekcyjnie stłamszonym wahaniem. Tkwi ono we mnie niczym twarda kulka obsesyjnie zwiniętego papieru, zapisanego obustronnie nazwami nieużywanych emocji. Opuszczam skromne progi motelowego pokoju, będącego moim prywatnym skrawkiem czterościennego nieba. Wiem, że tu powrócę. Jestem ćmą, która nie oprze się pokusie spłonięcia.  Jestem ptakiem, który beztrosko leci, nie zauważając szyby. Jestem jednym z trzystu, którzy zostali pod Termopilami. Jestem kobietą - autodestrukcją ubraną w  cienką pajęczynę rajstop i szpilki. Można mnie spotkać przy witrynach drogich sklepów, gdzie studiuję swój wygląd z jawnym sceptyzmem. Przybywam wezwana kwiatami oraz światłem świec, by zabrać cię do nieba lub piekła. Zwabiona iluzją miłości dokonuję niemożliwości w twoje imię, zatracając siebie, niszcząc własną odrębność, wyrzekłszy się wszelkich pragnień. Oto cała prawda.  

- Cześć, kochanie - fałszywy pocałunek muska blade wargi mojego męża.  

- Gdzie byłaś?  

Pytanie uderza w zacisze mieszkania z siłą prawybuchu. Zamieram, wsłuchana w zaskakująco powolne tętno. Rytm godny walca stanowi krzykliwy kontrast dla umysłowego jaiva. Rozchylam usta, poszukując odpowiedniej choreografii, ale dziś nie potrafię zatańczyć.  

- Ja…  

- Masz romans?  

- George…

- Tylko nie kłam! Chcę usłyszeć prawdę, rozumiesz? Tak czy nie?  

Test jednego wyboru. Tak czy nie. Pułapka gotowa pozbawić tchu najlepszych oratorów. Tak czy nie. Każda odpowiedź będzie błędna. Każda prowadzi do upadku na uczuciowy bruk. Tak czy nie. Ułamki sekund pędzą nieubłaganie wzdłuż stoku czasu, formując niepowstrzymaną, śnieżną kulę pauzy. George dusi zbyt silnym uchwytem moje ramię, wypalając spojrzeniem dziurę w misternie utkanej masce kochającej żony.  

- Tak.  

- To ten pisarz? - przytakuję niemym skinięciem. Krew dudni mi w uszach niczym wojenne werble, a łzy płyną wbrew woli oszalałego mózgu. George opada na fotel, pocierając skronie palcami. Wciąż czuję bolesny uścisk jego dłoni. Mąż wstaje gwałtownie i wychodzi. Trzaska drzwiami, wykrzykując całe oburzenie jednym uderzeniem o futrynę. Spoglądam w dół na idealny spokój szarych kafli. Ich stabilność wywołuje u mnie potrzebę wyładowania tysięcy złych myśli, krążących jak porażone światłem nietoperze. Leżę skulona, poroniony embrion, wypadły przedwcześnie pośród smugi krwi.  

- Długo to trwa? - pytanie George’a pada niespodziewanie. Nawet nie zauważyłam, kiedy wrócił. Milcząco podnoszę zapłakane oczy na jego gniewną twarz. Co się z nami stało? - Długo, Beth?  

- Odkąd przyjechał napisać autobiografię taty.  

- Łączy was tylko seks, czy jest coś więcej? - kontynuuje swoje przesłuchanie niewzruszony. Wiem, że w sercu już wydał wyrok. Winna.  

- Czy to ważne?  

- Ważne! - pierwszy raz słyszę, by podnosił głos.  

- Nie wiem.  

- Zamierzasz odejść?  

- Nie…  

- W takim razie musisz to zakończyć - George siada na podłodze obok, obejmując mnie troskliwie. Przywieram do niego z determinacją rozbitka. Wciąż czuję przedziwny ból, spotęgowany otrzymanym wybaczeniem. Żona marnotrawna wróciła do domu. - Obiecujesz?

- Obiecuję…  

- Już dobrze, nie płacz… Wszystko będzie dobrze… - dłoń męża delikatnie gładzi mnie po włosach, przynosząc ulgę i wdzięczność. Tej nocy nie śpię, zastanawiając się, co powinnam powiedzieć Dawidowi. Nic jednak nie przychodzi mi na myśl. Żaden kruczek prawny, który pozwoliłby mi uniknąć konfrontacji. Kolejnego dnia również nic nie postanawiam, zostawiając tę sprawę zawieszoną na cienkiej nici przeznaczenia niczym miecz Damoklesa gotów mnie przebić w najmniej spodziewanym momencie. Mija pełen napięcia tydzień, potem następny, a ja z wolna zapominam o potrzebie zakończenia mojego żałosnego wybryku. Upływ czasu neutralizuje tęsknotę, paraliżuje smutek, działa jak morfina, znieczulając agonię miłości. Chodzimy z George’m na zakupy, do kawiarni, odwiedzamy wspólnych znajomych, a potem śpimy obok siebie. Właśnie tak - obok siebie, nie ze sobą. Próbujemy udawać jak dwójka aktorów w scenie miłosnej, których nie łączy nic poza wspólnym ujęciem. Niby alchemicy usiłujemy stworzyć coś z czegoś zupełnie innego - dom ze ścierniska, melodię z popękanych strun… Ważne, żeby nikt nie wiedział… Żeby nikt nie odkrył, że król jest nagi.  

- Co dla ciebie, kochanie? - pyta George, spoglądając znad karty menu. Zerkam szybko na wypisane w równych rzędach pozycje. Nie mam ochoty niczego jeść. Nie mam ochoty tu być.  

- Bawarkę z cynamonem, proszę zamawiam uśmiechnięta. - Jak ci minął ranek?  

- Pracowicie. Bethy, powinniśmy porozmawiać… - zmienia ton, uważnie patrząc na swoje dłonie.  

- O czym? - rzucam, choć doskonale znam odpowiedź.  

- Wiesz przecież… Minęło trochę czasu i powinniśmy zacząć żyć normalnie.  

- Normalnie? A co według ciebie oznacza normalność?!  

- Ciszej… Chodzi mi o powrót do małżeńskiej codzienności, także “w tych” sprawach - oświadcza z wyraźnym naciskiem.  

- George…  

- Przemyśl swoją odpowiedź.  

- Dobrze - potakuję bez przekonania. Kelner przynosi nasze zamówienia i dalszy dialog utyka w martwej strefie milczenia. Po herbacie kontynuujemy konwersacyjną stagnację, spacerując za rękę niby zakochani. Nic nie zapowiada nadchodzącej burzy. Żadnych czarnych chmur ani odległych grzmotów. Tylko drzewo, zupełnie takie samo jak inne drzewa i Dawid wsparty o jego pień w pozie rannego bohatera. Nasze spojrzenia krzyżują się niczym ostrza szpad przed finałowym pojedynkiem. Rozchylam usta, formując imię, które pragnę usłyszeć nade wszystko.  

- Chodźmy tędy. - George ujmuje mój łokieć, zdecydowanie ciągnąc mnie w sobie znanym kierunku. Niemal łamię kark, kiedy odwracam głowę za Dawidem, wciąż niepewna, czy nie jest wyłącznie urojeniem. Stoi tam nadal, odpalając papierosa. Maleńki punkt żarzy się diabelskim błyskiem wśród strzępów cienia coraz słabiej i dalej ode mnie. Chociaż nie, to ja jestem dalej od niego.  

- Masz rację. - mówię cicho, ledwo słyszalnie, jakbym nie chciała być usłyszana. Może zresztą nie chcę. - Powinniśmy żyć normalnie.  

- Będziemy szczęśliwi. Obiecuję. - mąż całuje moją szyję usatysfakcjonowany. Owija ramię wokół talii, przyciągnąwszy mnie bliżej. Czuję ciepło, wręcz gorąco jego ciała, które parzy poprzez ubrania. Wsuwa palce pod płaszcz, po czym delikatnie ściska miseczki stanika wraz z płytko oddychającą zawartością. - Pragnę cię… Teraz…  

- Więc, na co czekasz? - pytam, szukając wzrokiem Dawida. Jest spowity cieniem, odległy i niewyraźny. Jednak ja wiem, że wpatruje się we mnie uważnie. Myślami dedykuję mu ten pożegnalny teatrzyk. George nie traci czasu. Opadamy na najbliższą ławkę, dążąc do połączenia naszych nienasyconych ciał. Członek mężczyzny jest już gotowy, wychyla się śmiało spomiędzy ciemnego materiału. Biorę go głęboko do ust, starannie wylizując językiem. George dociska moją głowę wyraźnie zadowolony. Wplata palce we włosy, nie pozwalając mi przestać. Wyciąga go ze mnie, na moment zanim zaczynam się dusić. Widocznie, pomimo danego wybaczenia potrzebował się wyładować. Rozumiem to lepiej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.  

- Siadaj - nakazuje chrapliwie. Wykonuję polecenie i po chwili oboje poruszamy się zgodnie, nie dbając o zgorszonych przechodniów, których szczęśliwie dziś zabrakło.  

- Kocham cię - mówię, kiedy kończymy jednocześnie. Cała drżę, wstrząsana wyjątkowo potężnym orgazmem. George gładzi moje rozdygotane plecy uspokajająco. Z zewnątrz musimy wyglądać jak para pijanych nastolatków.  

- Ja ciebie też, Beth. Ja ciebie też…

Doprowadzamy się do mniej więcej przyzwoitego wyglądu, aby grzecznie podążyć kostkowaną alejką w dół. Odwracam się jeszcze raz za siebie. Stoi tam drzewo, zupełnie jak inne drzewa, a pod nim nie ma nikogo. Mój anioł odszedł, zabierając niebo ze sobą. “Przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie i zmienił go w straszną, okropną pustelnię…” * przypomina mi się wiersz, czytany przez tatę dawno temu. Nie sądziłam, że cokolwiek pamiętam. “Z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem i kwiaty kwitnące przysypał popiołem…”


* Leopold Staff “Deszcz jesienny”  

Okay, przede wszystkim przepraszam za długą przerwę (nieplanowaną) i z góry dziękuję za pomocne opinie. Mam nadzieję, że ta część była w miarę znośna. Pozdrawiam, Sbd

2 700 czyt.
100%228
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i erotyczne, użyła 2075 słów i 12265 znaków

Komentarze (8)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • KatiaZula

    KatiaZula 22 sierpnia

    Dotarłam i tutaj. I mam mieszane uczucia. Z jednej strony domyslalam sie, że to nie Dawid będzie na pierwszym miejscu, ale z drugiej jednak miałam nadzieję. Poza tym ta poetyckość - mam wrażenie, że jest jej coraz więcej w każdym kolejnym rozdziale. Nie uważam tego za coś złego, ale czuje jakiś przesyt. Może dlatego, że przeczytałam całość za jednym razem? Nie mam pojęcia. Osobiście nie jestem fanką opisów w ogóle, ale twoje mają coś w sobie, muszę to przyznać - tę poetyckość chyba W każdym razie, cieszę się, że w końcu udało mi się przeczytać całość (dostępną), czekam na rozwój wydarzeń.

  • AuRoRa

    AuRoRa 16 sierpnia

    Niesamowite jest czytać tekst tak bogaty w opisy, metafory i porównania, które doskonale pasują do sytuacji i przeżywanych przez bohaterów uczuć. Zaczyna się czytać, po czym znajduje się w ostatniej linijce i ma się niedosyt, że to już koniec i trzeba czekać na następną część. Zawikłane losy, zakamarki ludzkiej psychiki, przemyślenia, to wszystko serwujesz nam, zapraszając do świata, do którego normalnie nie ma się dostępu. Nawet opisy milczenia mają w sobie klimat. Pozdrawiam

  • Asterion

    Asterion 15 sierpnia

    Od dłuższego czasu czytam opowiadania na lol. Czasami wybitne, czasami ledwie średnie, czasami nijakie, czasami niezasługujące na miano utworu. Jak dotąd moja aktywność ograniczała się do przyznania kilku kciuków w górę dla, moim zdaniem, prawdziwie udanych opowiadań. Aż do dzisiaj. Przeczytałem powyższe opowiadanie, podobnie jak poprzednie z tej serii, ale tym razem powstrzymać się od komentarza nie umiem. Droga Autorko, czy fragmenty typu „Ułamki sekund pędzą nieubłaganie wzdłuż stoku czasu, formując niepowstrzymaną, śnieżną kulę pauzy” służą temu, żebyś mogła ukradkiem podśmiewać się z zachwyconych opisami czytelników, czy są próbą zamiany całkiem niezłego fabularnie opowiadania w pastisz, czy, nie wierzę by mogło tak być, mają rzeczywiście być czytane wprost? Jeżeli to ta ostatnia możliwość, doceniając Twoją kreatywność i bogactwo języka, niestety nie mogę nazwać całości inaczej niż grafomanią. Pewnie taka ocena wynika z różnic pokoleniowych ... Muszę dodać jednak jeszcze komentarz pozytywny - dawno się tak nie ubawiłem jak czytając o wspomnianej już pauzie lub dialogu utykającym w martwej strefie milczenia.

  • Black

    Black 15 sierpnia

    Czytałam po raz drugi z zamiarem skopiowania fragmentów, które zrobiły na mnie wrażenie, ale musiałabym wkleić w komentarz cały rozdział. Powiem tylko, że jest to najlepszy utwór w twoim wykonaniu nasycony pięknymi detalami, które nie pozwalają oderwać się od czytania. Brawo Somebody

  • Milady

    Milady 15 sierpnia

    To jest tak głębokie, tu się tyle dzieje 'poza kadrem'... Geniusz!

  • dreamer1897

    dreamer1897 14 sierpnia

    Ale napisane, kopara opada do ziemi i nie mogę jej podnieść. Co tu się wydarzyło? To jest właśnie to co wyróżnia najlepszych na tej stronie. Styl, bogaty opis i niepowtarzalność

  • agnes1709

    agnes1709 14 sierpnia

    Pomijając kilka zjedzonych literek (zapraszam na naleśniki ) wspaniale, cudownie, fantastycznie!

  • sadstory

    sadstory 14 sierpnia

    OMG! To jest tak dobre, że aż brak słów. '' Ułamki sekund pędzą nieubłaganie wzdłuż stoku czasu, formując niepowstrzymaną, śnieżną kulę pauzy.'' - ŚWIETNE