Child Of Fate cz. 11

Miłego czytania, ze specjalną dedykacją dla Gabi, specjalnie dla ciebie są te krwawe sceny (chociaż nigdy tobie nie dorównam w pisaniu takich rzeczy :)). Wszyscy, którzy szykowali stos, mogą go już rozebrać :)

Rozdział 11

- I to ma być ten twój przyjaciel!?-wykrzyczał - przecież to bezrozumne bydle, które tylko czeka żebyś stracił czujność i wtedy cię pożrę
- Radziłbym się pohamować Sirvan- powiedział Richard- On nie jest taki jak o nim mówisz, ale jeżeli go dalej będziesz obrażał to jest duże prawdopodobieństwo, że taki się stanie. Poza tym uratowałem mu życie kiedy był jeszcze pisklęciem i teraz dzięki temu jest moim przyjacielem. A i jeszcze jedno, Ragot nie jest bezrozumnym bydlęciem
- Jaki Ragot?
- Ja kretynie!- ryknął smok- A teraz dalej możemy dalej się kłócić czy chce go pożreć, czy też nie, albo możemy polecieć do miejsca gdzie przetrzymują twoją żonę… No więc jak, masz jeszcze ochotę się pokłócić?- spytał z drwiną w głosie
Sirvan przez chwilę stał osłupiały ze zdumienia, po czym odbąknął, że woli uratować żonę. Richard obserwował całą tą wynikłą sytuację z lekkim rozbawieniem, a przez łączącą ich z Ragotem więź umysłową czuł jego wzrastającą z każdą sekundą irytację.
- A co z Benem? Przecież przyda nam się jego pomoc- powiedział Sirvan
- Może się przyda, ale Ragot może unieść póki co tylko dwie osoby. Ja muszę lecieć, bo nikomu innemu poza mną nie ufa i nikomu nie da się dosiąść. I tak dobrze, że zgodził się tam ciebie zabrać po tych słowach jakie powiedziałeś.
- Ummm… Przepraszam Ragot, ale bardzo martwię się o Lydię i mnie trochę poniosło.
- Rozumiem, też by mnie nosiło jeżeli by moja towarzyszka serca wpadła w ręce wroga.
- To masz już jakąś- spytał ciekawy Richard
- Nie, ale zamierzam…
***
Lecieli wysoko i szybko, na tyle szybko, że pęd powietrza zagłuszaj jakiekolwiek słowa wypowiedziane przez Ragota, jednak Richard dzięki temu, że był blisko Sirvana mógł przekazywać mu to, co powiedział w jego umyślę smok.
-To właśnie tam ją zabrali- krzyknął Richard wskazując palcem na wejście do jaskini położone na zboczu góry- Ragot wysadź nas niedaleko tej jaskini żeby nas nie zobaczyli.
Smok zaczął zniżać lot, a następnie wylądował nieopodal wejścia do jaskini. Richard i Sirvan ostrożnie zeszli z jego grzbietu, żeby nie podrażnić jeszcze bardziej swoich ud, które poobcierały się od ostrych łusek. Kiedy tylko stopy mężczyzny dotknęły ziemi, ten padł na ziemię i dziękował, że ten cały lot się już skończył.
- Nie przesadzaj, nie było tak źle- powiedział Ragot- wylądowałem bardzo łagodnie jak na mnie.
- Ma w sumie rację- powiedział Richard.
- …. Nie o to mi chodzi, po prostu… nie jestem przyzwyczajony do tego.- po czym zwrócił ostatnio zjedzony posiłek.
- Coś mi się wydaję, że nigdy nie polubi lotów z tobą- powiedział Richard do Ragota
- I tak tylko ten jeden raz pozwoliłem mu się dosiąść i tylko ze względu na to, że jego żona jest dla ciebie miła.
- I tak pewnie na drugi raz wolałby przemieszczać się na pieszo, albo na koniu.
Na tą uwagę Ragot zaśmiał się po smoczemu, a kiedy już Sirvan opanował rewolucję w żołądku spowodowane lotem, obydwoje ruszyli w kierunku kryjówki handlarzy niewolników. Kiedy byli już na miejscu na twarzach obu pojawił się zacięty wyraz twarzy, Richardowi oczy zapłonęły krwistą czerwienią, wyczuł bowiem poprzez magię cierpienie innych istot żywych przetrzymywanych w środku. Weszli do środka i tak jak się spodziewali, napotkali kilku strażników. Było ich sześciu, dwóch z nich Sirvan zabił celnym rzutem nożami, a resztę rozgromili w naturalny sposób. Richard dobył swojego półtora ręcznego miecza i rzucił się do ataku na napastników, dzięki treningowi bez trudu pokonał pierwszego przeciwnika odcinając mu dłoń w której trzymał miecz, a następnie rozłupując mu czaszkę. Drugi zabity przez chłopaka strażnik już po sekundzie od zabicia pierwszego miał rozpruty brzuch, a jego wnętrzności wylewały się na kamienistą i nierówną podłogę. Stał tak chwilę próbując jakoś wepchnąć swoje wnętrzności z powrotem do środka, jednak Richard wziął potężny zamach i rozciął mu głowę na pół. Sirvan poradził sobie równie dobrze, obydwoje strażnicy z którymi walczył leżeli pod ścianą z poodcinanymi kończynami i powyłamywanymi kończynami.
- Dobra, a teraz znajdź Lydię i przy okazji przekaż Ragotowi żeby pilnował naszych tyłów.
Dzięki treningowi z Benem, a także niezwykłej umysłowej więzi ze smokiem, Richard bez trudu radził sobie z wszelkimi poszukiwaniami rzeczy umysłem i już po chwili zlokalizował obiekt swoich poszukiwań. Głównie dlatego poszło mu tak szybko, ponieważ jej energia życiowa była najsilniejsza ze wszystkich zgromadzonych w środku niewolników. Ruszył w głąb jaskini z mieczem w dłoni gotowy rozerwać wszystkich przeciwników na drobne kawałeczki. Nie musiał czekać długo, bowiem po kilku minutach natknęli się na kolejnych strażników, tym razem jednak było ich więcej z czego jeden pobiegł w głąb jaskini po pomoc. Nie trzeba było długo czekać, żeby wokół nich zaroiło się od wrogów, walczyli zaciekle jednak przewaga liczebna była zbyt duża i co raz bardziej byli zmuszeni się cofnąć. W tym właśnie momencie Richard przeżywał wewnętrzny konflikt, w którym zastanawiał się czy użyć magii do walki, czy też nie. Potrzebował tylko odpowiedniego impulsu żeby rozerwać ich na kawałki i tym właśnie impulsem okazało się zranienie Sirvana przez jednego z wrogów. Na ten widok chłopak ryknął ogłuszająco i zanurzył się w nurcie energii zgromadzonej w sobie, głęboko w jego umyślę obudziła się potężna siła, która natychmiast domagała się uwolnienia. Odszukał umysłem wszystkich wrogów wokół siebie, a następnie wpompował w nich śmiercionośną energię doprowadzając do wybuchu ciał większości z nich, niektórzy byli bardziej odporni, jednak i tak umarli na wskutek ugotowania wszystkich narządów wewnętrznych. Ściany jaskini były zbryzgane krwią i wnętrznościami tych, którzy wybuchli, a Richard jak gdyby nigdy nic podchodzi do Sirvana aby uleczyć jego ranę.
- A jednak to zrobiłeś- powiedział Sirvan- Tak się właśnie zastanawiałem czy się na to zdobędziesz
- Musiałem… ale i tak czuję obrzydzenie do tego co zrobiłem…
- Ale oni byli źli, zasłużyli sobie na jeszcze gorszy los.
- Może i tak, ale tu nie o to chodzi.
- A o co w taki razie?
- Chodzi o uczucie towarzyszące zabijaniu, kiedy zabijałem tamtych mieczem czułem lekkie wyrzuty sumienia, natomiast kiedy zabijam magią czuję jakąś dziwną satysfakcję z tego co zrobiłem, a nawet powiedziałbym, że sprawia mi to niewyobrażalną przyjemność… Ale ja taki nie jestem i nie chcę się taki stać…
-… I na pewno nie staniesz, znam cię już jakiś czas i wiem, że nigdy nie znajdziesz upodobania w zadawaniu tak okrutnej śmierci… Nie staniesz się taki jak twój brat
-… Dzięki… A teraz chodźmy po Lydię i zmywajmy się stąd
***
Szli razem w ciszy, kiedy nagle przerwał ją rozdzierający duszę krzyk.
- Co to było?- spytał Sirvan- … Nic się jej nie stało prawda?
-… Nikogo obok niej nie wyczuwam, co może oznaczać tylko jedno…
- Zaczęła rodzić?
- Prawdopodobnie tak, ale pewności nie mam.
Puścili się szybkim biegiem w stronę miejsca gdzie przetrzymywano wszystkich niewolników, w tym także Lydię i po chwili byli już na miejscu. Zobaczyli Lydię leżącą na kamiennej płycie, a obok niej kilka kobiet klęczało i starały się jakoś pomóc przy porodzie. Na widok Sirvana i Richarda zerwały się nagle i uciekły po przeciwległą ścianę.
- Spokojnie, nie skrzywdzimy was, przyszliśmy tutaj po nią- powiedział wskazując na żonę Sirvana
- A strażnicy?- spytali chórem
- Nie żyją, jesteście wolni.- po wypowiedzeniu tego przez Richarda, zapanowała krótka cisza, którą chwilę później zakłóciły radosne okrzyki i wiwaty niewolników. Wszyscy zaczęli kierować się ku wyjściu, Richard tylko krzyknął na odchodne- Tylko się nie przestraszcie tego smoka przy wejściu, to przyjaciel!
Kilka kobiet, które wcześniej uciekły pod ścianę teraz na nowo były przy Lydii pomagając jej znieść trud porodu, chwilę później dołączył do nich także Sirvan.
- Panie- powiedziała jedna z niewolnic- są pewne komplikacje z jej ciążą
- Jak to?- spytał przerażony Sirvan
- Wody odeszły jej jakieś 6 godzin temu i do tej pory nie urodziła, na dodatek straciła dużo krwii, jest już na skraju wyczerpania.
- Nie… Ona nie może umrzeć… Nie po tym wszystkim co razem przeszliśmy…
- Mogliśmy wziąć ze sobą Bena, on by wiedział co robić…
- … Ale przecież ty też jesteś czarodziejem… Może ty byś jej pomógł?
- Ale nie wiem jak, gdybym wiedział nie zastanawiałbym się nawet sekundy, ale problem w tym, że jeżeli nie wiem co robić to mogę jej jeszcze bardziej zaszkodzić.
- Proszę… Zrób coś!!!
Chłopak stał w miejscu osłupiały nie zdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu, zaczął rozmyślać o tych wszystkich wieczorach spędzonych razem z Lydią, o tym jak traktowała go jak syna mimo, że nie łączyły ich więzy krwii była dla niego jak matka. W przypływie uczuć odwołał się do magii, a także do wszystkiego czego nauczył go Ben. Podszedł do Lydii z każdym krokiem jaśniejąc coraz bardziej, aż w końcu światło było tak mocne, że nie mogło się na nie patrzeć. Zapuścił się swoim umysłem w głąb jej umysłu, a następnie wyczuł dziecko tkwiące w jej łonie. Absorbował jej cierpienie, które stawało się jego własnym, a następnie próbował jakoś ustawić dziecko do odpowiedniej pozycji, aby mogła bez przeszkód je urodzić. Zatracił się całkowicie w świecie bólu, ale nie zważał na to, liczyło się tylko to, żeby Lydia i jej dziecko przeżyli. Nie miał pojęcia ile klęczał obok niej próbując pomóc, w końcu poczuł, że fala cierpienia emanująca z Lydii zaczyna maleć coraz bardziej. Całkowicie wyczerpany otworzył oczy i zobaczył w swoich rękach płaczącego noworodka, na ten widok coś w nim pękło i zrozumiał, że aby wszystkie nienarodzone jeszcze dzieci miały szansę żyć bez strachu, on musi użyć niszczycielskiej strony swojego daru, aby raz na zawszę unicestwić Darkena.
- Nie mam pojęcia co zrobiłem, ale cieszę się, że mogłem pomóc- powiedział oddając noworodka w ręcę wyczerpanej Lydii. Uśmiechnął się blado, a następnie usiadł pod ścianą żeby odpocząć.
***
Późnym wieczorem cała piątka wróciła do domu, gdzie czekał na nich zmartwiony Ben.
- Gdzie wyście byli tyle czasu!?... I kiedy Lydia zdążyła urodzić!?
- Długa historia Ben- odpowiedział Sirvan- Opowiem ci ją, ale obiecaj mi, że jutro zrezygnujesz z jakichkolwiek treningów, chłopak zasłużył na porządny odpoczynek po tym co dzisiaj zrobił.
Richard słysząc te pochwały z ust Sirvana zaczerwienił się zawstydzony
- To… nic takiego… każdy by tak zrobił na… moim miejscu…
- Ale co on takiego zrobił?- spytał Ben
- Zaraz ci powiem, a ty Richardzie idź się połóż i odpocznij, zasłużyłeś na to.

Shruikan

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 2054 słów i 11451 znaków.

7 komentarzy

 
  • square

    Ale mam nadzieje, ze nadejdzie szybko ;)

  • Shruikan

    Bo to w sumie nie jest koniec opowiadania, po prostu nie mam koncepcji na kontynuacje.

  • eeeehhh....

    Wszystkie opowiastki sa b.interesujace, ale szkoda ze nie ma kontynuacji chociaz konczacej opowiadanie

  • ;)

    Fajne , write Next

  • xxv

    stos zostaje na następny raz

  • Karou

    też tak twierdze :)

  • Gabi14

    Ooo... Dziękuje ^^ [wiesz, że taki dedyk też cię nie uratuje prawda?] (taak coś planuje 3:)) mogłobyć bardziej krwawo xD