Wybacz, ale inaczej nie Potrafię cz.24

Wybacz, ale inaczej nie Potrafię cz.24Nasze życie nabrało sporego rozpędu. Już trzy dni później mieszkałam w innej dzielnicy miasta razem z Sławkiem. Razem z ucieszoną Suzy postanowiliśmy moje mieszkanie oddać rodzicom, którzy lada dzień mieli pojawić się w mieście. Moja siostra lada moment miała rodzić, a w oczach jej ukochanego widziałam tyle szczęścia i miłości, że ja sama zaczęłam żałować, że nie mam z Sławkiem dziecka. Jednak mimo iż on bardzo chciał, oboje postanowiliśmy, że to jeszcze nie ten czas. Najpierw chciał wszystko wyjaśnić z byłą żoną. Namówiłam go by walczył o odzyskanie praw nad córką, bo przecież jako ojciec miał prawo się z nią widywać. Chociaż z jednej strony byłam zła na jego eks, z drugie jako matka rozumiałam ją i jej postępowanie. Dziś wreszcie miałam iść na rozmowę w sprawie pracy, chciałam samodzielnie stanąć na nogi, bez pomagania szwagra, czy mojej siostry. Musiałam wziąć sprawy w swoje ręce, musiałam iść kilka kroków na przód, musiałam ruszyć z miejsca i zapomnieć o tym co stało się tamtego dnia. Ojciec tamtego dziecka dzwonił do nas praktycznie codziennie, informował nas o stanie zdrowia i dziękował miliony razy, ale to ja byłam im wdzięczna. Może to trochę dziwnie zabrzmi, ale słowa tej dziewczynki, słowa które wypowiedziała tamtego dnia w szpitalnej sali były dla mnie niczym wybawienie. Nikt z wyjątkiem mnie tego nie rozumiał, ale ja wiedziałam doskonale, że dziecko mówi prawdę, ba chyba tak naprawdę czekałam na to by dostać błogosławieństwo od osób, których przecież tak bardzo kochałam. Nie wspominałam nic o tym Sławkowi, postanowiłam nie mówić mu nie których rzeczy, nie wiedziałam nawet, czy by zrozumiał.  
- Kaju kochanie Ty moje - odwróciłam się do niego i mocno wtuliłam się w jego ramiona.  
- Powiedz mi, że się nam uda? obiecaj, że zaznamy jeszcze szczęścia - rzekłam cicho. Nie potrafiłam tego zrozumieć, ale mimo ułożonego życia, mimo tego, że odzyskałam miłość rodziców, miałam ukochaną siostrę, miałam ukochanego faceta, wciąż w moim sercu panował ten dziwny lęk. Ten, który pojawia się nagle, niespodziewanie i nie pozwala nawet w nocy zmrużyć oka. Ten który drwi z Ciebie - za chwilę i tak wszystko Ci odbiorę. Bałam się straty ukochanych osób, bałam się, że znów nagle stanie się coś złego, tak jak wtedy, tak jak w tym parku.  
- Zawsze będę przy Tobie - słowa Sławka okazały się kojące. Jego obietnica, deklaracja była niczym balsam na wciąż poranioną duszę. Kochałam go. Nie wiem kiedy, nie wiem jak, nie wiem w którym momencie mojego popranego życia zakochałam się w mężczyźnie, który przez cały czas próbował mnie ocalić, przez cały czas był przy mnie, wspierał i akceptował każdą moją decyzję.  
- Kocham Cię - szepnęłam cicho i jeszcze bardziej wtuliłam się w jego ramiona. Nie mówiliśmy nic o ślubie, nie planowaliśmy tego co będzie za rok, za dwa. Byliśmy, żyliśmy tu i teraz i tak bardzo byliśmy ze sobą szczęśliwi. Leniwie przeciągnęłam się po łóżku i spojrzałam na Sławka, chciałam ponownie zatopić usta w jego wargach, gdy nagle przerwał nam dzwoniący telefon.  
- Tak słucham - patrzyłam jak mężczyzna długo przysłuchuje się rozmówcy. Patrzyłam na jego rozpromienioną twarz i umierałam z ciekawości.  
- Powiedz jej by poczekała do naszego przyjazdu. Niech nie rodzi bez nas zaraz tam będziemy - prawie wybuchł śmiechem. Teraz wszystko zrozumiałam. Czym prędzej wstałam z łóżka i pobiegłam się ubrać i ogarnąć. Już jakieś piętnaście minut później siedzieliśmy w samochodzie i jechaliśmy w stronę szpitala. - No to wybrała sobie dzień - prychnęłam śmiechem, zdając sobie sprawę z tego, że już raczej nie zdążę na rozmowę o pracę i kolejna szansa przejdzie mi koło nosa.
- Może Cię podwiozę, zawsze będzie to szybciej - zaproponował. Kiwnęłam przecząco głową.  
- Może przyjmę propozycję szwagra - zaśmiałam się cichutko. Zawsze uczona byłam tego, że są rzeczy ważne i ważniejsze a narodziny mojego siostrzeńca, narodziny mojego chrześniaka były dla mnie najważniejsze. Kilkanaście minut później byliśmy w szpitalu. Czekaliśmy w długim korytarzem z niecierpliwością.
- Ktoś musi odebrać rodziców, Dziś mieli przyjechać - powiedział wyraźnie wzruszony Tom - Dobrze pojadę - zgodził się Sławek i pocałował mnie w usta i pojechał. Minuty zaczęły dłużyć się w nieskończoność.

Kiedy usłyszałam płacz dziecka, czas jakby się zatrzymał. Gwałtownie wstałam z krzesełka i chciałam już podbiec do Toma, pogratulować mu, ale zrobiło mi się dziwnie słabo. Nie wiem kiedy, ale ocknęłam się dopiero w obcej sali i spojrzałam na młodą twarz pani doktor.  
- Zleciłam zrobienie pani badań na cito. Za piętnaście minut powinny być wyniki. Niech pani odpoczywa - usłyszałam. Patrzyłam na przestraszoną twarz szwagra i uśmiechnęłam się do niego.
- Idź do nich. Nie każ jej na siebie czekać - powiedziałam cicho. Widziałam wahanie w jego oczach, ale po chwili pokiwał głową i zostałam sama. Płacz, wciąż w głowie miałam płacz dziecka i poczułam jak znowu wszystko wraca. Jak znów przeżywam wszystko od nowa, widziałam jak upadam, jak proszę ich by przestali, jak potem sama chcę umrzeć. Wraca cały ból, wraca wspomnienie twarzy Pawła, wracają jego słowa. Jestem taka słaba. jestem już tym wszystkim tak bardzo zmęczona, zasypiam...

- Kaju obiecałaś! - znajomy głos wydaje się tak realny jakby był tuż obok. Odwracam się, ale nikogo nie widzę. Nie wiem gdzie właściwie jestem. Nie mogę rozpoznać tego miejsca, nie mogę zebrać myśli. Nagle za mgły wyjawia się on. Rozpoznaje go niemal natychmiast. Chcę biec, chcę pobiec do niego, ale nie mogę. Nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Wciąż stoję w jednym miejscu, czekam, czekam wciąż nie rozumiejąc za czym. Nagle on pojawia się tuż przy mnie. Widzę go, jest na wyciągnięcie ręki, chcę go dotknąć, chcę go przytulić, chcę ukryć się w jego ramionach, ale nie mogę. Z rękoma robi się to samo co z nogami, są bezwładne, nie czuje ich. Wciąż stoję nieruchomo, chcę, ale nie mogę. Czuje strach, czuję jak strach i gniew ogarnia moje ciało.
- Zaufaj mi - szepcze jakiś głos. - Zaufaj mi - ponawia swoje słowa. Nagle mogę ruszyć już ręką, mogę poruszyć też palcami u nóg. Paraliż mija.
- Paweł! Paweł stój! - krzyczę, ale on nie reaguje. Nie zatrzymuje się, po prostu odchodzi. Nagle zatrzymuje się, odwraca w moją stronę i patrzy na mnie. Minuta, dwie nie wiem. Patrzymy sobie w oczy, ale nikt z nas nic nie mówi
- Kocham Cię - wypowiada nagle i znika. Tak znika zupełnie tak jakby zamienił się w popiół. Jednak ja wciąż jestem w tym miejscu, wciąż nie mogę znaleźć wyjścia i nagle zdarza się cud. Słyszę ciche śmiechy, widzę jak Paweł trzyma jakieś niemowlę na rękach, widzę jak czule się z nim obchodzi, widzę obok niego jeszcze kogoś. Małą dziewczynkę, małe dziecko, które jest tak bardzo podobne do niego. I nagle moje serce pęka. Dziewczynka obok niego to nasza córka, to nasze dziecko, to które. Chcę podejść, ale znów nie mogę. chcę biec by przytulić ukochane dziecko, chcę biec by wpadło w moje ramiona, by powiedziało mamo. Chcę, ale nie mogę. Zapieram się, próbuję, ale mam wrażenie, że jestem coraz dalej. Czuje jak zapadam się w sobie i nagle nasze oczy się spotykają. Dziewczynka bierze niemowlę na ręce i idzie w moją stronę. Paweł ma w oczach łzy, ale widzę jak bardzo jest dumny z naszej córki. Dziewczynka zatrzymuję się.
- Mamo weź - mówi do mnie dziecięcym głosikiem. Przyjmuję od niej dziecko i nagle nasze dłonie spotykają się. Widzę jej długie włosy, widzę roześmianą twarz i zdaje sobie sprawę, że moja córka jest szczęśliwa, jest bardziej szczęśliwa niż ja. - Mamo kocham Cię - słyszę jej głos. - Asia chodź - krzyczy Paweł. Dziecko zatrzymuje na mnie wzrok, patrzymy jeszcze chwilę, jeden moment i nagle odchodzi. Ja trzymam jakieś dziecko na rękach, trzymam i nie mogę oderwać od niego wzroku. Od niej. Dziecko znika tak samo jak Paweł. Nagle widzę światło, mogę już iść, chodzić, ruszać się. Jestem sama, nie sama, mam przecież ją.

- Kochanie! Kochanie obudź się - zbudza mnie delikatny głos Sławka. Przy moim łóżku znajduję się on i zapłakani rodzice, Nie wiem co się stało, nie wiem gdzie ja jestem, wciąż jestem oszołomiona snem, wciąż mam wrażenie, jakbym czuła dotyk dziecka.  
- Córeczko - mama wybucha płaczem. Wciąż nie wiem co się dzieje, jestem na pół przytomna.  
- Urodzisz nasze dziecko! - wypowiada wzruszony Sławek, a ja uśmiecham się tylko pod nosem. Może to dziwnie zabrzmi, ale wcale nie byłam zaskoczona tą informacją. Patrzę na nich przez chwilę, nie wiedząc co powiedzieć, chcę powiedzieć im prawdę, ale wiem,że na pewno by mi nie uwierzyli, nie chcę ich martwić.
- Co z Suzy? - pytam kompletnie zapominając o narodzinach dziecka.  
- Suzy odpoczywa. A dziecko jest cudowne - odpowiada wzruszona mama. Chcę wstać, chcę iść zobaczyć ukochanego chrześniaka, ale oni się sprzeciwiają. Mimo ich sprzeciwów, postawiam na swoim. Wychodzę z sali i idę w stronę sali, gdzie leżą niemowlęta. Widzę wzruszonego Toma i uśmiecham się do niego. Wchodzę na salę i biorę dziecko na ręce. - Witaj wśród swoich kochanie - szepcze cichutko i delikatnie z pieszczotą całuje dziecko po główce. CDN

agusia16248

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1758 słów i 9628 znaków, zaktualizowała 23 maj 2017.

3 komentarze

 
  • cukiereczek1

    Rewelacyjna część czekam na kolejną z niecierpliwością :* :) :*

  • agusia16248

    @cukiereczek1 Dziękuje powinna pojawić się już nie długo.

  • Margo

    Cudne !

  • agusia16248

    @Margo Dziękuję :*

  • ansik

    ❤❤❤❤❤❤

  • agusia16248

    @ansik :)