Przeklęty cz.21

Przeklęty cz.21„Wypijmy... za śmierć” Mario Puzo, „Ojciec chrzestny”

     Pierwszego dnia astronomicznego lata zdecydowanie nie można było nazwać letnim. Ciężkie, groźne chmury wisiały na niebie. Od czasu do czasu padało i grzmiało. Mrok spowijał wszystko swoim cieniem.  
     Kaidan, z głową opartą na dłoni, wpatrywał się w śpiącą Arlene. Jej piękno zachwycało go i wzruszało. Gładził miękkie, kasztanowe włosy ukochanej. Leciutko, by jej nie zbudzić, przejechał palcem po gładkim policzku, pełnych ustach, szyi i zatrzymał się na piersi, która nieśmiało wychylała się spod kołdry. Kochał ją tak bardzo, że to aż bolało. Jego serce biło tylko dla niej. Nie był wart, żeby oddychać tym samym powietrzem co Arlene, a ona, z miłości do niego, wybaczyła mu wszystkie jego grzechy, których on sam sobie nigdy nie daruje. Imponowała mu niezwykłą siłą, determinacją i odwagą. Była dla niego niedoścignionym wzorem.
     Kobieta zamruczała coś cicho przez sen i wtuliła się w Kaidana. Mężczyzna otoczył ją ramieniem. Była taka ciepła i rozkoszna. Pachniała polnymi kwiatami, świeżo i niewinnie. Musnął wargami odsłonięte ramię kobiety, delektując się jedwabistą gładkością jej skóry. Chciałby tak leżeć z nią w nieskończoność. Niestety, aż tyle czasu nie mieli, bo przeznaczenie pukało właśnie do ich drzwi. Dziś miało się wszystko rozstrzygnąć.  
     Słowa Nathairy dźwięczały mu natrętnie w głowie: „twoja śmierć za życie ukochanej”. Nie wiedział, co knuje wiedźma, ale jednego był pewien, ktoś z tego starcia żywy nie wyjdzie. Albo on, albo Żmija.  
Powoli, w niespiesznej pieszczocie głaskał rękę Arlene. W ciągu ostatnich paru tygodni zrozumiał, czym jest szczęście i miłość, o której poeci piszą wiersze, a piosenkarze śpiewają piosenki. Jeśli miałby dziś oddać życie za Arlene, umrze szczęśliwy.  
     Kaidan wsunął dłonie pod kołdrę i zaczął muskać kobiece piersi oraz brzuch. Swoją wędrówkę zakończył między szczupłymi udami, w miejscu, gdzie budziły się zmysły. Niezwykle powoli pocierał ten śliski kobiecy punkt dopóki Arlene nie zaczęła szybciej oddychać i pojękiwać cichutko. Kiedy była już blisko szczytu, nie zmieniając pozycji, wsunął się w nią. Aż sapnął z rozkoszy, kiedy gorąca wilgoć zacisnęła się na jego członku.  
     Arlene oplotła ręką szyję mężczyzny. Dzięki temu Kaidan mógł się w niej poruszać i jednocześnie pieścić jej wspaniałe krągłości, a do ucha szeptać miłosne zaklęcia. Ekstaza wybuchła w nich jednocześnie. Wciąż drżąc z uniesienia, leżeli przytuleni do siebie jak dwie łyżeczki. Nic nie mówili. Wiedzieli, że wspólny czas nieubłaganie ucieka. Oboje zastanawiali się, czy jutro będzie im dane tak się wylegiwać i cieszyć sobą.  
     Arlene poczuła łzę spływającą po twarzy. Jej ciało zaczynał opanowywać lęk. Serce biło gwałtownie, wyczuwając zagrożenie. Odwróciła się i spojrzała na mężczyznę. To nie mogło się tak skończyć. Nie dziś, kiedy w końcu ona i Kaidan znaleźli swój raj. Z wielką miłością musnęła palcami brodę ukochanego.  
     Stalowe oczy wpatrywały się w Arlene intensywnie, chciał zapamiętać ją właśnie taką lekko rozespaną, po miłosnych uniesieniach, patrzącą na niego tkliwie. Kaidan poczuł gulę w gardle ze wzruszenia. Żałował, że nie wie, czy mają przed sobą parę godzin, czy całe życie. Utonęli w swoich spojrzeniach, zamknięci w świecie dostępnym tylko dla nich, w tajemniczej krainie ich miłości.  
     Tę czarowną chwilę przerwał nagły błysk i huk grzmotu. Zaczęła się burza. Deszcz niesiony silnym wiatrem uderzał o szyby, jakby chciał je za wszelką cenę stłuc. Pokój co rusz rozjaśniały błyskawice.  

– Burza – powiedział trochę bezsensu Kaidan.

– Domyśliłam się – Arlene parsknęła uroczym śmiechem.  

– Co chcesz dziś porobić? – mężczyzna wtulił się w nią, pragnąc poleżeć jeszcze w łóżku, ich bezpiecznym kokonie.

– Obojętnie co, byle z tobą – odszepnęła cicho, łamiącym się głosem.  

– Hmmm, zobaczymy czy pogoda pozwoli na wyjście z zamku – odpowiedział jej z pozoru obojętnie Kaidan.  

     Oboje starali się unikać tematu Nathairy i dzisiejszej daty. Na to przyjdzie jeszcze czas. Po prysznicu, który trochę się przedłużył, zeszli do kuchni.  
     Ku ich zaskoczeniu przy stole, z kubkami kawy, siedziała reszta Przeklętych. Poza Brannem, który zawsze wstawał wcześnie, pozostali lubili wylegiwać się w łóżkach, ale dziś nikt nie mógł spać. Już przed tygodniem wszyscy zjawili się w Wilczym Sercu, by bronić swojego brata i przywódcę. Nikt nie dopuszczał myśli, by miało go zabraknąć.  
     Pełni niepokoju, z obawą spoglądali na poruszające się wskazówki starego zegara, który głośno tykając, odmierzał godziny. Nikt nic nie mówił.  

– Co tu taka grobowa atmosfera? – złośliwie zauważył Kaidan. Wziął kubek dla siebie i Arlene i nalał im gorącego napoju.  

Kiedy nie doczekał się odpowiedzi, dodał z ironią – stypę organizuje się po czyjejś śmierci, a nie przed.  

Brann spojrzał na niego ponuro – bardzo śmieszne. Jeśli umrzesz, osobiście ukatrupię cię drugi raz.  

– Serio Brann, wzbudzasz we mnie większy strach niż Nathaira. Jak się wkurzysz, to jesteś gorszy od samego diabła.  

Sarkastyczne stwierdzenie Kaidana trochę rozbawiło towarzystwo.  

Taranis wybuchnął śmiechem – mówi prawdę – zauważył wesoło.  

– Dobra – zaczął Brann poważnie. – Nie ma co udawać, że nie ma tematu. Dziś Nathaira ma swój wytęskniony dzień, ale zrobimy wszystko, by pokrzyżować jej szyki. Najgorsze jest tylko to czekanie na ruch przeciwnika.

– Co ma być, to będzie – Kaidan beznamiętnie wzruszył ramionami. – Jeśli jest choćby najmniejsza szansa na pokonanie Żmii, wykorzystam ją. – Gdy to mówił, spojrzał na Arlene, a ona uściskała go mocno.  

Taranis podszedł do kuchennego okna i wyjrzał na zewnątrz – burza chyba szybko nie ustąpi – zauważył. – Trzeba sobie znaleźć jakieś zajęcie w domu, bo fioła dostaniemy.  

     Tak też zrobili. Kaidan z Arlene udali się do gabinetu. Taranis, Odhan i Bardel poszli zagrać w bilard. Brann zaś zaszył się w wieży, żeby popatrzeć na zgromadzone tam rzeczy.  
     Pozornie zajęci, w napięciu oczekiwali, co przyniesie dzień. W miarę upływu godzin co rusz spoglądali na zegarki. Pogoda też nie poprawiała sytuacji. Kiedy jedna burza minęła, niedługo nadchodziła następna, a wiatr zawodził wściekle. Najdłuższy dzień w roku, a wszędzie panowała szarość.  
     Lunch cała szóstka zjadła w milczeniu. Wszystkich ogarniał coraz większy niepokój. Dzień mijał, a oni wciąż czekali na jakiś znak od Nathairy. Wilk również nie mógł znaleźć sobie miejsca. Chodził niespokojnie koło wielkich, dębowych drzwi wejściowych, od czasu do czasu warcząc cicho.  
Po posiłku udali się do salonu. Nikt nie był za bardzo rozmowny, w takim momencie słowa były zbędne. To, że byli wszyscy razem, dodawało im otuchy.  
     Arlene przyglądała się Przeklętym. Kiedy przybyli tu przed tygodniem, każdy z nich uściskał ją mocno, witając w swoim gronie. Nawet Brann wziął ją w ramiona i cicho przeprosił za swoje zachowanie. Pokochała ich jak braci, jak Jasona.  
     Popatrzyła na Kaidana, który otoczył ją ramieniem i bawił się jej włosami. Twarz miał nieprzeniknioną, skupioną. Czuła, że zachodzi w nim zmiana. Dystansował się od wszystkich i wszystkiego. Budził się w nim żołnierz. Człowiek, który wszelkie emocje i uczucia musiał zostawić z boku. Ponownie,  tym razem z większą uwagą, spojrzała na pozostałych mężczyzn. Robili to samo! Nawet Odhan, wieczny luzak, zamienił się w drapieżcę, obserwując czujnie otoczenie.  
     Deszcz wciąż padał, a Arlene nie mogąc wytrzymać napięcia, poinformowała wszystkich, że idzie na chwilę do Katy, pogadać.  

– Naprawdę musisz tam iść? – spytał łagodnie Kaidan, ale w jego głosie słychać było wahanie, jakby nie był pewien czy to dobry pomysł. – Powinnaś być blisko mnie.

– Tylko na chwilkę – Arlene pocałowała go szybko w usta i już jej nie było.  

     Kaidan wstał i poszedł do gabinetu. Wpatrywał się w szalejącą burzę. To już chyba trzecia, która przechodziła dziś nad Wilczym Sercem. Czyżby Nathaira się w ten sposób zabawiała?  
Nie spieszysz się wiedźmo – pomyślał ponuro mężczyzna. Sam nie wiedział, jak długo tak stał i patrzył na szalejący na dworze żywioł. Nagły błysk i grzmot wyrwał go z odrętwienia. Mała lampka stojąca na biurku zamigotała.  

Było blisko – pomyślał beznamiętnie. Popatrzył na zegarek, który wskazywał 16:20.

Arlene! – jej imię eksplodowało mu głowie. Pobiegł do salonu, gdzie wciąż przebywali Przeklęci.

– Czy Arlene już wróciła? – zapytał zatroskany Kaidan.  

– Nie widzieliśmy jej, myśleliśmy, że jest z tobą – odpowiedział mu na pozór spokojny Brann, ale mocno zaciśnięte usta zdradzały złe przeczucia.

– Idę do Katy – oznajmił Kaidan i tak jak stał, wybiegł w deszcz.  

     Po dziesięciu minutach wrócił cały mokry. Jedno spojrzenie na jego kamienną twarz wystarczyło za odpowiedź.  

– W ogóle jej tam nie było – wyjaśnił posępnym głosem.

– A więc Nathaira zrobiła pierwszy krok – zauważył Bardel wstając. W jego napiętym ciele wibrowała brutalna siła, gotowa w każdej chwili wydostać się na zewnątrz.  

     Kaidan kiwnął głową, po czym udał się do sypialni, by zrzucić mokre ciuchy. Na chwilę przymknął oczy i wziął drżący oddech. Gdy je ponownie otworzył, był zupełnie innym człowiekiem. Nie czuł już nic. Stał się bezlitosną maszyną. Okrucieństwo widoczne w jego oczach mogło przerazić największego zwyrodnialca. Gotów był stawić czoła samemu księciu ciemności, byle tylko odzyskać Arlene.  
Ubrany w czarną bluzę i jeansy, dołączył do Przeklętych.  
     Duży, zabytkowy zegar w salonie w swoim tempie odmierzał minuty i godziny. Słychać było, jak wskazówki przesuwają się powoli a wahadło porusza jednostajnie. Nikt nic nie mówił. Atmosfera była tak gęsta, że można było ją ciąć nożem.  
     Po godzinie dwudziestej usłyszeli pukanie do drzwi. Kaidan szybkim krokiem podszedł, by je otworzyć, ale nikogo nie zastał. Za to na wycieraczce leżała koperta. Podniósł ją i niecierpliwym ruchem otworzył. Czytając, marszczył gniewnie brwi. Pozostała czwórka zbliżyła się do niego, ciekawa wieści od Nathairy. Bez słowa podał im kartkę, a sam pobiegł do wieży.  

„Za godzinę, w ruinach zamku Moray Firth. Masz być sam. Ps. Chciałam ci przypomnieć, bo może zapomniałeś, że od dziś nie jesteś już nieśmiertelnym. Do zobaczenia”.

     Brann zgniótł z wściekłością kartkę i rzucił ją przed siebie. Zdziwił się trochę, że to nie na Wzgórzu Potępionych się wszystko rozegra, ale po Nathairze można było się wszystkiego spodziewać.  

– Dobra panowie – zarządził – pokażmy tej szmacie, na co stać Przeklętych.  

     Mężczyźni nie marnowali czasu, każdy wiedział, co ma robić. Szybko ubrali trudnopalne, nomexowe kombinezony, zasznurowali wysokie buty. Założyli kuloodporne kamizelki. W ładownicach znalazły się magazynki do broni długiej i krótkiej, granaty hukowe, gazowe i dymne. W kaburach udowych umieścili wytłumione Sig Sauery P320. Jako broń główną wzięli niezawodne H&K 416. Dodatkowo Odhan miał strzelbę Mossberg 590A1 i Compact Cruiser jako klucz do każdych drzwi. Na wszelki wypadek zabrał też ładunki wybuchowe.  
     Tylko Kaidan ubrał swoją dawną, skórzaną zbroję, która wciąż idealnie na niego pasowała, jakby ostatni raz miał ją na sobie zaledwie wczoraj, a nie przed paroma wiekami. W jakiś sposób czuł, że to będzie najwłaściwszy strój.
     Bez słowa podszedł do gabloty i ostrożnie, z szacunkiem sięgnął po swój miecz, Wilczy Kieł. Cieszył się, że będzie z nim kolejny, lojalny przyjaciel, miał tylko nadzieję, że dziś go nie zawiedzie. Mocno chwycił rubinową rękojeść i podniósł miecz do góry, a stal rozbłysła złowrogim refleksem.
Przez ostatnie stulecia nie próżnował, studiował stare księgi, by znaleźć sposób na Nathairę i dziś miał się przekonać, czy to mu się udało.  
     Rubiny, które zdobiły stylisko, nie były zwykłymi kamieniami szlachetnymi. Jeden z nich należał do samego króla Salomona, drugi, nazywany „Światłem” zdobił w starożytności, w wielkim posągu, głowę bogini Hery. Oba klejnoty posiadały tajemną, niezwykłą moc. A widoczne w nich gwiazdy, jak głosiła legenda, powstały za sprawą uwięzionych w kamieniach trzech dobrych duchów: Wiary, Nadziei i Przeznaczenia. Ponadto rubiny chroniły przed atakiem zła, dodawały otuchy i siły. Kaidan wierzył, że dzięki nim uda mu się wyjść zwycięsko z tej walki o wszystko.

– Brann, pamiętasz, że do murów zamku prowadzą lochy, które zaczynają się w starym kościołku, który znajduje się niedaleko stąd – przypomniał mu Kaidan, kiedy wszyscy spotkali się przy drzwiach, gotowi do stoczenia najważniejszej bitwy w ich życiu. – Nie wiem, w jakim są stanie. Może uda wam się tamtędy przedostać do ruin.  

     Wiedział, że nie chcą tego słyszeć, ale musiał się pożegnać. Popatrzył na twarze, które towarzyszyły mu od tak dawna. Przyjaciele, którzy byli z nim na dobre i na złe. Bracia, na których nigdy się nie zawiódł.

– Chcę wam tylko powiedzieć, że bez was te tysiąc lat byłoby udręką nie do zniesienia. Zaufaliście mi i obdarzyliście przyjaźnią, bezcenny dar. Dbajcie o siebie nawzajem.  

     Uściskał wszystkich po kolei, po czym klęknął i spojrzał w złote ślepia Cienia. Zawsze przy nim, zawsze blisko, chroniący go za wszelką cenę. Położył dłoń na łbie wilka. Delikatnie pogłaskał, po czym wtulił twarz w jego sierść. W bijącym od niego cieple szukał pocieszenia. Podniósł głowę i ponownie zaglądnął zwierzęciu w oczy. Pierwszy raz, od kiedy znalazł go jako szczeniaka, Cień nie będzie mu towarzyszył.

– Dzięki za wszystko wierny druhu – szepnął.  

     Wstał. Szare oczy zwrócił na Branna i mocno ścisnął mu ramię – teraz ty przejmujesz dowództwo nad Przeklętymi.  

– Do cholery, Kaidan – warknął mężczyzna. Pod maską złości, kryło się wzruszenie, które ściskało go za gardło. – Skup się na zadaniu, a nie na sentymentach. Szóstka żywych wychodzi i szóstka żywych wraca – Brann, gdy to mówił nie spuszczał swoich czarnych oczu z Kaidana.  

Ten uśmiechnął się kpiąco – tak jest szefie. Choćby się waliło i paliło, zawsze opanowany. Ok, niech tak będzie. Działamy.  

     Kaidan chwycił swój miecz, a rubiny pojaśniały. Nadszedł czas konfrontacji.  Gdy wychodzili, zobaczyli tajemniczego mężczyznę, który czekał na nich przy drzwiach.  Momentalnie skierował na niego ostrze swojego miecza, wpatrując się intensywnie w niemłodą twarz przybysza.  

– Witaj, Kaidanie – niesamowitą ciszę przerwał głęboki, męski głos. – Nazywam się Lachlan i jestem...

– … ojcem Arlene – dokończył za niego mężczyzna, lustrując jego twarz tak podobną do twarzy córki, te same zielone oczy i włosy, które miały kolor, jak niegdyś i jej włosy.

– Nie mamy za dużo czasu – zaczął Lachlan – więc tylko powiem, że kiedy poznałem Nathairę, była najpiękniejszą, najsłodszą dziewczyną na świecie. Zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia. Liczyła się tylko ona. Gotów byłem dla niej zrobić wszystko. Musisz wiedzieć, że jestem magiem. Dawno temu posiadałem ogromną moc. W dniu ślubu, z wielkiej miłości oddałem jej połowę swoich zdolności. Jednak dosyć szybko zrozumiałem, jak wielki błąd popełniłem, ale było już za późno. Nathaira zachłysnęła się swoją władzą. Źle odbierała wszelkie przejawy sprzeciwu. Kiedy zwracałem jej uwagę, że nie tak postępuje mądra czarodziejka, mściła się na mnie, aż w końcu rzuciła na mnie klątwę, która sprawiła, że aż do dziś nie mogłem się zbliżyć do własnej córki. Tak samo zrobiła z tobą i Arlene.  

     Lachlan zamilkł, a jego oczy zaszły mgłą wspomnień. Przypominał sobie swoją ukochaną Nathairę w dniu, kiedy ją pierwszy raz zobaczył. Co się z nią stało? Tego nigdy nie mógł pojąć. Miała wszystko: kochającego mężczyznę i córkę. Być może była zazdrosna, że musiała dzielić się jego miłością z Arlene, a Nathaira zawsze potrzebowała atencji.
     Westchnął ciężko. To już nie miało znaczenia. Dziś najważniejsza była Arlene i Kaidan. Obserwował ich przez te tysiąc lat. Widział cierpienie córki, ale i tego mężczyzny, który musiał żyć bez swojej ukochanej. Jego żona sztukę mszczenia się opanowała do perfekcji.  
     Lachlan sięgnął po przytroczony do spodni sztylet. Wyryte na głowni runiczne znaki, połyskiwały metalicznym płomieniem. Pracował nad tą bronią bardzo długi czas, wkładając w to, całe swoje serce maga, ale i ojca, wiedzę i doświadczenie.  

– Kaidanie, będę zaszczycony, jeśli przyjmiesz ten nóż – mówiąc to, podał go wybrankowi córki. – Energia w nim zawarta może pomóc zgładzić wiedźmę. Niestety nie wykona za ciebie całej pracy, ponieważ będziesz musiał zbliżyć się do niej na tyle, by wbić ostrze prosto w jej serce, co będzie niezwykle trudne, jeśli w ogóle wykonalne – zakończył z nieudawaną troską.  

     Kaidan bez słowa przyjął nóż i wyciągnął dłoń, którą Lachlan mocno uścisnął. Następnie Przeklęci już bez zbędnej zwłoki udali się do dwóch terenówek, którymi mieli dojechać do punktów przeznaczenia.  
     Wilk szykował się, by wskoczyć do samochodu Kaidana, ale ten go powstrzymał. Pochylił się nad zwierzęciem i kazał iść do Branna. Cień ani drgnął. Jego miejsce było przy panu.  
     Mężczyzna uklęknął, jak to zrobił wcześniej w domu i patrząc mu uważnie w oczy, wyjaśnił, że bardziej mu pomoże, jeśli pójdzie z Brannem. Wilk zrozumiał. Poszedł do drugiego land-rovera i usadowił się na tylnym siedzeniu.  
     Przeklęci załadowali jeszcze tarcze balistyczne przydatne podczas szturmu oraz hełmy z zamontowanymi noktowizorami. Cień w swoim wilczym, kevlarowym rynsztunku prezentował się równie okazale, jak pozostała czwórka.  
Kaidan ruszył do ruin, a pozostali do opuszczonego kościoła.  
     Przeklęci mieli krótszy dystans do pokonania, więc po paru minutach ostrej jazdy byli już na miejscu. Ich oczom ukazał się niewielki budynek. Gdyby nie sytuacja, aż chciałoby się usiąść, odpocząć, zapomnieć przez chwilę o całym świecie. Może kiedyś, ale nie dzisiaj.
     Weszli do środka. Szybko znaleźli to, czego szukali. Z trudem, ale w końcu podnieśli ciężki, metalowy właz w podłodze. Zeszli po murowanych schodkach do tunelu. Natychmiast otoczyła ich wilgoć, stęchlizna i chłód. Tunel wybudowany setki lat temu, jako droga ucieczki z zamku, dzisiaj służył im w zupełnie innym celu, pomoże uratować Kaidana. Włączyli noktowizję i przygotowali broń. Prowadził ich Cień, bo tylko on był w stanie wyczuć jakiekolwiek zagrożenie. Po chwili zatrzymali się, bo drogę zagradzała im wmurowana, żelazna krata. Brann szarpnął. Nawet nie drgnęła.

– Odhan, otwórz to. Tylko nie przesadź. Ten tunel ma z pięćset lat.

     Po chwili mężczyzna montował ładunki wybuchowe. Wszyscy odsunęli się na minimalną, bezpieczną odległość. Błysk i huk obudził i przepędził wszystkie szczury, myszy oraz pozostałych mieszkańców lochu. Po chwili krata leżała na ziemi, a grupa ruszyła dalej. Posuwali się szybko, nie zważając na wilgotne, lepkie ściany, kapiącą ze stropu wodę czy popiskujące szczury. Szli uratować jednego z nich.

 – Zbliżamy się do wyjścia – poinformował Brann.  

     Na chwilę zwolnili. Zobaczyli schodki, które prowadziły w górę. Cień nie wyczuł zagrożenia więc Brann powoli, używając całej swej siły, pchnął starą pokrywę, która ukrywała wejście. Uchylił ją tak, by móc dostrzec, czy nie ma nikogo i niczego, co mogłoby im zagrozić. Było bezpiecznie, więc wyszedł pierwszy, za nim Odhan i pozostali.

 – Jakaś sala przed nami – poinformował resztę.  

 – Już się zaczęło, słyszycie? – szepnął Bardel.

Do ich uszu doszedł szczęk stali.  

*

     Kaidan nie zważając na wyboisty teren, pędził land-roverem, by raz na zawsze policzyć się z Nathairą i uratować Arlene.  
     Podjechał najbliżej, jak tylko mógł. Nie starał się być cicho. Wiedział, że jest obserwowany. Nie spiesząc się, wziął Wilczy Kieł z tylnego siedzenia samochodu i ruszył w stronę ruin. W czasach świetności zamek był ogromny, ale do teraz zachowała się jedna czwarta. W dobrym stanie była baszta i fragment muru obronnego.  
     Wszedł ostrożnie do środka. Wnętrze oświetlały płonące gdzieniegdzie pochodnie. Uśmiechnął się lekko.  

Cóż za dramaturgia – pomyślał cierpko.  

     Szedł, bacznie obserwując otoczenie. Spodziewał się, że zanim dojdzie do głównej areny dzisiejszych wydarzeń, spotka parę niespodzianek. I miał rację. Pierwsza czaiła się tuż za zakrętem. Zanim przeciwnik się zorientował, leżał martwy z przebitym brzuchem.  

– Pierwsza krew – mruknął mężczyzna z satysfakcją.  

     Nie przeszedł dwóch kroków, a kolejny śmiałek zastąpił mu drogę. Kaidan zamachnął się i jednym ruchem ściął tamtemu głowę. Nawet nie poczuł najmniejszych wyrzutów sumienia.  
     Ruszył schodami w górę. Zza kolumny wyskoczył kolejny zbir, któremu bez problemu wytrącił z dłoni maczetę i zakończył jego życie, wbijając stal w ciało.  

Szybko poszło – pomyślał, wchodząc do wielkiej sali. Nawet się nie zmęczył.  

     Pierwsze co zobaczył po wejściu do wiekowego pomieszczenia, to Arlene siedzącą na podwyższeniu, ze związanymi z tyłu rękami, zakneblowanymi ustami i zasłoniętymi oczami. Do szyi miała przyłożone ostrze miecza. Ogarnęła go taka furia, że ledwie zapanował nad sobą. Wiedział, że nie może teraz zwracać uwagi na ukochaną, bo jeden błąd może go zbyt wiele kosztować. Zmrużył szare oczy, patrząc na wielkiego, łysego dryblasa.

– Lugovalos – Kaidan zwrócił się do rywala, starając się ukryć wstręt. – Nathaira wyciągnęła cię z czeluści piekielnych, żebyś znowu wykonał za nią brudną robotę? – zapytał lekceważąco.

     W odpowiedzi mężczyzna zaśmiał się tylko okrutnie, pokazując żółte, spróchniałe zęby. Kaidan przejechał mieczem po sali, gdzie w nieoświetlonej części pomieszczenia stali żołnierze, gotowi do strzału.  

– A sługusy kryjące się w cieniu, to po co? Na wypadek, gdybyś po raz kolejny spartaczył robotę? – Kaidan starał się sprowokować przeciwnika, bo ktoś, kto nie panuje nad sobą, popełnia błędy.  

– Nie wyjdziesz stąd żywy ani ta twoja dziwka – Lugovalos już naprawdę zły,  przycisnął mocniej ostrze do szyi Arlene. Kaidan zauważył malutką strużkę czerwonej cieczy, która zabarwiła bladą szyję kobiety.
  
– Skoro tak bardzo jesteś spragniony krwi – rzekł lodowatym tonem – to może zaczniemy? Chętnie znowu pozbawię cię głowy.  

     Powróciła dawna nienawiść. Za to, co przed wiekami zrobił Arlene, z wielką chęcią ponownie wyśle go do piekła.  
     Lugovalos rwał się do walki, ale najpierw ściągnął opaskę z oczu kobiety, by mogła oglądać, jak ginie jej kochanek i z dzikim okrzykiem ruszył na rywala, przekonany, że dziś to on wyjdzie zwycięsko z tego pojedynku.  
     Dwie głownie skrzyżowały się ze sobą. Kieł zalśnił groźnie, podobnie jak szare oczy Kaidana. Zaczęła się walka.  
     Płomienie palących się pochodni co rusz oświetlały zacięte twarze walczących. Rozsierdzony zbir Nathairy zamachnął się swoim mieczem, ale przywódca Przeklętych bez problemu odparował jego atak. Łoskot uderzenia metalu o metal rozniósł się echem po sali.  
     Lugovalos odskoczył, chwycił obiema rękami rękojeść swojej broni i znowu zaatakował przeciwnika, ale Kaidan zrobił zgrabny unik i ostrze minęło go o dobrych kilkanaście centymetrów, a sam w tym czasie przejechał mieczem od dołu ku górze, przecinając tors mężczyzny na całej jego długości.  
     Zaskoczony Lugovalos spojrzał po sobie, dziwna ciecz trysnęła z wielkiej rany. Rozzłoszczony, zmrużył oczy. Nathaira powiedziała mu, że Kaidan tym razem nie jest w stanie zrobić mu krzywdy. Suka znowu kłamała.  
     Pełen gniewu, ponownie rzucił się do przodu, ale rywal raz jeszcze bez problemu przyblokował jego miecz swoim. Przez moment siłowali się jak starożytni gladiatorzy, patrząc sobie wrogo w oczy. Po chwili Kaidan z aroganckim uśmiechem odepchnął swojego adwersarza. Ten zatoczył się do tyłu, szybko odzyskując kontrolę nad ciałem.
     Lugovalos był silny, ale zwalisty i wolny, więc Kaidan bez najmniejszych kłopotów, z szyderczym śmiechem, parował swoim mieczem każdy jego cios, czym doprowadzał tamtego do wściekłości.  
     Arlene wpatrywała się w ukochanego z lękiem, ale i była pełna uznania dla jego siły i umiejętności. To jak się poruszał podczas walki i jak wspaniale operował bronią, budziło podziw wśród wszystkich obserwatorów.  
     Każdy cios Kaidana był pewny, szybki, skuteczny. Rubiny przy rękojeści lśniły tajemniczo, kiedy bez chwili przerwy nacierał na Lugovalosa. Jedyny dźwięk, jaki było słychać to uderzenia stali o stal i chrapliwy oddech oprycha Nathairy.  A ten mimo że miał po swojej stronie siły zła był coraz słabszy. Cuchnąca ciecz, która z niego wypływała, pozbawiała go energii.  
     Jego rywal doskonale wiedział co się z nim dzieje i nie miał litości, raz po raz przecinając srebrnym ostrzem ciało wielkoluda. Lugovalos zdawał sobie sprawę, że znowu przegrywa.  
     Zebrał resztkę sił, którą jeszcze w sobie miał i z głośnym okrzykiem ruszył na Kaidana, który bez problemu uniknąłby ciosu, gdyby nie potknął się o wystający z podłogi kamień. Końcówka miecza przeciwnika przejechała po jego odsłoniętym ramieniu. Kaidan w odpowiedzi na cios, pokazał tylko zęby w złośliwym uśmiechu. Zły, chwycił miecz w obie dłonie i zaczął nim siekać Lugovalosa dając pokaz brutalnej siły, furii i całego okrucieństwa świata.  
     W Kaidanie obudziły się demony, które do tej pory skutecznie kontrolował, ale teraz domagały się uwolnienia i on je spuścił ze smyczy. Wyglądał wspaniale, jakby sam anioł zemsty zstąpił na ziemię, by dokończyć to, co rozpoczęło się tysiąc lat wcześniej. Jego czarne włosy lśniły w poświacie pochodni, szerokie ramiona w skórzanej zbroi wydawały się jeszcze szersze, silne uda napinały się przy każdym ruchu. Piękna twarz patrzyła mrocznie, z sadystyczną wręcz satysfakcją na coraz ciężej rannego przeciwnika. Nie było litości, stawka była zbyt duża, by dopuścić do siebie najmniejszy odruch człowieczeństwa.  
     Drugi z mężczyzn nie potrafiąc przejąć kontroli nad pojedynkiem, cofał się tylko przed wściekle nacierającym Kaidanem. Lugovalos za plecami poczuł chłód kamieni. Nie miał już dokąd uciec.  
     Kaidan patrząc mściwie na Lugovalosa wbił swój miecz w brzuch wroga tak głęboko, że ostrze wyszło plecami. A ten gapił się na niego z niedowierzaniem, że znowu wraca do piekieł.  
     Kaidan wciąż w amoku, podniósł nogę i kopnął nią ciało wroga, wyciągając jednocześnie miecz. Martwy Lugovalos osunął się po ścianie, a jego przeciwnik przyglądał mu się przez chwilę uważnie. Dla pewności uniósł  swojego Kła i wbił go prosto w serce rywala. Miał nadzieję, że tym razem uporał się z nim na zawsze.  
     Arlene odetchnęła z ulgą. Ale to nie był jeszcze koniec, bo z ciała Lugovalosa wyszła zjawa i wszystkim ukazała się Nathaira. To ona kryła się za tą nędzną masą tłuszczu. Śmiejąc się demonicznie, ruszyła ku Kaidanowi.
     Mężczyzna ledwie zdążył odeprzeć jej pierwszy cios. Miecz przyjął na siebie wielką, świetlistą kulę, a rubiny momentalnie rozjarzyły się krwistą czerwienią. Zaskoczona wiedźma uważnie spojrzała na Kaidana, nie tego się spodziewała. Uśmiechnęła się zimno, walka z nim może być bardziej interesująca niż myślała.
     Mężczyzna w skupieniu czekał na kolejne uderzenie. Ogarnął go spokój, jakiego nie czuł od wieków. Jak zwykle w takich sytuacjach, jego wierna towarzyszka Śmierć była niedaleko. Czy dziś zawrą bliższą znajomość? Serce mówiło mu, że tak.
     Nathaira pchnęła w jego stronę serię płonących shurikenów przypominających gwiazdy. Większość strącić, niestety dwa utknęły w jego lewym barku oraz jeden w prawym udzie. Poczuł swąd palonej skóry. Z bolesnym sykiem wyciągał je czym prędzej z siebie. Za chwilę kolejne shurikeny przecięły powietrze lecąc wprost na Kaidana. Kilka z nich rozpruło jego bok, ramię i nogę a krew momentalnie trysnęła z otrzymanych ran.  
     Przerażona Arlene z trudem patrzyła na to widowisko. Każdy cios zadawany mężczyźnie czuła w swoim sercu. Kiedy on krwawił, krwawiła i ona.  
     Rozwścieczona wiedźma zaczęła krążyć wokół swojego wroga. Jej blade, upiorne oczy błyszczały niebezpiecznie, a usta poruszały się szybko, szepcząc coś cicho. Nagle wysoko do góry wyciągnęła prawą dłoń, w której po chwili pojawiła się błyskawica. Najpierw jedna, potem druga i kolejna. Wszyscy z trwogą obserwowali, jak formuje się wielki, świetlisty miecz.  
     Kaidan oglądał ten spektakl bez strachu. To był moment, w którym musiał wykorzystać wszystkie swoje umiejętności wojownika i wierzyć, że jego Kieł sprosta zadaniu, które go czekało, tak samo, jak i on.  
Gotowy na wszystko, dwiema zakrwawionymi rękami mocno ściskał swój miecz.
     Nathaira, śmiejąc się nieludzko, ruszyła ku Kaidanowi. Siła z jaką w niego uderzyła, była straszna, aż go odrzuciło na parę metrów. Zderzenie z twardym podłożem pozbawiło go na kilka sekund tchu. Nie miał nawet chwili, żeby dojść do siebie, kiedy wiedźma zamachnęła się na niego swoją magiczną bronią.  
     Wciąż leżąc, uniósł miecz, by przyblokować jej atak. Na szczęście Kieł i niezwykłe rubiny znajdujące się w jego rękojeści uratowały go przed niechybną śmiercią. Ale Naithaira nie ustępowała. Dociskała swoim świetlistym pałaszem leżącego mężczyznę, który robił, co mógł, żeby wyjść cało z tej beznadziejnej sytuacji.  
     W międzyczasie Arlene oswobodziła się i widząc, że Kaidan jest w poważnych tarapatach, chwyciła nóż Lugovalosa i rzuciła go w stronę walczących. Srebrna stal z ogromną siłą wbiło się w kobiece ramię. Blade oczy wiedźmy spojrzały w stronę Arlene. Przez chwilę mierzyły się wzrokiem. Matka i córka, dwie kobiety, które pragnęły tego samego mężczyznę.  
     Nathaira wyciągnęła sztylet z barku i ze złością go odrzuciła. Interwencja Arlene pozwoliła Kaidanowi przeturlać się po ziemi i stanąć ponownie na nogi. W myślach podziękował ukochanej.  
     Nathaira szybko doszła do siebie. Z pasją zaatakowała swojego przeciwnika. Aż iskry poszły, kiedy dwa ostrza ponownie się ze sobą zderzyły. Kaidan, by wytrzymać napór niezwykłego miecza wiedźmy, zaparł się mocno nogami o twarde podłoże. Mięśnie ramion napięły się od największego wysiłku w jego życiu. Usta wykrzywił mu okrutny grymas, a oczy pałały groźnie. Wiedział, że teraz ma jedyną okazję na tyle zbliżyć się do Nathairy, by wbić jej w serce nóż Lachlana. Drugiej szansy mieć nie będzie. Jeśli mu się nie uda, czeka go śmierć.  
     On i wiedźma patrzyli na siebie z szaleństwem w oczach. W Nathairze odżyło dawne upokorzenie, natomiast Kaidan pamiętał o wiekach gehenny swojego tułaczego życia. Jego gniew rósł, gdy przypominał sobie cierpienie sprzed tysiąca lat, kiedy zamykał oczy najdroższej osoby na świecie, myśląc, że stracił ją na zawsze. Te wspomnienia oraz ból i wściekłość, jaka się z nimi wiązała, dodała mu sił, których potrzebował. Z rykiem ruszył na czarownicę i powoli, centymetr po centymetrze przybliżał się do Nathairy.  
     W końcu, gdy miał pewność, że sztylet sięgnie serca, wyciągnął nóż i wbił go w ciało swojej przeciwniczki. Zaskoczona patrzyła to na sztylet to na niego. Ręce trzymające miecz opadły, a błyskawice wystrzeliły z powrotem w stronę nieba. Nathaira upadła na posadzkę.  
     Kaidan, łapiąc chrapliwe powietrze, patrzył na nią z mściwą satysfakcją. Resztką sił uniósł swój miecz i wbił go w umierającą wiedźmę, blisko miejsca, gdzie już sterczał nóż. Nie wierzył, że to już koniec.
     W tym momencie z hukiem do sali wpadli Przeklęci. Taranis puścił wilka. Cień w ułamku sekundy dostrzegł swoją ofiarę. Pierwszy ze zbirów ukrytych w cieniu, oszołomiony wybuchami, zdążył tylko wymierzyć broń, ale na strzał było już za późno, bo upadł z przegryzionym gardłem.
     Przeklęci rozpoczęli eliminację. Prawie jednocześnie, strzałami w głowę zabili czterech innych przeciwników. Już w następnej sekundzie Cień rozszarpał twarz kolejnego.  
     Pocisk wystrzelony zza filara musnął bark Odhana, jednak Bardel błyskawicznie zlokalizował strzelającego i pociski z H&K przebiły tamtemu głowę na wylot. Stopniowo przejmowali salę. Cień wyłapał kolejny cel. Mężczyzna chaotycznie strzelał, celując w wilka, lecz żaden z pocisków nie trafił. Pistolet się zaciął, a on panicznie próbował go naprawić. Czyjaś dłoń chwyciła go za bark i z lekkością odwróciła. W następnej chwili pocisk z Sig Sauera Taranisa wszedł pod brodą i wyszedł z tyłu głowy. 416-stki Branna i Bardela zakończyły podły żywot dwóch pozostałych zabójców. Z dziurami zamiast oczu leżeli na podłodze.
     Kaidan nie zważając na to, co się dzieje za jego plecami, ruszył do Arlene. Podbiegł do niej i chwycił w ramiona. Patrzył w jej przerażone oczy, a po chwili  delikatnie pocałował  drżące ze strachu usta.

– Chyba nam się udało, kochanie – powiedział miękko, gładząc ją z czułością po policzku.  

     W tym samym momencie Nathaira, w ostatnim, desperackim akcie zemsty, tuż, zanim skonała, zamieniła swoje ciało w tysiące pocisków, które brutalnie wbiły się w Kaidana.  

     Mężczyzna, nie spuszczając pełnego miłości spojrzenia z Arlene, runął na kamienną podłogę. Zszokowana kobieta uklękła i chwyciła głowę ukochanego. W panice zaczęła wołać Branna. Przeklęci biegiem ruszyli ku rannemu.  
     Kaidan umierał. Czuł, jak uchodzi z niego życie, mięśnie zaczynały wiotczeć, wzrok tracił ostrość, a serce zwolniło. Na twarz kapały mu gorące łzy ukochanej. Słyszał jeszcze, jak go woła, jak mówi, że go kocha, że nie pozwoli mu odejść. Ale jej pełen rozpaczy głos oddalał się od niego.  

Śmierć jednak po niego przyszła – to była jego ostania myśl, nim pochłonęła go aksamitna ciemność.

Marigold

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość i przygodowe, użyła 6092 słów i 35187 znaków. Tagi: #miłość #przygoda #magia #śmierć

3 komentarze

 
  • Goscd

    Naprawdę super opowiadanie szkoda że już koniec

    20 czerwca

  • Marigold

    @Goscd Ogromnie się cieszę, że Ci się podobało! Czy koniec? Zobaczymy, może autorka wyciągnie asa z rękawa   ;)  Naprawdę doceniam, że przez cały czas czytałeś Przeklętego! Dzięki!  <3

    20 czerwca

  • Goscd

    @Marigold naprawdę wciągające opowiadanie super klimat i mam nadzieję że wontek się przedłuży może teściu coś pomoze

    20 czerwca

  • Marigold

    @Goscd dla takich czytelników jak Ty, elninio1972 i unstableimagination aż chce się pisać! Więc trzeba zakasać rękawy  ;)  Jeszcze raz dzięki za niezwykle miłe słowa!

    20 czerwca

  • elninio1972

    Przeczytane  
    Nawet trafiłaś na główną od razu 😉mam mieszane uczucia... Trzymasz poziom, ale mam niedosyt

    19 czerwca

  • Marigold

    @elninio1972 a myślałam, że tak mi dobrze się napisało  :D dzięki za opinię! A z główną to nie wiem co się stało! Sama zaskoczona jestem  :D

    19 czerwca

  • unstableimagination

    Wow, wspaniałe. Sceny walki nadają się do filmu. Zmysłowy wstęp (dla mnie za krótki ;)). Nie wiem czy to koniec, ale bardzo mi się podobało. Trochę brakuje mi dłuższego opisu tych pocisków w finale. Chciałbym to lepiej zobaczyć. Dzięki wielkie za ten odcinek.

    19 czerwca

  • Marigold

    @unstableimagination dzięki za cenne rady! Cieszę się, że sceny walki się podobały!  ;)

    19 czerwca

  • unstableimagination

    @Marigold wszystko się podobało :)

    19 czerwca