Wyścig ze śmiercią cz 9

To było cholernie ryzykowne. Chociaż może nie aż tak bardzo. Wątpiłem w to, że Mario sam go będzie szukał. Miał od tego ludzi od mokrej roboty. A ci nie koniecznie mieli zabijać i innych. Przynajmniej nie od razu. Być może już wiedział, ale raczej jeszcze nie zbyt dokładnie, kim jestem. Musiałem koniecznie zabrać komórkę Kenatha, o ile zdołam. Bo jeżeli Alamando zechce go sprzątnąć, z pewnością poleci zabrać mu telefon. Jeżeli ją zabiorę Kenethowi, być może Alamando nie dowie się zbyt szybko o mnie.  
  
Ruszyłem. Podczas jazdy myślałem o żonie, córce i rodzinie Galettich. Miałem przeczucie, że na razie są bezpieczni, bo Alemando z pewnością wyśle kogoś najpierw do ich domu. O ciotce Felicji nie dowie się nigdy. Bo gdyby, to znaczyłoby, że ma większe możliwości, niż ja je miałem, jeszcze do dzisiejszego ranka.
  Przyjechałem blisko domu, chwilę przed ustalonym czasem. Skojarzyłem go. Chyba widziałem ich razem, to znaczy Kenetha i Gabrielę, kilka tygodni wcześniej. Wysoki brunet, ale nie przypominający włocha. Przyszła mi myśl. Dlaczego nie podobał się rodzicom? Czy też nie był katolikiem? Z powodu, że jego korzenie nie pochodziły z Włoch, czy też jeszcze z innego? Ja tylko chciałem się dowiedzieć najważniejszego. Co go skłoniło do tak haniebnego czynu.
- Do samochodu - powiedziałem.
- Pan jest znajomym Gabrieli?
- Wsiadaj - powiedziałem ostro.  
  Otworzył drzwi i wszedł do środka.
- Dawaj komórkę.
- Dlaczego mam to zrobić?
- Nie będe dwa razy powtarzał.  
  Posłusznie podał mi Samsunga. Ruszyłem pospiesznie.
- Kim pan jest?  
- Chcę wiedzieć dlaczego to zrobiłeś.  
- Nie mogę tego powiedzieć. Co jest z Gabrielą?
- Jest bezpieczna.  
  Nie dostrzegłem radości na jego twarzy. Milczał.  
- Masz trzy możliwości. Albo pojadę z tobą na policję i będziesz siedział, albo Alamando cię znajdzie i zginiesz, albo ci pomogę, o ile znajdę wystarczający powód.
- Chciałem się zemścić na panu Galetti, przez niego mój ojciec stracił nogę.
  Przez chwilę pomyślałem, że Angelo nie jest taki święty. A może coś w tym wszystkim jednak nie grało.
- Mów dokładniej.  
- Niczego nie powiem. Pan Alamando obiecał mi pomóc. Jak mi pan nie pozwoli wysiąść, to pan będzie siedział. Pan Alemando ma wielkie znajomości.
- To wiem. W porządku. Zaraz sobie pójdziesz. Skazałeś niewinną dziewczyznę na śmierć i cierpienie. Niewinnych ludzi na życie ze świadomoscią, że ich jedyna córka została zabita.
- Pan Alamando powiedział, że dostanę pieniądze i wszystko będzie dobrze, a on ukarze tego drania.
- Jesteś głupcem. Pan Galetti jest porządnym człowiekiem, a Alamando jest bandytą.  
- To nieprawda. Ojciec nie straciłby nogi, gdyby Galetti mu pomógł. Nie chciał go przyjąć. Ma gdzieś ludzi, którzy dla niego pracują. A Gabriela miała być uwolniona za sporym okupem.
- Żyje, ale tylko dlatego, że cudownym sposobem udało mi się ją uratować. Jesteś złym i głupim człowiekiem, ale być może życie cię nauczy czegoś i zrozumiesz swoją pomyłkę. Wychodź.
- Proszę mi oddać moją komórkę.
- Odbierzesz ją na policji. Wysiadaj.
   Jego twarz zmieniła się.
- Ty złodzieju! Zemszczę się. Alamando ją znajdzie i zabiję, sukę.  
  Wyjąłem pistolet.
- Wynoś się i to już.
  Zobaczyłem strach w jego oczach. Otworzył drzwi i wyszedł. Stał chwilkę i patrzył na moje tablice rejestracyjne. Oczywiście nie myślał ich podać policji. Chyba że potajemnie. To chyba był taki typ. Kapuś. Zrobił to dla pieniędzy czy bardziej dla zemsty? Oba powody były złe, a nie miałem czasu myśleć, który z nich był gorszy. Ruszyłem. Byłem na siebie zły, powinienem znać się lepiej na ludziach. Zamierzałem pojechać na policję i powiedzieć im co wiem o Kenethcie. Widziałem go wciąż w bocznym lusterku. Odjechałem może sto pięćdziesiąt metrów. Miałem już skręcić w lewo, kiedy dostrzegłem że zatrzymuje się obok niego czarne BMW. Zatrzymałem wóz, bo nic nie jechało i mogłem obserwować. Otworzyły się drzwi czarnego samochodu. Mimo sporej odległości obserwowałem Kenatha i faceta, który z pewnością pracował dal Alamando. To trwało ułamek chwili. Facet podszedł do chłopaka i szybko poruszył ręką w jego kierunku. Keneth upadł, a drugi człowiek cofnął rękę. Po chwili pochylił się nad ciałem i prawdopodobnie przeszukiwał jego ubranie. A więc Mario Alamando sprzątnął pierwszy dowód przeciwko sobie, a ja postąpiłem słusznie, zabierając komórkę. Mimo wszystko poczułem ból. Nie sądziłem, że Keneth nie zdoła niczego doświadczyć i się zmienić.  
  Skręciłem w lewo i zatrzymałem się kilka metrów za rogiem. Wysiadłem i stanąłem za drzewem. Istniały małe szanse, że zabójca mnie widział. Obserwowałem ulicę. Po chwili czarne BMW przejechało prosto. Odczekałem chwilkę i ruszyłem w kierunku najbliższego posterunku policji. Z całą pewnością dwa trupy w ciągu kilku godzin popsują dobrą renomę Bostonu.  

Zatrzymałem się przed posterunkiem policji, najbliższym jaki pokazała mi moja komórka. Zacząłem myśleć.
Jaką miałem szansę, że trafię na kogoś kto wiedział o ciemnych sprawach Howarda Trentona? Niewielkią. Z drugiej strony podobnie przedstawiała się możliwość poznania kogoś uczciwego i odważnego na tyle, że jeżeli dojdzie do nieprzewidzianej sytuacji, to dany człowiek mi pomoże. Po chwili zastanaowienia pojąłem, że jednak ta druga możliwość jest jeszcze mniejsza niż pierwsza. Nie miałem wystarczających dowodów, a praktycznie nie posiadałem żadnych. Kto będzie ryzykował nieoficialne śledztwo przeciw swojemu najwyższemu zwieszchnikowi z zerowym kontem dowodów przeciwko niemu? Mogłem tylko mieć nadzieję, że ktoś może wie o gagsterskiej działalności Maria Alamando. Oczywiście miałem w tyle głowy myśl, że chłopak z pizzerni z pewnością zgłosi się na posterunek, szczególnie kiedy dowie się z mediów co się stało z domem jego niedoszłego klienta. Bo to, że stracił napiwek nie będzie miało dla niego znaczenia, chyba że jest pokroju Kenatha.  
  W ułamku chwili pomyślałem czy ja zgłosiłbym się na policję gdyby to mnie ktoś zmusił do czegoś podobnego, za pomocą wymierzonego pistoletu. Z pewnością!  Dodatkowo pomyślałem o mojej żonie. Chciałem ją zobaczyć, a dalsze ukrywanie się nie miało sensu. I tak by mnie znaleźli, a wówczas byłoby to bardziej niezrozumiałe dla policji, a wręcz podejrzane, że do nich nie przyszedłem lub nie próbowałem się kontaktować.  
  Zaparkowałem przepisowo na parkingu dla gości i wszedłem do budynku. Podszedłem spokojnie do okienka. I wówczas pomyślałem o pistolecie. Powinienem go ukryć lub może się całkiem go pozbyć. Ale na to miałem jeszcze trochę czasu. W końcu znowu szansa na to, że zaraz przeprowadzą rewizję w moim aucie, równała się zeru.  
  Do tej pory byłem człowiekiem uczciwym i raczej nieco bojaźliwym. W normalnych warunkach nigdy nie kupiłbym nielegalnie broni, nie ukradłbym samochodu, a już napewno do nikogo bym nie strzelił.  
Na razie mogłem być spokojny o moją córkę i rodzinę Galettich. Chciałem zobaczyć Carry.
- W czym mogę pomóc? - zapytała pani ukryta za szybą.
- Dzwoniono do mnie z policji. O tym poinformowała mnie córka. Moja żona została aresztowana...
- Czy mogę zobaczyć pańskie dokumenty?
- Tak, oczywiście. Prawo jazdy wystarczy?
- Tak.
  Wyjąłem dokument. Kobieta zaczęła pisać coś na klawiaturze komputera.
- Istotnie, ktoś próbował się z panem skontaktować, ale nie z tego posterunku.
- To co mam zrobić? Chciałbym zobaczyć żonę, jeżeli to możliwe. Może mi pani powiedzieć gdzie jest teraz moja żona?
- Nie jestem do tego upoważniona, a poza tym nie wiem. Jestem tylko pracownikiem administracyjnym. Proszę nie odchodzić. Zawiadomię odpowiednią osobę, która z panem porozmawia.  
  Usiadłem na krześle, jednym z wielu, stojących pod ścianą. Czułem się spokojny i to mnie bardzo dziwiło. Wszystko zmienio się w moim życiu, a ja nadal zachowywałem zimną krew. Chyba się sam dobrze nie znałem. Po mniej niż pięciu minutach, boczne drzwi się otworzyły i wyszedł z nich cywil. Podszedł do mnie.
- Pan Aron White?
- Tak, to ja.  
- Wiem, tylko się upewniam. Proszę za mną.
  Zwróciłem uwagę, że się uśmiechnął kiedy się odezwał. Nie od razu, dopiero kiedy powiedził drugie zdanie. Szliśmy przez korytarz. Mijaliśmy same drzwi. Zawsze wyobrażałem sobie posterunek policji całkiem inaczej. Mężczyzna otworzył w końcu odpowiednie drzwi i weszliśmy. Wskazał mi krzesło.
- Jestem porucznik William Kraft. Proszę usiąść. Kawy, herbaty? A może jest pan głodny? Jeżeli tak, coś dla pana zamówię.
- Chciałbym zobaczyć moją żonę. Córka mi przekazała, że została aresztowana. Jak się ma Elle Larsen?
- Chwileczkę. To nie stąd dzwoniono. Zaraz wszystkiego się dowiem. Po pierwsze nie jestem pewny czy ja będę się panem zajmował. Prawdopodobnie nie. Jestem tu zastępcą szefa. Zwykle ktoś niższy rangą się zajmuje podobnymi sprawami.  
  Mówił i jednocześnie coś pisał na swoim komputerze.
- Tak, tą sprawą zajmuje się lieutenant Mc Gregor z czwartego komisariatu.
- A ten, gdzie jesteśmy, to który?
- Siódmy, a ma to dla pana znaczenie?
- Siódemka to lepsza liczba niż cztery - odrzekłem.
- Nie miałem do tej pory zdania na ten temat. Liczba jak liczba. Porozmawiam z Mc Gregorem i zobaczymy.
- Dobrze. Jest pan miły. Chciałbym, żeby wszystko było przepisowo.
  Will nacisnął guzik na swoim biurku. Raczej nie łączył się z Mc Gregorem...
- Lu, przynieś mi dwie kanapki z serem, szynką i pomidorem lub co tam masz podobnego.
  Lu musiała go o coś zapytać, ale oczywiście nie usłyszałem o co.
- Tak, coś ciepłego.  
- Kawa czy herbata? - zwrócił się do mnie.
- Poproszę herbatę. Jeżeli można, owocową.
  Spojrzał na mnie krótko. Mógł mieć tyle lat co ja lub mieco mniej. Szatyn o szarych, ładnych oczach.  
- Lu, przynieś dwie herbaty owocowe.  
  Znowu popatrzył na mnie.
- Mamy tylko malinową, może być?
- Tak, bardzo proszę.
  Znowu się uśmiechnął. Tym razem wybrał dłuższy numer.
- Tu William Kraft z siódmego. Jest u mnie Aron White, w sprawie Carry White. Sprawa o napaść na Elle Larson. Jeżeli nie macie nic przeciw, zajmę się nim.  
   Czułem, że rozmówca coś mu mówi, niestety nie wiedziałem co. William cały czas na mnie patrzył, a lekki uśmiech cały czas panował na jego twarzy.  
- Tak, coś takiego. W końcu to bardziej ciekawe niż podpisywanie papierów i prowadzenie rozmów przez telefon. A Roy nareszcie będzie mógł porządzić, chociaż tylko jeden dzień i to nie cały. Miło z twojej strony, że się zgodziłeś.  
  Odłożył słuchawkę i uśmiechnął się szeroko.
- Okazuje się, że można obejść przepisy. Coś zjemy i potem pojedzie pan zobaczyć żonę.  
- Jak się czuje Elle Larsen?
  Przeszył mnie wzrokiem, ale nadal utrzymywał uśmiech na twarzy.
- Chwileczkę...
   Spojrzał na ekran i coś prawdopodobnie czytał.
- Stan stabilny. Złamana ręka w przedramieniu i siniaki. Wyjdzie z tego. Jestem upoważniony do uzyskania wszelkich informacji w tej sprawie od pana.  
- To znaczy będzie pan prowadził śledztwo?
  Uśmiechnął się.
- Raczej nie. Mam bardziej urzędnicze stanowisko. Prawdopodobnie zlecę to któremuś z moich ludzi.  
  Roześmiał się.
- Co jest takiego wesołego? - zapytałem poważnie.  
- Fakt, nic. Ludzie z czwartego posterunku prowadzą sprawę pańskiej żony. W tej chwil odebrałem im robotę. Praktycznie nie mogę prowadzić spraw, a chciałbym. Dlatego się roześmiałem. Wolałbym pracować w terenie. A dawno się nic takiego nie zdarzyło w naszym mieście, co dzisiaj. Boston to bardzo bezpieczne miasto. Jest pan odważny.  
- Dlaczego pan tak sądzi? - zapytałem zdziwiony.
  Chyba zamierzał mi odpowiedzieć, ale coś pojawiło się na ekranie i zwróciło jego uwagę. Rzucił okiem na wiadomość.
- Cholera.
- Czy coś się stało? - zapytałem, ale moja intuicja mi coś podszepnęła.
- Tak, stało się. I to mi się nie podoba.
   Uśmiech zniknął z jego twarzy, ale tylko na sekundę, bo w tej samej niemal chwili usłyszałem pukanie do drzwi. Pomyślałem, że to pewnie Lu z kanapkami, herbatą i czymś słodkim. Może ciastem z czereśniami.
  I w tej chwili poczułem się dziwnie. Miałem pewność, że właśnie to zobaczę na tacy.

100%2
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i dramaty, użył 2245 słów i 12528 znaków, zaktualizował 30 sty o 8:34.

Dodaj komentarz