Wyścig ze śmiercią cz 6

- To będzie kosztowało pół setki.
- Trzysta.
   Spojrzał groźnie.
- Czterysta albo spadaj.
- Trzysta pięćdziesiąt.
- Dobra, wchodź. Nie wyglądasz na glinę. Prawdę mówiąc, wyglądasz tak pospolicie, a tacy są najgorsi. Chcesz kogoś kropnąć?
- Nie chcę zabić. Musi mi oddać co do niego nie należy.
- Racja. Dam ci Walthera p38 i dwa tuziny naboi.
- Dobra. I jeszcze tłumik.  
- Tłumik?
- Tak.
- Oglądasz za dużo filmów. Tłumik ma 30 cm długości i jest naprawdę ciężki. Do Walthera nie istnieje. Co pokazują w kinach to bujda.
Zrozumiałem. Nie było go chwilę. Przyniósł broń i naboje.  
- Masz cztery setki, jesteś równy gość - rzekłem. Nie masz może sprawnego budzika?
  Roześmiał się.
- Miałem różnych klientów, ale takiego jeszcze nie. Po chwili przyniósł mi nieco używany budzik. Wyglądał prawie jak nowy.
  Po pięciu minutach już wracałem. Było dwadzieścia minut po północy. Czułem, że Gabri siedzi i cierpi, ale nie tak bardzo. Próbowała zasnąć, ale nie mogła. Podobnie Sara. Natomiast Leopoldo nie mial problemów z zaśnięciem. Wypił pół szklanki whiskey i zasnął przed telewizorem.    
  Zaparkowałem samochód około sto metrów od domu gdzie porywacz więził młodą włoszkę. Czuwałem chwilę i próbowałem wysyłać kojące myśli dla Sary i Gabri.
< Gabri, mam już broń. Spróbuj zasnąć.  
< Już czułam się lepiej, ale kiedy wszedł, odebrał mi całą odwagę.
< On śpi. Jutro zamówi pizzę około dziesiątej. Obiecałem ci, że do ciebie już nie przyjdzie. Ufaj mi.
< Dobrze, Aron.
   Walczyła ze sobą, w końcu zasnęła.  
< Sara?
   Musiałem powtórzyć jej imię dwa razy, dopiero mnie odebrała.
< Tata!
< A któżby miał być inny, skarbie?  
< Wszystko dobrze?
< Mam już broń.
< Mówieś, że go nie zabijesz...
< Musze go postrzelić, to nie jest facet, którego można postraszyć.  
< Bardzo się martwię.
< Spróbuj zasnąć.  
< Nie mogę.
< Proszę. To się skończy jutro. Do południa.
< Skąd masz pewność?  
< Zaufaj mi.
< Postaram się. Bardzo bym chciała byś był przy mnie teraz. I chciałabym, żeby mama była z nami.  
    Nie chciałem jej mówić co jest Carry. Wówczas z pewnością by nie zasnęła.  
Kiedy była mniejsza na zmianę z Carry ją usypialiśmy. Do piątego roku życia. Wówcza było jeszcze z nami tak dobrze.  
  Sara zasnęła z ciężkim sercem. W końcu i ja się zdrzemnąłem. Zaparkowałem w back alley i stałem koło drzew, więc szansa, że patrolująca policja by mnie zauważyła, była mała. Nastawiłem zegarek na ósmą.
  Obudziłem się nieco zmarznięty. Wyszedłem z samochodu i załatwiłem potrzebę. Alamando miał odebrać pieniądze o drugiej po południu. Leopoldo miał odebrać swoją dolę trzydzieści minut później. Potem miał zabić Gabri, a to że miał zatrzymać ciało, wcele mu się nie podobało.
  Kiedy się obudziłem, ten zły człowiek już nie spał. Jego myśli postawiły mnie w stan alertu. Bo coś pomyślał. Mianowicie zamierzał przed śmiercią skrzywdzić Gabri. Nigdy tego nie robił, ale też nigdy nie pozostawiał zwłok. Nie chodziło o gwałt. Całą złość na Maria, że ten chce by odnaleziono zwłoki, chciał wyładować na dziewczynie.    
  Pożałowałem, że chciałem mu pomóc. Leopoldo wiedział, że i tak istnieć będzie szansa, że zostawi jakieś ślady. Zamierzał porzucić ciało gdzieś w parku. Nie podobał mu się wcale plan by zostawiać jej ciało. Ale wiedział, że gdyby tego nie zrobił, wówczas byłby na ścieżce wojny z Alamando. Nie wiedział, że ten i tak go chciał wykończyć. Mario nie wierzył, że Casanau ma jakiegoś haka na niego. Zresztą ufał wysoko postawionemu szefowi w komendzie głównej policji Bostonu, że w razie czegoś, tamten wszystko zatuszuje. Deputy Superintendent posiadacz trzech złotych gwiazdek na pagonach i czapce ( w odróżnieniu od szefa czyli superintendenta, posiadacza czterech gwiazdek Wiliama Edwardsa)* Człowiek, który współpracował i chronił, Mario Alamando, nazywała się Hector Trenton.

Wielokrotny zabójca miał ochotę zobaczyć swoją ofiarę, by znowu jej dokuczyć, ale wpłynąłem na niego by tego nie robił.  Ta własność mnie zaskoczyła.  
- Nienawidzę cię ty mała dziwko - szepnął do siebie. Zjem coś, a ty głoduj.  
  Sprawdził godziny otwarcia. Większość pizzerni była otwarta dopiero od jedenastej. Wybrał Domino, całodobowe.  Po chwili, z innej komórki, niż tej, z której komunikował się z Mario, zamówił pizzę medium ze wszystkim.
Mieli przywieźć o dziewiątej trzydzieści. Musiałem być gotowy.
  
Jak była szansa, że taki zbir będzie czekał przy oknie? Żadna. Mój plan był prosty. Kiedy dostawca przywiezie pizzę, zabiore mu ją. I sam dojdę do drzwi. Leopoldo zapłaci gotówką. Dom w którym przetrzymywał Gabri należał oficialnie do mężczyzny w jego wieku, ale oczywiście nie jego nazwisko figurowało w rejestrze miasta. Drugi jego dom w Botonie też był na kogoś innego.
  Czas płynął szybko. W końcu dostrzegłem samochód z charakterystycznym znakiem firmy, na dachu pojazdu, czerwona jedynka i niebieska dwójka na prostokącie domina.
Chłopak miał trochę więcej lat niż Sara. Nie zdołał otworzyć całkiem drzwi. Wysunąłem lufę.
- Dawaj pizzę i czapkę. I komórkę. Jestem tajnym agentem. Ten człowiek to przestęca. Nie rób glupstw. Teren jest obstawiony. Odjedziesz spokojnie, kiedy wejdę do domu. Komórkę otrzymasz z powrotem na policji. Zadzwonimy do ciebie.
  Widziałem strach w jego oczach.
- Nie bój się. To groźny człowiek, pomagasz nam.  
  Oddał mi czapkę z emblematem domina i pizzę. Komórkę schowałem do kieszeni.  
- Połóż się na siedzenię. Jak facet zobaczy, że jesteś w środku, może zacząć panikować. On dobrze strzela, a ja nie chcę żadnych trupów
- Nie zabije go pan?
- Tylko jeżeli mnie zmusi. Nie panikuj, muszę go postrzelić. Kładź się.  
  Serce mi waliło mocno, ale po kilku krokach, uspokoiłem się. Zadzwoniłem. Poczułem, że podchodzi. Otworzył drzwi. Wyglądał normalnie, tylko miał coś złego w oczach. Mocno zbudowany, koło metr osiemdziesiąt wzrostu, z dwudniowym zarostem na twarzy.
- Szybko przyjechałeś. Masz trzydzieści dolarów i znikaj.  
  Wyciągnął prawicę po pizzę. W lewej trzymał banknoty.
- Do środka - wyciągnałem pistolet.
   Był kompletnie zaskoczony. Zrobił krok do tyłu. Strzeliłem mu w kolana. Zawył z bólu i upadł. Dostał pistoletem w głowe. Potem drugi raz. Strzeliłem mu w drugie kolano. Klucze od drzwi gdzie trzymał Gabri leżały na stoliku koło kanapy. Pobiegłem na dół. Otworzyłem metalowe drzwi.
- Aron! - krzyknęła Gabriela.
- Strzelę w łańcuch, a ty zatkaj uszy. Wybacz, będzie głośno - powiedziałem.  

Była w szoku. Położyłem koniec lufy do kajdanek. Mimo, że trzymał ją w piwnicy za metalowymi drzwiami, przykuł ją za jedną kostkę do łańcucha.  

  Szarpnęła się lekko na odgłos strzału.
- Zastrzeliłeś go?
- Nie. Przestrzeliłem mu kolana.
- Cierpi?
- Jest nieprzytomny. Ale jak się odcknie, będzie cierpiał. Uciekajmy. Z pewnością ktoś usłyszał strzały i za dziesięć, góra piętnaście minut będzie tu policja.
  Poszliśmy na górę. Leopoldo był nadal nieprzytomny.
Gabri patrzyła na niego z lekkim strachem.  
- Poczekaj.  
  Czekała przy drzwiach. Nie dostrzegłem samochodu. Wiedziałem, że chłopak zawiadomi za jakiś czas policję. Wziąłem szklanke przez szmatkę do wycierania naczyń i nalałem do niej zimnej wody. Wylałem wodę na jego twarza. Dochodził do siebie. Jęczał.
- Almando cię przysłał! I tak już jesteście martwi. Tu skurwysynu, przestrzeliłeś mi oba kolana!
- Zabiłeś tyle ludzi. Ale masz szansę prosić o wybaczenie.
- Tę dziwkę?
- Nie, Boga. A ona jest bardzo porządną dziewczyną, w przeciwieństwie do ciebie.
- Spierdalaj debilu. Zabij mnie. Inaczej ja zabiję ciebie.
- Wiesz, że nie. Masz wybór, Leopoldo. To przez matkę, prawda? Znienawidziłeś ludzi, bo cię wyrzuciła na ulice.
  Na jego twarzy panował ból i wsciekłość, ale po usłyszeniu moich słów, jego twarz się zmieniła.
- Kim ty kurwa jesteś!
- Resztką twojego sumienia.
  Wyszliśmy.  
- Gdzie masz samochód?  
- Nie tak daleko.  
- Co teraz? Jestem wolna, jak obiecałeś.
  Objęła mnie mocno.
- To nie koniec, Gabriela. Musimy jechać do twojego domu.
- Co ten człowiek zrobi?
- Teraz myśli. Nie chcę już o nim więcej wiedzieć. Walczy. Resztka dobra w nim z całym złem, które go przepełnia.  
  Doszliśmy do czarnej Impali. Gabriela spojrzała na mnie.
- Pojedziemy do mojego Forda.  
  Po chwili jechaliśmy. Zostawiłem Impalę i wsiedliśmy do mojego Fuzjona. Coś mnie tknęło. Zamiast jechać do domu Gabrieli, wróciłem. Zatrzymałem samochód pięćdziesiąt metrów z przodu domu, gdzie przetrzymywał dziewczynę.
- Dlaczego się zatrzymałeś?  
- Nie chciał przebaczenia. Uznał, że i tak ludzie Almando go zabiją, bo był przekonany, że to on mnie nasłał.  
  Wzięła mnie za rękę. W tej chwili domem wstrząsnął potężny wybuch. Nie chciałem, ale wiedziałem.  
Leopoldo doczołgał się do szafki i zdetonował potężny ładunek semtexu-10, który tam przechowywał. Była dziewiąta czterdzieści dwie. Angelo już miał pieniądze, ale jeszcze nie wyjechał. Nie mogłem pozwolić by dalej cierpieli. On i Loretta.
< Sara!
   Spała, ale niezbyt mocno. Obudziła się.
< Daddy! Uwolniłeś ją!
< Tak, kochanie. Ale to nie koniec. Pakuj się. Pojedziesz z Gabri i jej rodzicami. Będziemy za trzydzieści minut, może pięć minut wcześniej.  
   Prowadziłem spokojnie. Gabriela tuliła się do mojego lewego ramienia.
- Aron, dziękuję.
- Drobiazg.  
Czułem co czuje. I w tej waśnie chwili starciłem to. Nie znałem już jej myśli. I nie tylko jej, również Sary. Czyżbym już nie potrzebował daru? Może... Wiedziałem jedno. To nie koniec. To dopiero początek.  Kiedy Alamando dowie się wszystkiego, postanowi się zemścić. I zacznie wycierać ślady. Pierwszym na liście będzie Keneth Price, były chłopak Gabrieli Galetti. Nie miałem pewności, czy zdołam go uratować. Nie wiedziałem, czy jest tego wart. Ale chciałem spróbować.

100%1
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i dramaty, użył 1845 słów i 10244 znaków, zaktualizował 6 sty o 8:52.

Dodaj komentarz