Wyścig ze śmiercią cz 2

Dotarło do mnie, że Sara, od kilku minut mówi mi na ty. Nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, w końcu w naszym kraju zmusza się już siedmioletnie dzieci, by tytułowały dorosłych per ty. Czego nie uważałem za właściwe. Co dziwne, Sara chyba wyczuła moje myśli.
- Przepraszam, chyba nie powinnam ci mówić na ty, tatku, a zrobiłam to już kilka razy. Wybacz.
- Właśnie o tym pomyślałem...
- To właśnie przeprosiłam - zauważyłem lekki niepokój na jej twarzy.
- Och nie, kochanie! To nic takiego. Chciałem powiedzieć, że właśnie to sobie uświadomiłem, a ty w tej samej chwili to powiedziałaś. Jesteś dorosła. Prawie. Według daty, a tak naprawdę odczuwam, że już od zeszłego roku. Fakt, wolę jak mówisz tato. Ale mówienie na ty już lepiej brzmi niż gdybyś mówiła mi, Aron.  
  Roześmiała się.
- To by zabrzmiało dziwnie w moich ustach. Kiedy mnie pytają o imię ojca, mówię Aron. Ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić, żebym tak cię tytułowała. Natomiast ty, daddy nie masz żadnych problemów kiedy mówisz do mnie Sara, prawda?
- Właśnie. Nie jest to dziwne? I pewnie podobnie by było gdybym miał syna.  
- Pewnie tak, daddy.
  Zamyśliłem się. I po chwili znowu odczułem jej spojrzenie, chociaż tym razem nie starała się patrzeć otwarcie. Pomyślałem ponownie, że pewnie gdzieś zawiniłem.
- Daddy?
- Tak kochanie?
- Nie zrobiłeś niczego niewłaściwego.
  Pokiwałem tylko głową, chociaż znowu pomyślałem, że zna mojej myśli.
- O tym myślałeś?
- Tak, właśnie tak.
  Uśmiechnęła się.
- Sądzisz, że mamy jakieś dary? To chyba nie jest aż tak trudne. Jesteś moim tatą, a ja twoją córką, więc chyba jest nam łatwiej. Spróbuj pomyśleć, co ja teraz myślę.
- Och, to pewnie jest jednak bardzo trudne - odrzekłem.
- Spróbuj jednak - ponownie dotknęła mojej dłoni.
  Wziąłem jej dłoń i lekko uścisnąłem.
- Koisz moje serce, córeczko... Pomyślałaś, że Jackson czasami zachowuje się jak dupek - dodałem bezwiedni.
  Otworzyła szerzej oczy.
- Dokładnie to pomyślałam. W większości czasu jest ok, ale czasami właśnie tak się zachowuje.  
- Och, to dziwne. Wcale się nie zastanawiałem. To przyszło ot tak, jak wiatr.
- Jak wiatr - weszła mi w słowo.
  Popatrzyliśmy na siebie.
- Niesamowite - powiedziałem.
- Kochasz mnie, a ja ciebie, to pewnie dlatego. Szkoda, że nie mogę pomóc w twoim problemie.
- Pójdę do specjalisty. Zobaczę co mi powie. Wracasz do domu czy masz coś w planie? Jeżeli tak to w obu wypadkach cię odwiozę.
- Miałam się uczyć z Gabriellą.
- Tą brunetką?
- Tak, to moja najlepsza koleżanka z klasy. Jej rodzice mają korzenie z Włoch. Oboje dziadkowie przyjechali z Włoch i wzięli ślub w Ameryce. Są wszyscy bardzo ekspresyjni, ale też bardzo rodzinni.
- Podwiozę cię, a jak będziesz wracać po zmroku, przywiozę.
- Jej tata mnie zawsze odwozi.
- Jedzie z toba sam?
  Uśmiechnęła się.
- Nie, jedziemy razem. Gabriella, Loreta i Angelo.  
- Rodzeństwo?
- Nie. Tata Gabi jest Angelo, a mama Loreta.  
- Mówisz im po imieniu?
- Chciałam nie, ale nalegali. Tak już jest od roku.
  Coś mi przyszło.
- Ale Gabriella mówi na nich mamo i tato, prawda?
- Dokładnie. Dziwne prawda? Ona mogła by na ciebie mówić Aron, no może nie od razu. Teraz mówi na ciebie pan White, potem by mówiła pan Aron, a w końcu Aron.  
- Być może. Podziękuję im przy okazji, że cię odwożą. Niby bezpieczna dzielnica, ale licho nie śpi.  
- Wszędzie jest bezpiecznie i wszędzie może być zagrożenie. Takie życie, daddy.
- Tacy ludzie, skarbie.
- Tak, masz rację, tato.
  Poczułem lekki strach. W drzwiach pewnie napotkam milion pytań, o ile Carry będzie w domu. Miałem nadzieję, że nie odwiedziła 466 Warren st. To byłoby naprawdę dziwne gdyby to zrobiła!  
  Po kilku minutach podjechałem moim samochodem pod dom pańswa Galetti. Pożegnałem córką i kiedy zniknęła w drzwiach wejściowych, odjechałem w kierunku naszego domu.
  Na szczęście Carry nie było. Wobec tego wyszedłem z psem. Po czterdziestu minutach wróciłem i zabrałem się za robienie kanapek na kolację. Usłyszałam dzwięk przekręcanego klucza. Czy nie mogła zadzwonić? Bo przecież wiedziałem, że to moja żona. Już po jej minie wiedziałem, że nie będzie dobrze. Jej ładną buzie dekorował Mars, a wzrokiem posłała mi dwie solidne błyskawice.
- Dobrze przynajmniej, że powiedziałeś prawdę. Nie rozmawiałam z nią, ale co ty w niej widzisz!
- O czym mówisz, Carry! Litości!
  Podeszła do mnie nawet nie rozpinając kurtki. W dłoni trzymała komórkę.
- W niej! Elle Larson.
  Na zdjęciu zobaczyłem lekko zaokrąglona kobietę w wieku około trzydziestki. Miała jasną cerę i rude włosy upięte w koczek.
- To jest Elle Larson? - zapytałem.
- Sam mi powiedziałeś wczoraj. Dziękuję za szczerość. Teraz powinnam wystąpić o rozwód. Bo prawdopodobnie nie zaprzestaniesz mnie zdradzać. Ale tego nie zrobię dla dobra naszego dziecka. Tylko koniec z sexem.
  Popatrzyłem na nią inaczej. Zrobiło mi się jej żal. Tak po prostu.
- Carry. Nie mam kochanki. Doprowadziłaś mnie wczoraj do ostateczności. Mieliśmy dobry czas. To były jedyne miłe chwile z tobą, przez ostatnie dwa lata. Poprzednio czekałaś chociaż dzień, chociaż kilka godzin. Nigdy wcześniej nie zaczynałaś swojego szaleństwa bezpośrednio po naszych intymnych chwilach. Palnąłem jakikolwiek adres i jakiekolwiek nazwisko. Jestem pewny, że ta osoba nazwywa się inaczej. Nigdy jej nie widziałem na oczy. Nie jest w moim typie.  
- Kłamiesz. Znasz ją i spotykacie się regularnie. Myślisz, że jestem skończoną idiotką? Sprawdziłam. Ta kobieta ma trzydzieści jeden lat i nazywa się Elle Larson. I znacie się.
  Poczułem się dziwnie.
- Carry, mogę jeszcze raz zobaczyć to zdjęcie?
- Nie zdołałeś się napatrzyć jej do tej pory?
  Jednak podała mi komórkę. Zacząłem się przyglądać. Cholera, wydała mi się skąś znajoma. Oddałem żonie komórke i ruszyłem do mojej pracowni. Byłem sprzedawcą w wielkim domu handlowym. Sprzedawałem lodówki, kuchenki i inne akcesoria domowe.
Wszedłem na komputer. Po niespełna dwóch minutach miałem wynik. Szęść lat temu sprzedałem Elle Larsen pralkę i suszarke firmy LG. Tylko jak teraz wytłumaczę to Carry?    
  Ale coś mnie jeszcze bardziej uderzyło. Przecież opowiedziałem to wszytsko mojej córce dosłownie półtorej godziny temu!  Skąd wiedziałem o tym wcześniej! Oczywiście wszystko inne się zgadzało. Nigdy później nie widziałem tej kobiety. Postanowiłem spróbować jednak to wytłumaczyć mojej żonie. I to był mój błąd.  
  Wydrukowałem informacje na kopiarce i pełem dobrych myśli ruszyłem do salonu. Żona zdjęła już kurtke i siedziała na kanapie wpatrując się w jeden punkt.
- Tak, masz rację. To była moja klientka. Sześć lat temu sprzedałem jej pralkę i suszarkę firmy LG. Byłem wczoraj zirytowany i podałem, jak sądziłem, przypadkowy adres i nazwisko.  
  Carry popatrzyła na mnie wzrokiem nie wróżącym niczym dobrym.
- A więc to już trwa sześc lat, a nie dwa, jak sądziłam. Jak to Sara przyjmie? Biedne dziecko.
  Znowu podjąłem dramatyczną decyzję.
- Opamiętaj się, kobieto! Ta osoba pewnie ma męża lub narzeczonego...
- Nie obchodzi mnie to. Bardzo wątpię. Obserwowałam jej dom blisko trzy i pół godziny. Nikt ani nie wyszedł ani nie wyszedł do jej domu. Jest sama, to znaczy nie! Ma kochanka. Arona Whita.

Sara zrozumiała. Nawet próbowała wytłumaczyć mamie. Skończyło się na tym, że usłuszała, iż nawet jej jedyna córka woli trzymać stronę niewiernego ojca, niż pokrzywdzonej matki. Żeby biedy było nie dość, nasz wierny Calo odszedł tydzień potem. Trzy dni wcześniej zemdlał. Musieliśmy go uśpić. Okazało się, że jego wątroba miała poważne uszkodzenie i nie było ratunku. Cierpiał ponoć tygodniami, a nie jęknął nawet ani razu. Lekarz oświadczył, że gdyby to było wiadome trzy lata temu, to może byłyby szanse. Biedne zwierzaki, chorują jak my. Mógł jeszcze długo żyć, miał dopiero dwanaście lat.  
  Sara płakała, Carry była tylko smutna. Widocznie jej nieszczęście pochłonęło ją całkowicie.  
  Zdecydowałem się pójść do specjalisty. To miało miejsce jakiś miesiąc temu. Facet rozmawiał ze mną dwie godziny i skasował czterysta dolarów. Zasugerował bym przyszedł z żoną. Jedyne dobre było to, że za drugą i następną wizytę brał tylko sto pięćdziesiąt dolarów za godzinę i liczył od sprawy, a nie od osoby. Ale i tak nie sądziłem, że tam jeszcze raz zawitam.  
  Uwierzył mi i zasugerował, że z moją żoną jest coś nie tak. Nie musiałem stracić czterystu dolarów, żeby to wiedzieć!  
  Niestety, Carry nie wykazała chęci współpracy i pozostałem z tym sam.  

Od tego czasu minął miesiąc. Wszystko szło tym samym torem. Nie wiem czy Carry się czuła z tym lepiej, ale dzień w dzień powtarzała to samo, oczywiście nieco modyfikowała treść.  
  Teraz moja biedna żona oglądała serial. Niestety, opowiadał o perypetiach par, które nie były sobie zbyt wierne.  
  Ostatnio rozmawialiśmy mało, właściwie wcale. Tydzień temu zacząłem spać w swoim pokoju do pracy. Wyszło to od niej. Nie chciałem utrudniać i przyjąłem.  
Nie paliłem, ale poczułem chęć wyjścia na powietrze.  
  Stałem po prostu blisko mojego płotu, który sięgał mi do torsu. Patrzyłem w mrok. Zastanawiałem się jak skończy się ten koszmar. Nadal kochałem żonę i dlatego cierpiałem z powodu tej sytuacji.  
Nie czułem chłodu, ponieważ miałem na sobie kurtkę. Trawa w ogródku już troszkę odrosła, zamierzałem ją przyciąć w weekend, czyli za dwa dni. Październikowy wiatr niósł z sobą chłód z północy. Jak co roku mieliśmy w Bostonie zimno już o tej porze roku. Mieszkaliśmy na 1560 Becon st. w starszym domu z małym trawnikiem.  
  Nasze miasto plasowało się bardo wysoko w rankingu miast amerykańskich, a nawet światowych pod względem czytostości i jakości życia. Było również na dobrej pozycji pod względem kryminalności. Niestety w okolicy mieliśmy takie miasta jak stolica New Jersey, gdzie kryminalność sięgała cztery razy tyle, co średnia krajowa. W tej negatywnej ocenie, królowało St Louis w Missouri gdzie liczba przestępstw na sto tysiecy ludzi, sięgała prawie dwa i pół tysiąca.  
  Czemu o tym mówię? To proste. Nawet w najbardziej bezpiecznym miejscu może się coś zdarzyć złego.  

Czy tylko kobiety mają szósty zmysł? Nie. Co prawda nigdy nie podejrzewałem u siebie nadzwyczajne zdolności, ale w tej właśnie chwili poczułem się dziwnie. Miałem właśnie wrócić do domu, gdzie w najlepszym razie czekałaby mnie obojętność ze strony Carry. Ale nie liczyłem nawet na to. Od dwóch lat nie było jednego dnia by mi nie wypomniała, że się z kimś spotykam. Oczywiście nie chodziło jej o rozmowy z tą domniemaną osobą. Była święcie przekonana, że mam z tym kimś innym, fizyczny romans. A od dwóch miesięcy wiedziała z kim. Z Elle.  
  I właśnie w tej sekundzie, kiedy miałem wracać, odczułem coś. Jakby ktoś postawił mnie w stan alarmu. Rozejrzałem się w koło, ale wszystko było w porządku. Spojrzałem w jedną stronę... Pusto. W drugą? W odleglości około stu metrów dostrzegłem sylwetkę. Oświetlenie ulicy nie dawało szans bym zobaczył dokładnie. Nawet nie byłem pewny czy jest to kobieta czy mężczyzna. Kiedy nagle pojawiła się obok, druga osoba.  
  To trwało może trzy sekundy, może pięć. Ta pierwsza osoba upadła, ale chyba nie całkowicie. Po chwili zobaczyłem czerwone światła pozycyjne samochodu. I coś mnie uderzyło.  
Tak jak powiedziałem wcześniej, nie miałem pojęcia o płci pierwszej dostrzeżonej osoby, tak później miałem pewność, że jest nią kobieta. Więcej, to była Gabriella!  
  Oczywiście widziałem ją kilkakrotnie, ale nigdy jej się specjalnie nie przyglądałem. Jak mogłem to wiedzieć teraz?!  
  Ta sama siła, która mnie zaalarmowała by się rozejrzeć, kazała mi działać i to błyskawicznie. Dziękowałem Bogu, że wziąłem klucze od samochodu i komórkę. Po dosłownie kilku sekundach znalazłem się w moim Fordzie Fusion. Po chwili jechałem usiłując nie stracić z oczu tylnich świateł vana, bo miałem prawie pewność, że jest to van.

100%3
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i dramaty, użył 2326 słów i 12381 znaków, zaktualizował 4 sty o 3:08.

1 komentarz

 
  • Duygu

    Po 100 latach w końcu dotarłam!    Jest trochę błędów, ale patrząc na rozwój akcji, wybaczam    Bardzo ciekawie się wszystko rozwija

  • AlexAthame

    @Duygu Kolejny nocny Marek. Dziękuję za wybaczenie. To poprawię w 3 części. Och te błędy, muszę z nimi poważnie porozmawiać.

  • Duygu

    @AlexAthame Spoko Tak jakoś mi myśli nie dają spać... Jak zawsze