Wyścig ze śmiercią cz 17

Po chwili zobaczyłem ciemne sylwetki opuszczające się na linach. Nie sądziłem, że Mario będzie ryzykował strzelać. Z uwagi na odległośc i to, że cele się poruszały, miał małe szanse trafienia. Ale nie doceniliśmy osiłka.  
Franko czuł się słabo, ale nie na tyle, by się położyć i umierać. Uśmiechnął się. Lubił zabijać. Oczywiście najbardziej własnoręcznie, ale inny sposób zadawania śmierci też sprawiał mu przyjemność. Wycelował rakietnicę. Gdyby nie krzew jałowca, może byśmy go dostrzegli. Po chwili śmigłowiec rozleciał się na kawałki. Fanatyczny morderca spóźnił się kilka sekund. Dzięki temu, zginął tylko pilot. Brygada zabójców była już na ziemi. Alamando leżał cały czas na ziemi, ukryty pomiędzy krzewami.  
Wykwalikowani ludzie Hektora ocenili miejsce wytrzału. Tego z kolei nie przewidział Franko. Gdyby o tym pomyślał, odsunąłby się w inne miejsce. Niestey nie było w pobliżu Maria, a z myśleniem Frank nie stał zbyt dobrze.
  
Wilson i jego prawa ręka, Galinorth skradali się jak duchy. Dowódca dał znak. Dwa granaty poleciały prawie dokładnie w miejsce gdzie leżał Franko. Po ułamku sekundy powstał tam maly lej.
- Sukinsyn. Co on tam miał - zaklął brunet. Wiedział, że granaty nie stworzyły by takiej eksplozji.  
- Teraz tropimy tego Włocha.  
   Wywołał cicho swoich kolegów.
- Wszystko co żyje - szepnął.
  Tamci wiedzieli co to oznacza.

Kaft popatrzył na mnie.
- Nie jest dobrze. To spece. Przykro mi. Mam nadzieję, że przybęda szybko posiłki i to nie sześciu niedoświadczonych zwykłych policjantów. Bo jeżeli tak, to wkrótce będzie tu tylko więcej trupów.
Nie dokończył, gdy usłyszeliśmy sygnały.  
  Tym razem przybyło ich więcej. Dwa wozy. Osiem osób. Mieli hełmy. Ale to było stanowczo za mało. Przynajmniej na grupę Wilsona.

- Co tam się dzieje? Prawdziwa wojna - szepnął Angelo - Nadal jesteś pewna, że nic nam nie będzie, córko?
- Mam zaufanie do Arona. Nie powiedziałam wam. Za tym stoi siła, której nic nie pokona.
- Co masz na myśli córeczko? - zapytała matka.
- Powiem wam później.  
  Znowu usłyszeli serie karabinów maszynowych i wybuchy granatów.

Wilson odczekał aż wszyscy wyjdą z wozów. Policjanci nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Jeden z nich próbował wezwać pomoc. Oczywiście nie z ich rodzimego miejsca, bo tam została tylko kobieta siedąca w recepcji.  
  Po chwili cała ósemka nie żyła.  

- Nie sądziłem, że tak się stanie. Trzeba mi było nie zawiadamiać policji. Co za czort mnie podkusił. Nie wiem co teraz, Aronie. Jesteśmy bez szans. Tamci zabija nas i wytropią innych.
- To nie twoja wina, Williamie. Poza tym nie trać nadzieji. Gabri nie jest głupia. Cała reszta również. Słyszą co się dzieje. Jestem pewny, że oddalą się, a tamci nie bedą szukać po całym lesie.
- Nie rozumiesz. Oni mają sprzęt. Pewnie wzięli noktowizory. Wiesz co to takiego?
- Coś co wykrywa ciepło. Ale jak daleki ma zasięg?
- Wcale się nie denerwujesz. To spece. Przyjechali oczyścić teren. Widziałeś co się stało. Wytłukli ich jak kaczki.
- Ale my żyjemy. Alamando żyje. I chce zabić nas wszystkich, to znaczy nas i rodzinę Galettich. Teraz jednak obawia się o własną skórę.
I w tym momencie powiedziłaem coś, o czym nawet nie pomyślałem.  
- Sprawy poszły za daleko. Skoro Hektor ich wysłał, pali mu się ziemia pod nogami. Może jeszcze ktoś przybędzie?
Kraft popatrzył na mnie wnikliwie.
- Sądzisz, że naśle kogoś by wyczyścili jego czyścicieli?
- Tak właśnie uważam. Tylko nie wiem dlaczego o tym pomyślałem.
  William uśmiechnął się znowu.
- Obyś miał rację. I jak masz układy z górą, to poproś, by to sieę stało szybko.
- To nie mój plan i nie będę się wtrącał.
  Znowu popatrzył na mnie.
- Niesłychane! Co za wiara! Naprawdę cię podziwiam.

Mario czekał. Żałował swojego pupilka. Na swój sposób miał do niego jakieś uczucie. W końcu nie był całkowicie zły. Nadal miał nadzieję, że dostanie Angelo. Pragnienie zemsty przysłaniało mu rzeczywistość. Przez chwilę pomyślał, że jak to wszystko się dobrze dla niego skończy, powinien wyjechać. Ale najpierw postara się zlikwidować tego, kto do tej pory go osłaniał. Nie pomyślał, że Hektor właśnie wydał już roskazy by i jego zlikwidować. A decyzje podjął zaraz po spotkaniu z Mariem, koło domu.

- Przeszukać każdy cal kwadratowy tego terenu. Musza ty gdzieś być. Ale miejcie oczy otwarte. Jest tu doswiadczony policjat, gangster i facet co wykończył jakiegoś psychola.
- Sądzisz Mark, że to on wysadził dom? - zapytał Wilsona, Kuther.  
- Dom wysadził ten psychol, ale tamten go w jakiś sposób do tego nakłonił. Szef ma chyba kłopoty. Pierwszy raz nie czuję tego dobrze.
- Myślisz Wilson, że przybędą jeszcze inne posiłki?
- Jeżeli tak, to podzielą los tamtych. Chyba, że Hektor nas chce wystawić, to wówczas przybędzie coś bardziej mocnego.
- To sukinsyn! Nigdy mi się nie podobał ten zadufany buc.
- To sprawa na później. Wykonamy to zadanie i zobaczymy.
  
Usłyszeli śmigłowiec. Wilson wyjął lornetkę.
- No i proszę! SWAT. Rozdzielamy się.  

Osemka uzbrojonych po zęby agentów do zwalczania terrorystów wylądowała na drodze, tuż przed domkiem. Nawet nie zajęli się samochodami. Mieli wyraźne rozkazy. Piątka dobrze wyszkolonych agentów współpracuje z przedstępcami. Są odpowiedzialni za zniszczenie domu w mieście. Są uzbrojeni i dobrze wyszkoleni. Rozkaz brzmiał: Wszystkich zlikwidować.  
  
Tym czasem Hektor jechał swoim drugim, terenowym wozem. Powiedzial żonie, że wróci rano. Miał przy sobie kilka niezarejstrowanych pistoletów. Liczył na to, że Wilson i jego ludzie nie dadzą się łatwo, a może, przy dobrych układach, wzajemnie się wykończą.  

Rasowi zabójcy wiedzieli co robić. Po pięciu minutach z ósemki została połowa. Ale ci pozostali, mieli więcej szczęścia. Wilson dostał w biodro. Widział również, że jego zastępca, mocno oberwał. W jego umyśłe  pozostała jedna myśl. Jeżeli z tego wyjdzie, zabije Hektora. Niestety, dwie minuty później kula trafiła go w szyję. Cała jego grupa została wykończona. Dowódca SWATU został tylko ze swoim kolegą. Zrobił błąd. Chciała sprawdzić, czy Wilson żyje. Podeszli ostrożnie do ciężko rannego Wilsona.
- Dokończyć go, dowódco? - zapytał.
- Niemusisz, za chwile się wykrwawi.
  Wilson wiedział, że to prawda. Ale nie zamierzał sam opuszczać tego padołu. Niepostrzeżenie odciągnął zawleczkę granatu. Po dwóch sekundach wszyscy troje zostali rozerwani na kawałki.
  Alamando obserwował wszystko z dwudziestu metrów.
Ale jatka, pomyślał. To już chyba wszystko. Angelo pewnie sądzi, że po wszystkim, ale mam dla niego niesodziankę.

- Cały jesteś? - usłyszałem szept Willima.
- Tak, wszystko w porządku. Wybili się wzajemnie. Jak to rozumieć?
  Kraft podczołgał się do mnie.
- Czuję, że Hektor to zmalował. Ale nie sądzę, że Mario jest zabity. Tamten osiłek, z pewnością. Tyle ludzi zginęło. Szkoda mi najbardziej tych policjantów.  
- Tak, też mi szkoda. Mam nadzieję, że Angelo nie wyjdzie z ukrycia. Jeżeli Alamando żyje to tylko na to czeka.
  Usłyszałem motor samochodu.  
- Kto to może być? - zapytał Will.
- Coś mi się zdaję, że wiem - powiedziałem szeptem.
  
Mario także usłyszał, że coś nadjeżdża. Wiedział kogo się może spodziewać. Sprawdził pistolet.
- Zasługujesz na kulkę. Dostrzegł sylwetką superintendenta. Dobrze wymierzył.

Hektor nasłuchiwał. Liczył trupy. Przynajmniej te, które mógł uznać za w jednym kawałku.
Szukał Alamando. Kula powaliła go na ziemię. Dostał prosto w serce. Po kilkunastu sekundach Alamando stanał nad jego trupem.
- Widzisz, nie jest tak łatwo mnie zabić, zdrajco.  
  Szarzało, więc on nachylił się by upewnić się czy Hektor nie żyje. Wiedział gdzie celował, ale cuda się zdarzają. I w tym momencie sam otrzymał kulę w serce. Poczuł chłód.
- Sadziłeś idioto, że nie mam koszulki kuloodpornej? - zaśmiał się szyderczo zastępca policji bostońskiej.  
  Mario skonał. Ostania myśl nie dotyczyła Hektora. Pomyśłał, że nie zdołał zabić Angelo.

  Widzieliśmy wszystko. William Kraft trzymał Hektora na muszce. Celował w głowę, ale nie nacisnął spustu. Widocznie bił się z myślami. Wiedziałem, że jest uczciwy i praworządny i chciałby postawić generała pod sąd. Nie był mordercą i dlatego zawahał sie. A Hektor chyba miał oczy z tyłu głowy. Huknął kolejny strzał. William jęknał. Spojrzałem. Jakimś cudem generał strzelił mu w rękę , którą trzymał broń!  
  Ja też nie byłem mordercą, ale zrobiłem to. Wymierzyłem w głowę Hektora i nacisnąłem spust.  
Niestety, nic się nie stało. Czyżby przypadek, czy też coś innego? Pistolet zawiódł.
Dostrzegłem oczy Hektora. Mierzył we mnie.
- To ty jesteś sprawcą tego zamieszania! No ładnie! Za chwilę zabiję pana Krafta, a potem ciebie. I poczekam na twoich znajomych. Bardzo dobrze strzelam, jak widzisz. Żegnaj przyjacielu.
  Usłyszalem strzał... Przecież nie mógł chybić. Spojrzałem. Stał nadal, ale nie miał głowy. Upadł. Spojrzałem na Williama. Obaj musieliśmy mieć bardzo zdziwione miny.  
- Ki diabeł! Kto go zabił?
  Z za młodego świerka wyszła Louisa.
- Lu! Co tu robisz do diabła? Mówiłem ci, że masz się nie ruszać z miasta - rzekł Kraft.
- Tak mi dziękujesz za uratowanie życia - odrzekła bez emocji, a w dłoniach trzymała karabin, chyba na niedźwiedzia. Takiego kalibru jeszcze nie widziałem.
- Dziekuję - rzekł kompletnie zaskoczony Will.
- Uratowałaś nie tylko jego i mnie - powiedziałem.
  Zobaczyła, że Wiliam jest ranny. Nachyliła się. Zdjęła kurtkę. Oddarła rękaw bluzki i zawiązała mu ranę.  
- Do wesela się zagoi - rzekłem.  
  Uśmiechnęła się.
- Tak naprawdę zrobiłam to, bo komu bym robiła ciasto z czereśniami.
- Och Lu! Moja dobra, kochana Louiso - rzekł Kraft.
Odwróciłem oczy, bo ich usta się spotkały.
- Pójdę poszukać Galettich - rzekłem, bo chciałem im dać wiecej prywatności.
- Tylko uważaj żeby cię nie postrzelili - powiedział Kraft.
- Będę.

Cała piątka siedziała w jednym miejscu.
- Kiedy to się skończy. Sądziłem, że juz po wszystkim i znowu strzały.
- Teraz to już koniec - rzekła Gabriela.
- A ty skąd wiesz - zapytał Angelo.
- Kobieca intuicja - uśmiechnęła się.
  Wymieniła spojrzenia z Sarą.
- Tylko mi nie ustrzel Arona, bo czuję że właśnie idzie.
   Angelo jednak wycelował w kierunku, z którego usłyszeli chrzęst łamanych gałęzi.
- Nie strzelajcie, to ja - rzekłem.
   Po chwili poczułem głowę Gabri na swoim torsie.
- Wiedziałem, że nic nam nie będzie. Co tam się działo?
- Sporo. Zastępca szefa przyjechał. Zranił Williama i niechybnie by nas obu zabił, ale Louisa go zabiła.
- Kto to?
- Jego podwładna. I miłość. Tak już jest. Nie idźcie tam, przykry widok...
  
Po pięciu minutach wszyscy siedzieliśmy w domku. Angelo rozpalał w kominku.
- Zrobie wszystkim herbaty - rzekła Loreta.
- Nie mamy dużo czasu, zaraz tu będzie policja - rzekła Louisa.
  Popatrzyliśmy na nią.
- Ta prawa - dodała.
- Jak mnie właściwie znalazłaś - zapytał Will
- Zostawiłeś mapkę, pamiętasz. Chyba chciałeś mnie zobaczyć, kochanie - szepnęła.
- Dziękuję ci. Co mogę zrobic żeby się zreważawać za to wszystko. Teraz i wcześniej.
- Weź ją za żonę - rzekła Sara.
  Zaczęliśmy się śmiać.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał, użył 2095 słów i 11569 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • AlexAthame

    @shakadap Dziękuję. :)