Wyścig ze śmiercią cz 16

Wszyscy usłyszeli strzałay i z wyjątkiem Gabrieli odczuli strach. Najmniej bała się Sara. Brunetka nie zastanawiała się czemu się nie boi. Wiedziała, że nic jej się nie stanie, a miała o tym przekonanie tylko z jednego powodu. Był tam Aron. Jej wybawiciel.
- Och, żeby nas nie znaleźli - szepnęła żona Angela.
- Nie boisz się o nich, tylko o nas? - zapytała Gabriela.
- O nich? Przecież tam jest tylko Aron.
- Jest i William. Czuję, że tam jest.
- Wybacz córeczko. Boję się o Arona. I skoro mówisz, że jest z nim William, to o niego też.          
  Wybacz, że tak powiedziałam. To odruch.
- Musimy być cicho - szepnął Angelo.
  Wyciągnął pistolet i przeładował. Jego żona poczuła się dziwnie. Nie chciała dopuścić myśli, że broń może się przydać.
- Będzie dobrze, nie bój się mamusiu.
  Matka spojrzała na nią.
- A ty? Wcale się nie boisz.  
  Śliczna dziewczyna uśmiechnęła się do matki.
- Aron tu jest, więc jesteśmy bezpieczni.
  Matka nie chciała dyskutować, ale też nie mogła przemilczeć słów córki.
- To zawodowi bandyci, a on jest sprzedawcą lodówek.
  Gabri się tylko uśmiechnęła. Bo pomyślała, że nawet sam Aron nie wie kim jest. Wiedziała to tylko ona. I na razie musiała to zostawić dla siebie.
                                      
                                                          *
- Nigdzie ich nie widzę - powiedział cicho William.
- Na szczęście jest ich tylko dwóch.
- Za chwilę będzi dobrze. Wezwałam policję. W końcu nie każdy glina w okolicy Bostonu, pracuje dla Hektora Trentona.
  Odczułem coś. Nie miałem pojęcia co to za uczucie. Jednak coś w moim wnętrzu poinformowała  mnie, że nie jest zupełnie tak jak Wiliam sądzi.

Dwa wozy policyjne zjechły z głównej drogi, w kierunku domku.  
  Najpierw wiadomość przeszła przez system i zawiadomiono najbliższy posterunek. William nieumyślnie popełnił błąd. Podał kim jest. Normalnie procedura poszłaby normalnym trybem. Wysłano by policję. Jednak ten, kogo dociekliwy i uczciwy dedektyw miał pod obserwacją, też nie był kompletnie głupi. Obserwował dyskretnie posunięcia Krafta. I poinformował  swoich najbardziej bliskich współpracowników, że najwyższy czas by wszystkich załatwić. Sprawy poszły za daleko.
  Trenton miał specjalną grupę wyszkolonych agentów. Nie mieli nic innego do roboty jak tylko dbać o to by ciemne interesy ich szefa, szły dobrze. Właśnie wczoraj otrzymali zaszyfrowaną wiadomość, że mają wykończyć Alamando. Bo Hektor wiedział, że gangster przekroczył granice i dalsza jego egzystencja wcześniej czy później mu zagrozi.  
Pięcioosobową grupa dowadził porucznik Wilson, człowiek tylko o troszkę lepszy od Castanau.
  On i reszta jego brygady siedziała w pokoju obok i grała w karty.
- Jest robota.
  Bez słowa pozostała czwórka rzuciła karty na stół.
- Teraz? - zapytał sierżant Galinorth, brunet z lekką blizną na policzku.
- Na wczoraj. Prawdopodobnie zabawimy się nieźle. Mamy oczyścić teren. Będzie kilku byłych przyjaciół Halo*, cywile i policja. Zobaczymy na miejscu co się da zrobić. W razie czego zlikwidujemy wszystkich.  
- Nareszcie koniec nudy - syknął przez zęby Karl Kuther, szatyn o krótkich włosach i sylwetce siłacza.
  Po kwadransie siedzieli już w helikopterze. Mieli doskonalsze namiary niż Alamando, ponieważ korzystali z wojskowych satelit. Od czasu tajemniczego wybuchu i zabójstwa, zastępca szefa policji miał naciski od samego gubernatora stanu, senatora Johna Remica. Hektor potwierdził, że ma pozlaki na działanie wewnętrznej siatki terrorystycznej. Oczywiście chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Domyśłił się, że Mario ma kłopoty i zacznie popełniać błędy. Kiedy sprawdził, że sam William tam jest, odczuł że nadszed  czas by go zlikwidować. Przewidział co będzie się działo w oddalonym od Bostonu, lesie.

- Co robimy, szefie? - zapytał Frank.
- Pewnie jest tu ten sprzedawca. Sprawdzimy dom, ale pewnie rodzina Galatti się ukryła. Musimy zabić najpierw tych, którzy im pomagają.  
  Mario wpatrywał się w drzewa. Frank lekko pochylony, dotarł do drzwi domu. Wszedł i po kilku chilach wiedział, że jego szef miał rację. Na kuchni stał czajnik z dobrze ciepłą wodą, więc musieli niedawno uciec. Wyszedł. Dotarł do szefa.
- Nikogo nie ma.  
- Policiant i sprzedawca są w tamtym kierunku - Mario pokazał dwa świerki.
- Co mam robić? - zapytał Frank.
  Mario uśmiechnął się krótko.
  Co za kretyn, pomyślał.
- Rozglądaj się i uważaj - odrzekł spokojnie.
- Dlaczego nie strzelił do nas, tylko w opony? - zapytał znowu osiłek.
- Też się zastanawiam, przecież mógł nas kropnąć obu. Zrobił to tak szybko. Dziwny facet.
  Faktycznie Mario myślał o tym prawie cały czas. Gdyby wiedział, że to ten facet... A jak tamten mógł wiedzieć, że to oni? I dopiero do niego dotarło, że facet musiał widzieć mordercę Kenetha, a przy najmniej czym jechał. Sprytna bestia, pomyśłał Alamando.
- Przestali strzelać. W takim razie poszukamy rodziny Angelo - powiedział cicho Mario.
- A gdzie oni są? - zapytał Franko.
- Nie zostawili kartki na stole z informacją? - zapytał poważnie Mario.
- Nie, szefie. Tylko czajnik z wodą by jeszcze ciepły. Pewnie gdzieś się ukryli.
- No właśnie, Franko. Pewnie są w lesie. Ukryli się, bo usłyszeli strzały. Tylko dlaczego?
  Gangster i jego niezbyt rozgarnięty pomagier zaczęli powoli poruszać się w kierunku domu. Mario pożałował, że nie wzięli więcej broni. A do samochodu mieli kawałek. Poza tym Alamando wiedział, że ten kto strzelał w opony nie pozwoli im raczej wrócić. I kiedy tak rozmyślał, usłyszał syreny policyjne.
- Cholera, policja.
  Mario zaczął myśleć gorączkowo.  
- Przedostań się do naszego wozu i przynieś karabiny maszynowe.  
- Szefie, ale zaraz gliny tu będą.
- To jedyna szansa. Oni sądzą, że tam nie wrócimy. Jeżeli zdołasz się przedrzeć, a koło wozu nie zobaczysz nikogo, bierz co możesz.

Faktycznie plan miał szanse powodzenia. Oczywiście nic o tym nie wiedziłem. Tymczasem ja i William powoli przemieszczaliśmy się w kierunku domu, ale z drugiej strony.  

Kiedy usłyszałem dzwiek policyjnych syren, pomyślałem najpierw, że to koniec. O ile nie przyjedzie jeden policjant, ale to raczej było mało prawdopodobne. Dwa wozy wjechały prawie pod dom.  
- Policja! Poddajcie się i wyjdźcie z podniesionymi rękami.  
   Spojrzałem na Williama.
- Mamy to zrobić? - zapytałem.
- Poczekaj. Zobaczymy co zrobi Alamando. Raczej się nie podda. Sądzę, ze nas nie widzą. Drzewa i krzaki są teraz naszymi sprzymierzeńcami
  Policjantów wyszło po trzech z każdego wozu. Mieli na sobie kamizelki. Mieli tylko pistolety. Nic dodatkowego. W sumie Kraft im nie powiedzał z czym mogą się spotkać. Na skutek przewagi liczebnej policji, gangsterzy nie mieli żadnych szans, tak sądziłem. Uzbrojeni stróże prawa zaczęli z ostrożnością sprawdzać teren.  
  Nie doceniliśmy jednak bandytów. Kiedy William dał mi znak byśmy wyszli z krzaków, prawie w tej samej chwili rozległa się seria z karabinu. Dwóch policjantów dostało solidnie. Mieli co prawda kamizelki, ale oberwali w głowy i szyję. Pozostali padli na ziemię i po chwili zaczęli strzelać w kierunku gdzie przed chwila rozległy się strzały.  
  Franko nie miał zbyt wysokiej inteligencji, ale w czasie akcji wiedział co robić. W chwilę później jeden samochód został dosłownie rozerwany granatem. Po chwili drugi granat rozerwała się niebezpiecznie blisko nas.
- Cholera - zaklął porucznik.
  Zauważyłem, że jeden z policjantów czołga się do ciężko rannego kolegi . Czyli mieli dwóch zabitych i jednego rannego.  
I wówczas dostrzegłem rosłego włocha. Miał przewieszoną bazookę i trzy karabiny maszynowe.
- Will - szepnąłem, wzkazując bandytę.
  Kraft momentalnie strzelił. Usłyszeliśmy jęk.
- Dostał, tylko nie wiem gdzie. W tors. Pewnie w brzuch.  
  Miałem niejasne przeczucia. Niby sytuacja się polepszyła, ale nadal Alamando gdzieś się ukrywał. Miał z pewnością broń. Nie miałem pewności czy to on strzelał z automatu czy jego pomocnik.
- Tu Porucznik William Kraft. To ja do was dzwoniłem. Jeden dostał, ale jest jeszcze drugi. To gangster o nazwisku, Mario Alamando. Uważajcie!
  Po chwili ciszy rozległ sie głos policjanta.
- Tu sierżant Philip Nox. Wezwaliśmy posiłki.
   Dostrzegłem, że dwóch pozostałych policjantów powoli czołga się w kierunku gdzie pewnie leżał ranny gangster.

Alamando widział co się stało. I równiesz usłyszał jęk Franka. Wiedział jedno. Frank go nie zdradzi, jeżeli go zgarną. Nie on. I właściwie wiedziła co może się stać. Franknie da się wziąść żywcem. Liczył na to, że policjanci zrobią ten błąd.

Starszy kapral Green i szeregowy Ferguson dotarli do rannego Franka. Dostrzegli ranę na brzuchu.  
- Chcemy zobaczyć twoje ręce - krzyknął Green.  
- Jestem ranny, nie mogę się ruszyć - odrzekł słabo Frank.
- Gdzie jest drugi? - zapytał Green.
- Nie wiem. Pomóżcie mi.

Słyszałem słowa policjnta, ale nie wiedziałem co powiedział osiłek. Policjanci podnieśli się. Zobaczyłem, że Nox wstaje.
- Uważaj - zdołał krzyknąć Kraft.  
  W sekundę później rozległ sie strzał. Alamando strzelił celnie. Młody sierżant padł z przebitą szyją. Alamando dobrze strzelał. Jego pozostali podwładni zareagowali automatycznie. Spojrzeli w kierunku dowódcy. I to wykorzystał Frank. Padły dwa szybkie strzały. Obaj dostali w głowy. Kraft natychmiast strzelił kilkakrotnie w kierunku gdzie mógł przebywać Alamando.  
- Szefie, cała szóstka nie żyje. Pomóż mi. Jestem ranny w brzuch - usłyszeliśmy słaby głos Frenka.
  Ale Mario siedział cicho.  
- Cholera wykończyli cała szóstkę. Dam ci swój drugi pistolet. To nie koniec. Pewnie zaraz przybędą posiłku. Postaram się wykończyć Maria. A ty czekaj tutaj.
- Nie mogę. Muszę bronić rodzinę Galettich. Dałem im instrukcje gdzie maja czekać.
- Nie możesz tam iść. Alamando na to czeka. On nie wie gdzie oni są. Jak tam pójdziesz, wyśledzi cię.
- Nie mogę czekać bezczynnie.
- Za godzinę będzie ciemno. Wówczas pójdziesz.  
- Dużo tu drzew.  
  Usłyszałem śmigłowiec.
- To policja?
  Will pokręcił głową.
- Nie jest dobrze. Jeżeli to nie SWAT to nieciekawie.
- A kto może być inny? - zapytałem.
- Ludzie Hektora. Prawdopodobnie dotarło do niego co tu się dzieje. Ale to za szybka. Nie rozumiem. Być może zaplanował to zanim odebrał wiadomość z tutejszej policji.
Śmigłowiec zniżył się. Czarny, bez oznak policyjnych. Czyli to nie SWAT. Ludzie Hektora.
- Są groźni? - zapytałem.
- Bardzo. Nie wiem kto to, ale nie zostawiają świadków i o ile to możłiwe, dowodów. Mieli kilka akcji. Nigdy nie udało mi się zdobyć ich nazwisk.  
  
* Pseudonim Hektora Trentona.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał, użył 1899 słów i 10824 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • AlexAthame

    @shakadap Dziękuję.Jeszcze planuje zakończenie,  niestety.