Wyścig ze śmiercią cz 13

Ruszyliśmy po kilku minutach.  
- Przed nami trzy godziny jazdy - rzekła kobieta.
- Dam radę - odrzekłem.

Trzydzieści minut później przed domem Felicji zatrzymał się czarny mercedes.
- Sprawdź czy ktoś jest w domu - rzekł Mario.
- Tak szefie - odrzekł osiłek o czarnych włosach.
  Mario popatrzyl we wszystkich kierunkach.
- Człowiek musi sam owalać najgorszą robotę. Za co płacę tym durniom - zamruczał niezadowolony.
  Z uwagi na charakter sprawy zabrał ze sobą najlepszego człowieka. Przygarnął go przeszło dziesięć lat temu i jak do tej pory nigdy się na nim nie zawiódł. Franko Matta był mu oddany i wierny jak pies.
Mężczyzna miał trochę ponad sześć stóp i ważył dwieście pięćdziesiat funtów. Zajęło mu chwilkę by otworzyć drzwi. Nadsłuchiwał. Wyjął z kieszeni pistolet. Oczywiście nie zamierzał go używać. Lubił bawić się z ofiarami powoli. Nie zawsze niestety tak się zdarzało. Kilka godzin wcześniej jego szef kazał zakończyć szybko życie byłego kolegi z pracy. No cóż, kiedy Mario nie był z kogoś zadowolony, tak się to kończyło. A Viktorio miał zdobyć telefon chłopaka. Kenetch go nie miał przy sobie. Oczywiście Viktorio sądził, że zostanie nagrodzony za wyeliminowanie świadka. I faktycznie tak się stało.  
- Załatwiłem gnoja - rzekł do szefa.
- Zrobiłeś to cicho?
- Jasne szefie. Nie mogłem przecież strzelać na środku ulicy.
- Nikt cię nie widział?
- Raczej nie.
- Raczej?
- Boss, nie miałem czasu się rozglądać.
- Coś powiedział zanim go załatwiłeś?
- Wspomniał, że jakić Aron z nim rozmawiał.
- Aron?
- Tak powiedział.
- I tylko tyle powiedział?
- Nie. Tamten facet trzymał go na muszce, więc ze strachu oddał mu telefon. Ponoć dzwonił wcześniej...
- Czyli nie masz jego komórki? Miał tam mój numer.
- To nie dobrze szefie. Kim jest ten Aron, szefie?
- Mogę ci powiedzieć, bo jesteś moim dobrym chłopcem. Jesteś, prawda?
- Tak szefie, jestem.
- Dziwny ten Aron. Sprzedawał lodówki, uważasz?
- Lodówki?
- Tak. Sprzedawca. Wyobraź sobie Viktorio, że to zwykły sprzedawca. A ten gówniarz którego zabiłeś, był chłopakiem małej suki.  
- Suki?
  Alamando zaczął się smiać.
- Gabrieli Galetti, tak się złożyło.
- O!
- A wiesz przecież kim jest dla mnie Angelo Galetti, prawda?
- Tak szefie. Wiem.  
- Dobrze, że go załatwiłeś. Nikomu nic już nie powie. Ale pamiętasz co ci mówiłem?
- Tak, szefie. Że mam przywieść komórkę.
- Właśnie. A nie przywiozłeś.
- Może znajdę tego Arona. Nie będzie z nim problemów, bo jest sprzedawcą.
  Mario zaczął się teraz śmiać, ale inaczej niż poprzednio, histerycznie. Viktorio nie rozumiał dlaczego jego szef się śmieje. Ta cała sytuacja nie była wcale śmieszna.  
- Jest zwykłym sprzedawcą i nie będzie z nim kłopotów - powtórzył Mario. A wiesz co stało się dzieś rano?
- Wiem szefie. Wszyscy to wiedzą. Ten niezbyt miły facet, jak mu tam... Leopoldo.
  Mario przestał się śmiać.
- Leopoldo nie popełniał błedów. Zabiłby cię zanim byś mrugnął. A ten sprzedawca zabrał mu sukę. Co mu zrobił ten sprzedawca, że Leopoldo rozwalił cały dom, ja nie wiem? A ty może wiesz? Powiedz? A ten facet nie bał się nikogo i niczego.
- Nie, wiem szefie.
- Poszukasz go i znajdziesz?
- Skoro zabił Leopoldo...
- No właśnie, strach cię obleciał, co?
- Sam nie wiem.  
  Viktorio usłyszł, że ktoś wszedł do pokoju. Dostrzegł Franka.
- To ja już pójdę szefie. Bo pewnie masz coś do pogadania z Frankiem.
- Tak, nie jesteś mi już potrzebny.
  Mario zrobił niedostrzegalny gest brwiami w kierunku osiłka. Viktorio odwrócił się i zobaczył uśmiechniętą twarz mocarza. Tamten chwycił go za głowę i to wszystko co zarejestrował. Cichy chrzest łamanego karka zakłócił spokój.
- Wrzuć ciało do kontenera z ługiem - rzekł Mario.
  Nawet nie spojrzał na swojego pupilka, zaczął coś szukać na komputerze.  
Niestety po godzinie się poddał. Nie robił tego często, ale musiał tym razem. Znalazł numer na swojej drugiej komórce i połączył się z rozmówcą.
- Co tam? - usłyszał.
- Mam kłopot. Potrzebuję wiedzieć czy Angelo Galatti miał tu jakąś rodzinę.
- Dobrze, sprawdzę. Wiesz, że taka proźba jest zawsze kosztowna.
- Wiem, przyjacielu.
  Hektor przerwał połączenie. Niezwłocznie zaczął szukać. Wiedział, że o takiej sprawie nie może wiedzieć nikt z jego podwładnych.    

- Nikogo nie ma, szefie - rzekł Franko.
- Znowu jesteśmy za późno, porka Madonna - zaklął Alamando.
  Siłacz patrzył na swojego pana jak w obraz.
- I co teraz szefie? Gdzie mogła pojechać?
- Zawieź nas na obiad. Dowiemy się wieczorem. W końcu mamy najlepszego informatora w mieście.
  Motta nie byl zbyt rozgarnięty, ale nie na tyle głupi, że nie wiedział o kogo chodzi. W końcu byli prawie bezkarni w tym mieście i okolicy dzięki temu gościowi. Co prawda Mario mało kiedy robił błędy. Brunet cieszył się w duchu, że Leopoldo zginął. Wczoraj jego szefo rozmawiał z nim i jeszcze dwoma najbardziej bliskimi mu osobami, że trzeba będzie pozbyć się Portugalczyka, bo zaczyna być niewygodny. Wszyscy znali jego przeszłość i nikt tak naprawdę nie chciał wchodzić mu w drogę. Dlatego ranna wieść ucieszyła wszystkich. Z wyjątkiem szefa i to było niezrozumiałe.
  Po dobrym obiedzie w jednej z restauracji zaprzyjaźnionego Maria Alamando, Franko odwiózł go do domu.
- Jutro wybierzemy się w podróż, więc wyśpij się dobrze. Nie męcz Anity - na twarzy szefa pojawił się uśmiech.
  Łysawy brunet tylko wystawił swoje białe zęby. Nie zamierzał odpuścić swojej krągłej kochance.

Kiedy minęło dobre pół godziny od wyjazdu swojego zaufanego, Mario wszedł do garażu i odpalił swoje Masserati. Wiedział, że Hektor nie będzie zadowolony kiedy go zobaczy, ale sprawa była naprawdę delikatna i Włoch nie chciał drugi raz rozmawiać z nim przez telefon.  
  
Mari zaparkował około dwudziestu metrów od willi zastępca szefa bostońskiej policji. Co dziwne, Hektor nie miał nawet ochrony. Czuł się pewnie, w końcu to było jego miasto. Zgodnie ze swoim harmonogramem kwadrans po ósmej wyszedł na spacer ze swoim białym pudlem. Mario nie mógł zrozumieć jak facet może lubić take pokojowe psy. Hektor minął jego srebrny wóz i zatrzymał się w miejscu. Dyskretnie rozejrzał się w koło i nie odwracając twarzy, powiedział.
- Co do cholery tu robisz? Wiesz, że dyskrecja przy mojej pozycji jest najważniejsza!
- Wybacz przyjacielu - powiedział uniżenie - potrzebuję pomocy.
- Przecież dałem ci adres.
-Tak, ale ciotka Felicja zniknęła. Podejrzewam, że jest tam gdzie cała rodzina Angelo. Bardzo chciałbym wiedzieć gdzie to może być!
- A czy ja jestem Świętym Mikołajem albo wróżką? - spojrzał gniewnie na Włocha.
- Zapłacę ile trzeba.
  Hektor spojrzał na niego nieco uspokojony
- Postaram się, ale nigdy więcej tu nie przyjeżdżaj, rozumiesz?
- Dobrze, Hektorze. Masz moje słowo.
  Masserati Quatroporte ruszył powoli.
- Chyba muszę zakończyć z tobą przyjaźń. Twoja wendetta nie służy mojej karierze - szepnął pod nosem Hektor.
    
Po powrocie ze spaceru, zamiast spędzić wieczór z żoną, szukał ponad godzinę adresów wszystkich znajomych i przyjaciół Felicji. W końcu znalazł to czego potrzebował Mario. Zapisła adres i zamknął komputer kasując poprzednio wszystkie operacje. Wiedział już, że musi z pewnością pozbyć się swojej kury, znoszącej złote jaja. I to nie napełniło go dobrym humorem. Jednak kiedy wyszedł z gabinetu, przyjął maskę kochającego męża.  
- Och, kochanie! Naprawdę zbyt dużo pracujesz. Twoje ulubione naleśniki z jabłkami.
- Co życie by miało za sens gdybym cię nie miał, Cecylio!
  Dobrze utrzymana szatynka, lekko po pięćdziesiątce, spojrzała z miłością, w kierunku męża.
- Czy chcesz zjeść w salonie czy kuchni?
- Gdzie podasz, moja miła.
  Podszedł bliżej i złożył pocałunek na jej policzku. Po chwili siedzieli przy marmurowym blacie i jedli lekką kolację. Biały pudel o imieniu Sammy, siedział u nóg swojej pani.

Około dziesiątej, Mario otrzymał wiadomość na pocztę. Zapisał adres i usunął wiadomość. Wziął komórkę i zadzwonił do Franka.
- Przyjedź o jedenastej. Zabierz trochę podarunków.
  Franko wiedział co to znaczy.  
Dwadzieścia minut przed jedenastą, ruszył w kierunku domu swojego szefa. W bagażniku miał dwa karabiny maszynowe i kilka granatów. Dwa pistolety miał przy sobie. Nie za bardzo lubił broń palną. Nic tak go nie cieszyło jak zaciskać powoli palce na szyjach ofiar. Ale miał nadzieję, że może spotka go dzisiaj ta przyjemność.

Prowadził spokojnie. Rozmawialiśmy mało. Felicja tylko raz na jakiś czas spoglądała na mnie. Nie odwracałem twarzy, ale czułem jej spojrzenie.  
  Dom jej znajomego znajdował się koło dwustu metrów od głównej szosy. Okolica była ładna i do najbliższych zabudowań mieli około dwóch kilometrów.  
- Teraz skręć w tę wąską drogę - rzekła
- Jesteś pewna, Felicjo? GPS nic nie pokazuje.
- Tu nie ma zasięgu.  
- To naprawdę jesteśmy na odludziu.  
- Tak. Sarny, czasem żbiki i niedźwiedzie w zimie. A ludzi jak na lekarstwo.
- Czemu Tom opuścił to miejsce?
- Po śmierci żony chciał zapomnieć. I pojechał chyba do Północnej Karoliny, ale potem się już nie komunikowaliśmy, to nie wiem gdzie jest teraz.  
- Jest tu jakiś sklep? Muszą coś jeść.
- Jakieś dziesięć mil dalej jest mały sklep. Ale tu ludzie żyją raczej z polowań. I każdy ma mały ogródek, a jeżeli nie, to dużą zamrażarkę i lodówkę. Sądzisz, że długo będziemy musieli się ukrywać?
- Chciałbym żeby to się zakończyło szybko. To będzie zależeć jak bardzo pomoże nam, mój przyjaciel.
  Dojechaliśmy. Przed zwyczajnym leśnym domkiem, dostrzegł Gabrielę i Sarę. Poczułem dziwne ciepło w piersi.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał, użył 1769 słów i 9946 znaków, zaktualizował 23 kwi 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto